Strefa (dys)komfortu.

strefa dyskomfortu

Kiedy kilka tygodni temu zostałam mamą po raz drugi mój, a właściwie to nasz, cały świat wywrócił się kolejny raz do góry nogami. I wcale ten przewrót nie był „mniejszy” od tego pierwszego, wszak przeżywa go także Iskierka. Stanęliśmy w obliczu wyzwania, wobec którego potrzeba nam było porzucić stary porządek…

Malutka zgotowała nam niełatwy czas jeszcze zanim się pojawiła, bowiem przyszło nam na nią czekać dłużej, niż przewidywał termin. Szczerze – oczekiwanie było prawdziwym testem cierpliwości. Wszyscy odczuwaliśmy napięcie i stres związany z tą sytuacją. A kiedy trochę się rozluźniliśmy za sprawą powiedzenia tego, co było niewypowiedziane nadszedł czas rozwiązania…

Pojawienie się nowego członka rodziny spowodowało zamieszanie. W gruzach legły nasze rytuały i schematy, a nawet wzorce postępowania z Iskierką, które sprawdzały się dotychczas. Przyszło nam budować nasz świat codzienny od nowa. Mówią, że z drugim dzieckiem jest łatwiej. Ja bym tego tak nie określiła, raczej powiedziałabym, że z drugim dzieckiem jest spokojniej… Przede wszystkim dlatego, że jesteśmy świadomi, iż ten niezmiernie trudny czas po prostu mija… Nie warto się siłować, nie warto dążyć do ratowania schematów, które się burzą, bo one po prostu się nie sprawdzą w nowych okolicznościach. Nie warto forsować swoich sił, warto za to inwestować energię w to, co tu i teraz.

Łatwiej w moim odczuciu nie jest, bo drugie dziecko potrzebuje nas tak samo jak pierwsze. Ma równie dużo potrzeb i wymaga równie dużo zaangażowania i uwagi, co pierwsze, a dodatkowo starsza latorośl nie może zostać ani odsunięta ani zaniedbana.

Przyszło nam zatem porzucić naszą bezpieczną, starą skorupkę i wyruszyć tam, gdzie nas jeszcze nie było. Jak to zwykle bywa przez moment poczuliśmy się zagubieni, przestraszeni, a nawet bezsilni, ale czas… Mija czas i z każdym dniem budujemy kolejne elementy życia od nowa. Z każdym dniem uczymy się swoich nowych ról. Uczymy się nowych uczuć. Doświadczamy. Doświadczamy siebie samych, siebie nawzajem i życia w nowych okolicznościach… Jest trochę niekomfortowo, tak trochę nieswojo, ale wiesz co… idziemy naprzód.

Wkraczanie w nowe sytuacje, pokonywanie własnych ograniczeń i czerpanie z nowych doświadczeń nie pozostaje nigdy bez znaczenia. Każde nowe zdarzenie czegoś nas uczy. Porzucenie strefy komfortu zawsze wiąże się z transformacją, z pójściem naprzód – niezależnie od tego, czy osiągamy sukces czy porażkę.

Tym razem jednak jeszcze jedną rzecz zrobiłam inaczej. Kiedy już znalazłam się w strefie dyskomfortu pozwoliłam sobie odczuwać także te trudne stany… Że jest mi źle, że się boję, że nie wiem, że czuję się sfrustrowana, że mogłoby być trochę łatwiej, że jestem niewyspana, że mam ochotę wyć do księżyca… To sprawiło, że wszystkie trudne emocje, które się pojawiały mogły wybrzmieć i odejść… Tak po prostu. W zamian za to znalazło się w mojej nowej sytuacji znacznie więcej radości, spokoju i naturalnego biegu rzeczy. Biegu, którego nic już nie zakłóca. Bo tak już jest, że przez strefę dyskomfortu trzeba przejść, by iść dalej.

P.S. Rodzicielstwo to przepiękne doświadczenie, pomimo wysokiego poziomu trudności 😉

Strach.

