Epidemia sukcesu.

epidemia sukcesu

Sukces – mówi nam się, że każdy może go osiągnąć i że wszystko, czego pragniemy jest możliwe. Mówi nam się, że mamy nieograniczony potencjał – wystarczy tylko, że zaczniemy go wykorzystywać. Mówi nam się, że możemy spełnić każde swoje marzenie – niemal od zaraz, wystarczy zrobić tylko pierwszy krok. Dużo nam się mówi. Mówienie o tym jak dużo jest możliwe ostatnio stało się nie tylko modne, ale też bardzo opłacalne. Prawdziwy sukces maszynki do rozwoju osobistego. A co jest dalej, tam gdzie wzrok nie sięga? Cmentarzysko.

O sukcesie w życiu dużo się obecnie mówi. Na kanwie pragnienia osiągnięcia sukcesu wyrósł cały sektor przemysłu coachingowego. Bo któż z nas nie chciałby zrobić w swoim życiu czegoś znaczącego? Jednak… czy wszyscy jesteśmy do tego zdolni?

Dziś przedstawia nam się znane osobistości i mówi – zobacz, oni osiągnęli sukces, Ty też możesz. Dziś lansuje się gwiazdy, które jedną piosenką podbiły rynek muzyczny i przeprowadza się z nimi wywiady o tym, jak to jest osiągnąć sukces. Dziś opowiada nam się historie kolejnych startup-ów, tłumacząc jak wiele znaczy dobry pomysł – innowacja. Dziś w cenie jest dążenie do sukcesu, bo jeśli do niego nie dążysz, to jesteś leszczem. Dziś każdy z nas musi spełniać swoje marzenia, bo jeśli nie robi tego tu i teraz to marnuje swoje życie, niweczy wszystko.

Dziś przedstawia nam się znane osobistości, ale nie mówi się jak wiele pracy wymagało od nich osiągnięcie sukcesu, jak wiele porażek odnieśli po drodze i jak dużo wysiłku włożyli w swój plan. Dziś lansuje się gwiazdy, które jedną piosenką podbiły rynek muzyczny, ale nie pokazuje się co dalej z nimi się dzieje, nie mówi się o poniesionych przez tych ludzi „kosztach”. Dziś opowiada nam się historie kolejnych startup-ów, nie wspominając ile lat nauki, systematycznej pracy czy jakie naturalne predyspozycje leżą u podstaw innowacyjnego produktu czy usługi. Dziś w cenie jest dążenie do sukcesu, ale to Ty zapłacisz tę wysoką cenę. Dziś każdy z nas musi spełniać swoje marzenia tu i teraz, ale nie każdy może i nie każdy jest do tego stworzony.

Dziś kreuje się cywilizację sukcesu, która w istocie jest mżonką, a patrząc na to z innej, bardziej brutalnej strony – czystym zyskiem. Zyskiem budowanym na odwiecznym pragnieniu człowieka – pragnieniu odczuwania szczęścia. Idea cywilizacji sukcesu uosabia szczęście z życiem pełnym sukcesów. Jeśli ich nie osiągamy, to tak jakbyśmy byli niepełni. Idea cywilizacji sukcesu opiera się na tym, czego nam brakuje, budując w nas przeświadczenie, że aby osiągnąć szczęście potrzeba nam spełniać kolejne warunki.

Zapomniano o roli pracy, wysiłku, wytrwałości, konsekwencji, zaangażowania, próbowania, odwagi i wreszcie czasu. Suma tych wszystkich składników stanowi o możliwości osiągnięcia sukcesu na różnych polach.

Cywilizacja sukcesu sprawia, że przestajemy czuć się komfortowo będąc tym, kim jesteśmy, toteż zaczynamy nad sobą pracować, zmieniać się, dążyć do bycia „bardziej sobą”. Dążymy czy błądzimy?

Tam, gdzie nie udało się osiągnąć sukcesów w obszarach zawodowych czy prywatnych powstaje cmentarzysko.

Cmentarzysko wypieranego strachu, frustracji, rozczarowania, goryczy, załamania poczucia własnej wartości, depresji. Cmentarzysko niepowodzenia, którego roli nikt już dziś nie docenia. Niepowodzenie jest nieładne, niepożądane i w ogóle pase.

