Komu chcesz zaimponować? O trudnej sztuce wywierania pozytywnego wrażenia na sobie.

od wewnątrz wersja 2

Jakby się nad tym zastanowić to od najmłodszych lat kładzie się na nas nacisk wywierania pozytywnego wrażenia – na innych. Wychowując nas rodzice przywiązywali niemałą uwagę do dobrego zachowania czy osiąganych sukcesów. Jako „grzeczne” dzieci oczywiście nie chcieliśmy zawieść swoich rodziców, toteż ze wszystkich sił chcieliśmy spełniać ich oczekiwania.

Mając już kilka lat i chodząc do szkoły uczyliśmy się życia kierowani przez podobne mechanizmy. Zależało nam na dobrych ocenach. Na zdobyciu uznania w oczach nauczycieli czy kolegów z klasy. Warto było się starać, by osiągnąć taki czy inny sukces.

Po studiach w zderzeniu z pierwszymi istotnymi doświadczeniami zawodowymi pracowaliśmy często bez wytchnienia, by zaimponować nowemu, tudzież pierwszemu, szefowi. A po zmianie pracy czy awansie ponownie dawaliśmy z siebie wszystko, by nie zaprzepaścić danej nam szansy.

 

I tak mija nam 30, 40 lat życia (a może więcej), w ciągu których nasza uwaga skupiona jest na imponowaniu innym. Na zrobieniu czegoś, co ktoś doceni. Na zyskiwaniu poczucia, że jesteśmy wartościowi dla świata.

Kiedy jednak pojawia się refleksja, że niekoniecznie znajdujemy się w punkcie, którego pragniemy zaczynamy nerwowo się poruszać, próbując znaleźć ten moment, w którym coś przegapiliśmy. Bo według mnie życie nie polega na słuchaniu tego, co mówią o nas inni, ale co ma nam do powiedzenia o nas wewnętrzny głos. Nie wiem skąd to u mnie pochodzi, ale ja od zawsze wiedziałam w jakim kierunku chcę podążać – niekoniecznie wiedząc, co dokładnie chcę robić. Kierowanie się tym, co słyszę wewnątrz pozwala mi także dokonywać wyborów nie tylko mądrych, ale przede wszystkim dobrych dla mnie, choć nie zawsze takie się wydają. Niektóre decyzje uznawałam za zupełną pomyłkę – oczywiście często z racji trudności – a po dłuższym czasie ich skutki okazywały się dla mnie wartościową lekcją.

Mój wewnętrzny głos wykształcił przez lata rdzeń wartości, który pozostaje niezachwiany, niezależnie od okoliczności. I nie ma tu miejsca na piękne deklaracje, że ważne jest dla mnie to czy tamto, a w zasadzie to robię zupełnie coś innego. Nie o to chodzi. Chodzi o to, czy moje słowa i myśli są spójne z działaniem. I wierz mi, że nikt nie musi mnie nawet z tego rozliczać, bo gdy robię coś przeciwko sobie sama prędzej czy później docieram do tego wniosku.

Nie staram się też nikomu zaimponować. Imponowanie innym jest w ogóle bardzo męczące. Znacznie trudniej, ale zarazem dużo bardziej interesująco jest zaimponować sobie. Zrobić coś, po czym nie będzie trzeba zmuszać się do uśmiechu na twarzy. Coś, dzięki czemu będę czuła się spełniona – dla samej siebie. Jeszcze fajniej jest robić coś, co przynosi pozytywne skutki także dla innych, a mnie cieszy. Nie ma nic złego w zyskiwaniu uznania innych, pod warunkiem, że działanie, którego się podejmujemy będzie także dla nas źródłem satysfakcji. Jednak, gdy czujemy się w pełni sobą dopiero gdy ktoś inny docenia nasze wysiłki to powinna zapalić nam się lampka alarmowa… To znak, że mijamy się ze sobą, z jakąś częścią siebie lub jakąś istotną informacją, która płynie do nas od wewnątrz.

I choć z zewnątrz moje życie wyglądać może zupełnie normalnie, a nawet trochę nudno, to dla mnie nie ma żadnego znaczenia. Bo wewnątrz mnie może się właśnie tworzyć coś ważnego i wartościowego, co inni zobaczą dopiero za jakiś czas, może docenią, a może nie, ale jakie to ma znaczenie? Ważny jest za to każdy dzień, za który mogę sobie podziękować, bo pozwoliłam, by przyniósł coś niezwykłego – dla mnie. Po prostu.

O wychowywaniu.

Taaaak… zaczyna się mniej więcej około pierwszego roku życia – tłumaczeniem, mającym na celu uświadomienie temu małemu niewinnemu człowiekowi mnogości czyhających na niego zagrożeń – nawet w domu. Potem z roku na rok jest już tylko ciekawiej.