Stoi za sprawą wielu niezrealizowanych planów, za szeregiem porzuconych marzeń, za wieloma twórczymi odwrotami. Siedzi głęboko ukryty, chowa się za kurtyną zwykłych zdarzeń, przemyśleń, racjonalnych argumentów. Tylko czasami wydobywa się na powierzchnię, ukazuje swoje oblicze, niejednokrotnie paraliżując do szpiku kości. Oto on – STRACH.

strach

Przede mną, a co za tym idzie także przed moją rodziną, pojawiła się niedawno wizja ważnych życiowych zmian. Chciałam tej zmiany, zdecydowałam się na nią świadomie, a jednak kiedy decyzja zapadła i przedsięwzięłam odpowiednie działania w pożądanym kierunku, obejrzałam się za siebie i wtedy dopadło mnie przerażenie. Zaczęłam bać się wszystkiego, co może się wydarzyć, jeśli coś pójdzie nie tak. Zaczęłam bać się wszelkich konsekwencji podjętej decyzji. Zaczęłam bać się, czy dam radę sprostać wyzwaniu, które sama przed sobą postawiłam. Strach obleciał mnie od stóp do głów, a nawet wszerz. Czułam go każdą komórką ciała. Gdybym mogła, pewnie rozważyłabym odwrót, jednak czasami w życiu podejmujemy decyzje, od których odwrotu już nie ma i tak też było w tym wypadku.

Tym, co było dla mnie nowe to moja odpowiedź na uczucie strachu. Nie uciekałam od tego, nie zamiatałam pod dywan, ale spokojnie przyjęłam. Pomyślałam sobie, że w końcu nie ma w tym nic nienaturalnego, że się boję. Ale tylko ode mnie zależy czy pozwolę się strachowi zdominować czy przyjmę go, ale nie pozwolę mu siać spustoszenia.

Strach „w przebraniu” może wpływać na nasze życie, odwracając uwagę od planów, które chcemy zrealizować. Bywa powodem utraty wiary, bywa powodem wątpliwości, które wyrastają jak grzyby po deszczu. Bywa powodem rezygnacji lub zmiany frontu.

Strach i jego objawy to sprawa bardzo indywidualna. Jego przyczyn jest tak wiele jak wielu jest ludzi. W moim odczuciu nie mamy prawa nikogo osądzać za jego wybory, nawet jeżeli wyraźnie widzimy, że podłożem podjętych decyzji jest strach, dlatego, że nie ma dwóch takich samych osób w takich samych okolicznościach. Co innego wyciągnąć pomocną dłoń, a co innego oceniać.

Różnimy się od siebie, także siłą charakteru, wiarą we własne siły i zdolnością do życia po swojemu. W Internecie na różnych blogach czy forach dość często można spotkać opinie, że trudno zrozumieć ludzi, którzy nie realizują swoich marzeń, bo przecież wszyscy jesteśmy zdolni do tego, by żyć pełnią życia. Często insynuuje się, że brak odwagi do realizacji marzeń jest wyrazem tchórzowstwa. Dla mnie to nie to samo. Rozwijamy się przez całe nasze życie i w różnych jego okolicznościach prezentujemy sobą różne możliwości. Nie zawsze byłam odważna. Nawet dziś, kiedy już jestem świadomą siebie kobietą nie brakuje chwil, gdy się boję, gdy mam ochotę schować się w bezpiecznym kąciku mojego życia. Tak już jest. Tym, co różni mnie dzisiejszą ode mnie z przeszłości jest sposób, w jaki potrafię sobie z moimi emocjami poradzić, sposób, w jaki potrafię je zrozumieć. A strach jest tą emocją, która najczęściej nas blokuje w działaniach na wszystkich życiowych płaszczyznach.