Tymczasem w moim odczuciu porażka jest nieodłącznym elementem sukcesu. Takiego prawdziwego, zdrowego sukcesu. Odnoszenie porażek jest niezbędne, by człowiek mógł potem psychicznie udźwignąć „ciężar” sukcesu. Porażki nas hartują, uczą, wzbogacają nasze doświadczenia, dodają sił i wiary we własne możliwości – tak paradoksalnie. Dobrze przeżyta porażka stanowi szansę, nie zagrożenie. Stanowi lekcję, nie regres. Co się dzieje, gdy sukces przychodzi zbyt łatwo i zbyt szybko?

Wyobraź sobie, że wspinasz się na górę. Pogoda Ci sprzyja, żadnych przeszkód po drodze. I szybciej niż oczekiwałeś docierasz na szczyt. Chwilę cieszysz się widokiem, po czym stwierdzasz, że w sumie myślałeś, że ta radość/szczęście potrwa dłużej, a Twój wzrok wypatrzył już kolejną, jeszcze wyższą górę, której zdobycie z pewnością przyniesie Ci więcej radości.

A teraz wyobraź sobie, że wspinasz się na górę, a szlak jest mokry, a miejscami nawet oblodzony. Wiatr wieje Ci w oczy, a po chwili nadciąga burza. By chronić siebie musisz zawrócić. Czujesz rozczarowanie, a może nawet rozpacz, ale znajdujesz w sobie mobilizację, by za kilka dni wyruszyć ponownie. Wiesz też, jakie błędy popełniłeś i czego zabrakło w Twoim ekwipunku, toteż do kolejnej próby podchodzisz lepiej przygotowany. Pomimo wszystko nieopodal szczytu okazuje się, że zawiodła Twoja kondycja i nie jesteś w stanie ukończyć wędrówki. Kolejny raz zrozpaczony schodzisz z góry i po kilku głębszych refleksjach zabierasz się za ćwiczenia, które mają wzmocnić Twoje ciało. Kolejny raz wyciągnąłeś wnioski ze swojego niepowodzenia. Dążysz więc do udoskonalenia tego, co nie zadziałało. W tym wypadku poprawiasz swoją kondycję. Po jakimś czasie znów wyruszasz na wyprawę i tym razem osiągasz szczyt. Ależ jak to smakuje! Jest radość, która wypełnia serce, jest duma, jest świadomość włożonego wysiłku. Widzisz ile pracy potrzebne było, by spełnić marzenie. Spędzasz na górze sporo czasu ciesząc się nie tylko widokiem, ale przede wszystkim ciesząc się sobą. Czujesz ogromną wdzięczność i satysfakcję.

Sukces ma różne oblicza i dla każdego z nas może i ma prawo znaczyć coś innego. Co nie znaczy, że nasze życie powinno być jednym, wielkim dążeniem do sukcesu. Bo w czasie tego dążenia to, co ważne i prawdziwe może uciec nam przez palce. Nie twierdzę, że nie warto osiągać sukcesów i realizować swoich planów. Twierdzę jednak, że warto robić to po swojemu, w swoim czasie, w zgodzie ze sobą, na własnych warunkach i dla siebie.

„Nie oceniaj mnie przez pryzmat sukcesu, oceniaj mnie na podstawie liczby upadków i tego, jak się z nich podnosiłem.” – Nelson Mandela

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki…? – moje zdanie na temat wyzwań „zmień życie w 90 dni”.

Dużo pisze się o tym jak łatwo można zmienić swoje życie „jeśli tylko naprawdę zechcesz”, „jeśli będziesz zapisywać swoje cele”, „jeśli będziesz działać konsekwentnie”, „jeśli będziesz robić to czy tamto”. Sporo w tym prawdy, jednak mam na ten temat swoje zdanie i chcę Ci więcej o tym opowiedzieć.

wyzwania 90 dni

Przełom w moim życiu nastąpił w 2011 roku, kiedy trafiłam na ścieżkę rozwijania siebie jako człowieka. Pisałam o tym nieco więcej we wpisie o drodze serca. Co było później? Więcej czytałam, zaczęłam bywać na inspirujących warsztatch z inspirującymi ludźmi. I przerobiłam po drodze kilka bardzo emocjonujących wyzwań zmiany życia w 90 dni… Rzeczywiście jest tak, że jeśli bardzo, bardzo poważnie do tego podejdziemy to przez 3 miesiące możemy zmienić bardzo dużo. Nie możemy jednak zmienić wszystkiego i nie ma co się łudzić, że po tym czasie staniemy się nowym człowiekiem. Proces, w wyniku którego ewoluujemy w kierunku stawania się lepszą wersją siebie ma tylko jedno imię. To jest Życie. A trwa ono znacznie dłużej niż trzy miesiące.