O WYCHOWYWANIU

Pierwszym krytycznym i ważnym w rozwoju rodzica momentem jest „bunt dwulatka”. Czuliście się wtedy bezradni? Bo ja tak. Wtedy na serio zaczęłam rozczytywać się w książkach, mających pomóc mi zrozumieć zachowanie Malucha i moje w konfliktowych sytuacjach. I właśnie po kilku takich lekturach wysnułam zasadniczy wniosek – wychowanie dziecka najlepiej zacząć od przepracowania pewnych modeli i wzorców w sobie.

Nie ja jedna taki wniosek wysnułam. Przy okazji pobytów na placach zabaw chętnie rozmawiałam z mamami rówieśników. Pewnego dnia spotkałam kobietę, która podobnie jak ja szukała wsparcia w literaturze. Wymieniałyśmy się doświadczeniem, a pod koniec tej rozmowy usłyszłam od niej: „No i w sumie te wszystkie książki okazały się bezużyteczne, bo zupełnie nie rozumiem dlaczego miałabym snuć refleksję nad sobą, gdy potrzebuję sposobu na poradzenie sobie z dzieckiem”.

Cóż… mnie te wszystkie książki bardzo pomogły – poznać lepiej siebie jako rodzica mającego na plecach bagaż różnych wzorców, a nawet schematów, których nie byłam świadoma. Pomogło mi to zapanować nad emocjami, kiedy dziecko kładło się w sklepie albo w przychodni, buntując się przeciwko temu, co za chwilę nastąpi.

Okazało się jednak, że ta pierwsza wiedza i pierwsze doświadczenia to igła w stogu siana. Iskierka jest niezwykle uparta i konsekwentna w swoich działaniach. Myślę, że te cechy stanowią jej zaletę, ale… jakiekolwiek negocjacje z nią albo próby przekonania jej do zrobienia czegoś lub odstąpienia od zrobienia czegoś mogą kończyć się chrypką 😉 Z pozycji rodzica trzeba się dużo więcej napracować próbując osiągnąć konsensus. Nie jestem zwolenniczką „siłowego” rozwiązywania problemów. Nie stosuję tego w kontaktach z dorosłymi, dlaczego miałabym wpływać w ten sposób na dziecko? W moim odczuciu użycie siły czy to fizycznej czy psychicznej zawsze jest krzywdzące dla drugiego człowieka – niezależnie od wieku.

Czy to działa?

Myślę, że tak, ale wymaga od obojga rodziców znacznie więcej pracy. Po pierwsze pracy nad sobą – by sprostać wyzwaniu wychowania dziecka w mądry sposób. Po drugie pracy nad swoimi zasobami – by zdobywać wiedzę i próbować niekonwencjonalnych sposobów poradzenia sobie z wychowaniem. W mojej relacji z Iskierką staram się jednak być dla niej przywódcą, który wskazuje, pomaga, prowadzi, ale nie zmusza. Wymaga, ale kocha. Ufa. Nie ogranicza bliskości. Akceptuje. Jest.

Dzieci zmieniają się bardzo szybko i potrzeba nieustannego rozwoju, by nadążyć za tym, co się wydarza. Nie wszystko przychodzi mi intuicyjnie – niestety. Z pustego i Salomon nie naleje. Ale jest kilka zasad, których trzymanie się niezależnie od wieku i okoliczności bardzo procentuje w wychowaniu dzieci. Po pierwsze, miłość i bliskość – tego nigdy za wiele. Po drugie, konsekwencja. Po trzecie, rozmawianie. Po czwarte, wyznaczanie granic. Po piąte, krytykowanie zachowania, a nie dziecka. Po szóste – sądy i oceny innych na temat mojego dziecka albo rodzicielstwa zostawiam im samym. Słucham, niekoniecznie przyswajam. Bo to tak jakbym ja chciała wypowiedzieć się w temacie Twojego życia z pozycji sędziego albo doradcy. A to, co o Tobie wiem jest tylko obrazkiem, który chcesz mi pokazać. Czy mogę na tej podstawie cokolwiek oceniać? Nie oceniam też dziecka mówiąc mu, że jest takie czy takie albo zrobiło coś tak czy tak. Akceptuję.

I ostatnia – najważniejsza zasada jaką wyznaję, to aby być najlepszą mamą, jaką potrafię być i starać się na 100%.

Wychowanie dzieci jest ogromnym wyzwaniem w obecnych czasach. Pędzący konsumpcjonizm i rozwój technologii, absorbujący uwagę od najmłodszych lat, nie pozostają bez znaczenia. Z jednej strony chcemy, by naszym dzieciom żyło się lepiej, ale z drugiej strony nie chcemy, by odebrało im rozum. Wiele aktywności dzieci może pozostawać poza naszą wiedzą i kontrolą, bo dzieje się na przykład w Internecie. Znalezienie klucza do wychowania dobrego, szczęśliwego i zaradnego człowieka wydaje się tym, czego współcześni rodzice potrzebują najbardziej.