I nie mówię tu tylko o realizacji marzeń. Mówię tu o założeniu rodziny… o wyprowadzeniu się od rodziców, o rozpoczęciu budowy domu lub o ukończeniu budowy domu, o otworzeniu firmy, o wzięciu rozwodu lub o wzięciu ślubu. O wszystkich tych sytuacjach, kiedy zostawiamy to, co znane i wyruszamy tam, gdzie nas jeszcze nie było. I nie wiadomo jak będzie. Nie wiadomo dokąd nas to zaprowadzi. A co jak Twój pomysł zakończy się porażką???  Nic. Po prostu będzie wiadomo w co się nie pakować albo… jakie błędy się popełniło. Choć nie słyszałam jeszcze historii żeby w wyniku jakiejś porażki komuś gorzej w życiu było, no chyba że stało się to powodem zupełnego poddania. Ale to nieliczne przypadki. Zwykle porażka staje się przyczyną wzmożonej mobilizacji.

Nie ma lekarstwa na strach, bo nie jest on chorobą. Jest częścią nas, bardzo potrzebną. Dzięki niemu jesteśmy zdolni skutecznie unikać zagrożeń. Nie można jednak dopuścić do sytuacji, gdy strach staje się powodem unikania siebie.

Odwagi Ci życzę,

Justyna

Coaching.

Pani Barbara przyniosła ze sobą materiały. Pierwszym moim zadaniem było narysowanie koła życia. Kiedy wykonywałam kolejne elementy zadania zaczęłam zauważać, że nic mi się w tym moim kole nie styka.

COACHING

To było kilka lat temu. Skończyłam studia, miałam dobrą pracę, fantastycznych znajomych, ale… brakowało mi czasu dla nich i dla siebie… a moje życie uczuciowe zapętliło się tak bardzo, że potrzebowałam wsparcia, by ten węzeł rozsupłać. Pewnego wieczoru trafił do mojej skrzynki odbiorczej e-mail z ofertą coachingu. Nie wiedziałam czy to przypadek czy jakiś psikus losu. Jak to ja – poszłam za ciosem i postanowiłam umówić się na spotkanie żeby wybadać czy to dla mnie.

Coaching trwał 3 miesiące. Z tygodnia na tydzień czułam jak puszczają mi kolejne blokady. Rzeczywiście bardzo dużo wniosły te sesje do mojego życia. Miałam jednak szczęście, że trafiłam na profesjonalistkę. Dzięki coachingowi zrozumiałam, że to nie wszystko wokół mnie jest nie tak, ale że to ja się pogubiłam. Nie potrafiłam akceptować tych „ciemniejszych” stron życia i siebie. Bałam się powiedzieć co naprawdę myślę. Bałam się sięgać po to, co mi się należy. Często odmawiałam sobie przyjemności czy odpoczynku „bo szkoda na to czasu”. Nic dziwnego, że koło życia przypominało porwaną pajęczynę.

Kiedy coaching się zakończył moje życie „na zewnątrz” wciąż wyglądało tak samo, ale ja już nie byłam taka sama. Bardzo dużo zmieniło się we mnie, co skutkowało stopniowymi zmianami mojej sytuacji. Dzięki temu odważyłam się powiedzieć mojemu jeszcze niemężowi o tym, co myślę i czuję. Dzięki temu nie bałam się przyjąć kolejnych wielkich zmian, jakie niosło ze sobą życie. Odbudowałam wtedy zaufanie do siebie, do swoich możliwości i do swojego serca. Odbudowałam wiarę w to, że życie jest dobre takie jakie jest, a ja sama je komplikowałam nerwowymi ruchami. Zobaczyłam ile szczęścia jest wokół mnie, przestałam skupiać się na tym, co mi nie wychodzi.

Niestety nie działa to tak, że efekt coachingu wystarcza na resztę życia 😉 Byłoby cudownie, ale… życie jest tak dynamiczne, że potrzeba stałego rozwoju, uczenia się, szukania siebie. Chociaż wypracowane wtedy solidne podstawy dają mi moc, także dziś.

Wszystkiego pozytywnego,

Justyna