Jakie jeszcze skutki przynosiły wyzwania 90 dni? Bardzo często pozytywne, ale… jest jeden haczyk. Przestało być tak pięknie kiedy założyłam rodzinę i przyszła na świat Iskierka. Nagle okazało się, że moje działania są nieustannie sprzężone z najbliższymi, a ich życie odbija się w moim. Nakładały się na siebie i zazębiały kolejne warstwy zależności. Wszak obok mnie stanął mężczyzna, który podobnie jak ja ma silną osobowość i głowę pełną pomysłów. A na świecie pojawił się mały człowieczek potrzebujący nas bardziej, niż ktokolwiek.

To, co nie zdawało egzaminu w nowej sytuacji to fakt, że trudno było mi rzeczywiście robić wszystko tak, by realizować swoje plany. Ale to był początek kolejnej lekcji… lekcji którą w różnych wariantach przyszło mi odbierać kolejne trzy lata. Lekcji wprowadzania prawdziwej zmiany, mającej na uwadze nie tylko moje dobro, ale dobro każdego z nas. I to okazało się być cudownym doświadczeniem, bardzo transformującym. Dogłębne zmiany wymagają czasu i szacunku wobec tego kim byliśmy oraz kim jesteśmy teraz. Nie można powiedzieć sobie, że wszystko jest do d***, a za trzy miesiące będzie cudownie. Jeżeli osiągamy sukces zbyt szybko bardzo często nie potrafimy udźwignąć psychicznych konsekwencji tej zmiany, a w rezultacie pokusa schowania się do swojej skorupki znów może pojawić się na horyzoncie.

Nie uważam, że wyzwania 90 dni są złe. Wiem jednak, że jeśli nasze cele są zbyt wyśrubowane i nieadekwatne do naszych możliwości, takie wyzwania mogą skończyć się frustracją. A po kilku nieudanych próbach spada samoocena. Dlatego jak do wszystkiego w życiu trzeba mieć także do tego dystans.

Kształtuje się obecnie „trend sukcesu” w naszym społeczeństwie. A to wcale nie jest tak, że wszyscy wszystko mogą i wszyscy wszystko muszą. Mieszkałam w różnych środowiskach ludzi – zarówno w Polsce jak i za granicą – i jestem przekonana, że nasza różnorodność jest nam potrzebna, by świat nie zwariował. Tymczasem gabinety psychiatrów, terapeutów czy coachów wypełniają się po brzegi. Czego tam szukamy? Myślę, że siebie. Wiem, bo coaching też przechodziłam. Z pewnością o tym jeszcze napiszę.

Ważne jest, by ufać sobie, swoim możliwościom i iść za swoimi marzeniami, ale najlepiej na drodze świadomej, stopniowej, wewnętrznej przemiany. Zauważaj to, co dobre w Twoim życiu, doceniaj to, co masz dziś, a dzięki temu Twój poziom satysfakcji wzrośnie od zaraz. Realizacja marzeń i wprowadzanie życiowych zmian często zajmują więcej niż trzy miesiące.

Upragnionych zmian Ci życzę,

Justyna

Siła jest w nas! O realizacji marzeń, macierzyństwie, kryzysach i sukcesach – rozmowa z Joanną Sieradzan.

Joanna Sieradzan – kobieta wielu talentów. Od dwóch lat mama. Designer, tancerka, przedsiębiorca. Właścicielka ekskluzywnej marki mebli Svarog. The exquisite furniture oraz SiaSie Design. Rozmawiamy o pasji, spełnianiu marzeń, przeciwnościach losu, kryzysach, macierzyństwie i celach na nowy rok.
wywiad z Asią Sieradzan

Joanna Sieradzan

Ja: Asiu, reprezentujesz swoją osobą wiele talentów artystycznych w różnych dziedzinach. Czy od zawsze wiedziałaś, co chcesz w życiu robić?

Joanna: Jak byłam mała chciałam być obraniaczką zwierząt. (śmiech) A tak na serio, od zawsze moje marzenia oscylowały wokół tematów artystycznych. Od dziecka chciałam zajmować się teatrem i tańcem. Marzyłam o tym i to marzenie spełniło się, ale na ten moment postanowiłam je osadzić głównie w strefie hobbystycznej. I myślę, to dobrze, że tak się stało. Jak byłam młodsza to myślałam sobie, że ludzie sztuki to są totalni krejzole, a szczególnie ci z Akademii Sztuk Pięknych. Potem trafiłam na Akademię  w Warszawie i to mnie płynnie pokierowało do projektowania mebli. Skończyłam wystawiennictwo, ale zakochałam się  właśnie w meblu.  Wystawiennictwo dało mi w życiu bardzo dużo doświadczenia. Ale tak naprawdę bardzo naturalnie przyszło do mnie projektowanie formy, nowych rzeczy.

Ja: A co z tańcem? Nadal tańczysz czy tylko przy okazji?

Joanna: Tańczę nadal i mam nadzieję, że będę tańczyć. W pewnym momencie mojego życia miałam ogromną potrzebę rozwijania tych dwóch pasji równolegle. Na studiach zaczęłam dużo tańczyć. W pierwszym teatrze próby mieliśmy pięć razy w tygodniu od 22 do 24:30 i te zajęcia były bardzo angażujące i bardzo mnie rozwijały. A do tego wiele godzin treningów tańca, jogi, które ćwiczyły sprawność, ciało. Po kilku latach pozwoliły mi wejść na bardziej profesjonalny puap. Doszłam więc do tego z zupełnie innej strony, bo nie kończąc szkoły, tylko przez poświęcenie czasu, godzin praktyki. Okazało się, że to dziecięce marzenie udało mi się zrealizować, bardzo się cieszę, że w taki sposób, na okrętkę. A potem zostałam mamą i wyklarowało się co jest moim rdzeniem zawodowym, a co pozostaje w sferze hobbystycznej, bardziej dla mnie. Ale taniec nadal jest i mam nadzieję będzie.

Ja: Rozumiem. Warto wspomnieć, że będąc w ciąży zrealizowałaś jeszcze spektakl taneczny.

Joanna: Tak, to było cudowne. To było w ogóle moje marzenie. Spektakl One(o) zrealizowałyśmy z Pauliną Święcańską. Paulina zaprosiła mnie do współpracy, po tym, jak spotkałyśmy się na zajęciach. Widziałam, że Paulina na mnie zerka, coś się kroi. To było dla mnie przepiękne doświadczenie, że mogłyśmy wtedy tańczyć z Sewerynem w brzuchu. Ponadto będąc w ciąży zrealizowałam z moim partnerem – Filipem – taneczny projekt filmowy. To były fantastyczne doświadczenia i mam nadzieję, że jeszcze mi życie i czas pozwoli tańczyć.

Ja: A po narodzinach Seweryna taniec wciąż jest obecny w Twoim życiu, czy to już tylko w formie zajęć dodatkowych?

Joanna: Jak się Seweryn urodził to na początku tańczyliśmy bardzo intensywnie. Zrealizowaliśmy prawie półroczny projekt. Seweryn także wystąpił w tym spektaklu. Miał jedną z głównych rół. Był to spektakl „Drzewo Życia”, do którego zaprosiła nas Paulina Święcańska. Fabuła spektaklu była podzielona na pory roku. Seweryn i ja występowaliśmy w części „Lato” i właśnie była to część poświęcona macierzyństwu, gdzie mieliśmy cały swój przebieg ruchowy. Bardzo piękne przeżycie. Występowaliśmy na scenie, ale też nagrywaliśmy plenerowy film na łące. Całe to przedsięwzięcie pokazało mi, że będąc mamą także dużo mogę, że życie nadal trwa, a pasję mogę realizować wspólnie z dzieckiem i zorganizować się tak, by móc podołać wszystkim zadaniom. To jest też mój cel, żeby znajdować dla siebie czas i wciąż tańczyć, bo także Seweryn z tego skorzystał.

Asia Drzewo Życia

„Drzewo Życia” fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Ja: Bo ruch i taniec są chyba naturalne dla dzieci?

Joanna: Tak, to jest bardzo naturalne, ale też fajne jest to, że wszędzie tam, gdzie jest mama i bezpieczeństwo dzieci także świetnie się odnajdują – nawet w niecodziennych okolicznościach.

Ja: Wracając teraz do Twojej drugiej pasji. Skąd wziął się pomysł na stworzenie marki Svarog? Meble te są niezwykle oryginalne i odważne.

Joanna: Svarog zrodził się bardzo naturalnie. W moim życiu rzeczy dzieją się płynnie, przechodząc z jednej do drugiej. Svarog – nazwa firmy – pochodzi od imienia jednego z bóstw słowiańskich, właśnie Swaroga, boga ognia. Mitologią zainteresowałam się jeszcze na studiach, gdzie zrealizowałam dyplom z mitologii słowiańskiej i bardzo mnie to pochłonęło. Te motywy słowiańskie są bardzo mocno zakorzenione w naszej kulturze, społeczeństwie, a nawet religii, ale tak naprawdę nie dostrzegamy tego. Przyzwyczailiśmy się, że są pewne wzorce, ale nie wiemy skąd one wynikają. Zaczęłam to drążyć, zaczęło mi się to przenikać w różnych strefach życia, a że od zawsze wszelkie motywy z baśni i natury były mi bliskie, to w pewnym momencie zaczął mi się pojawiać pomysł projektowania mebli. Wtedy jeszcze pracowałam w wystawiennictwie. Pierwszym moim projektem był fotel Wilk. Później pojawiły się kolejne, a także pomysł na nazwę marki/firmy. Moje projekty są dość nietypowe, ale chciałam żeby były czymś więcej niż tylko meblem, obiektem użytkowym. Chciałam żeby stały się pewnego rodzaju wzbogaceniem wnętrza.

wilk i ptak

Fotel WILK/lampa wisząca KRUK fot. Aneta Kowalczyk & Kacper LipińskiKiali

Ja: Może żeby były formą artystycznego wyrazu…?

Joanna: Też. Na pewno to są meble dla osób, które albo się w nich zakochają albo stwierdzą, że to jest zupełnie nie dla nich.

ptak

Lampa wisząca KRUK  fot. Aneta Kowalczyk & Kacper LipińskiKiali

Ja: Asia, a co jest Twoją największą pasją dziś i co Twoim zdaniem może stać się nią w przyszłości? Jest coś takiego?

Joanna: Dużo się zmieniło od kiedy jestem mamą, bo macierzyństwo pozwoliło mi się skondensować w moich dążeniach, które kiedyś były bardzo szerokie, bo był taniec, był performance, była praca, było wszystko na raz. Tak naprawdę miałam bardzo dużo czasu i oddawałam się moim zainteresowaniom. A teraz okazało się, że muszę dokonać wyboru, czemu chcę się poświęcić. Pojawił się design – bardzo intensywnie, rozwój Svarog’a, rozwój w projektowaniu. Okazało się, że to było i  jest moją największą pasją. Największą radość sprawia mi projektowanie formy, kiedy mogę tworzyć, realizując swoje pomysły.  Drugą kwestią jest rysowanie, stworzyłam projekt SiaSie. Zaczęłam rysować dla siebie, bo chciałam rysować więcej i znów stało się to naturalnie. Chyba to tak jest, że to, co jest w sercu to w pewnym momencie nie może tam dłużej siedzieć i musi się wydobyć.

svarog

Fotel JELEŃ

Ja: Czyli jednak droga serca, nie rozumu?

Joanna: Stety i niestety tak.

Ja: Co jest dla Ciebie najważniejsze w realizacji kolejnych celów? Jakimi wartościami kierujesz się, dokonując wyborów?

Joanna: Kiedyś miałam tak, że było to związane z realizacją siebie i swoich pasji. Teraz uległo to przewartościowaniu przez rodzinę, bliskich, przez synka. Chcę żeby realizacja pasji szła w parze z możliwością utrzymania się i zapewnienia nam godnego życia. Teraz dużo bardziej realnie patrzę na życie i uwzględnienie tego materialnego wymiaru w procesie tworzenia stało się też dla mnie bardzo ważne. Podejmując decyzje dotyczące kolejnych działań staram się zachować równowagę pomiędzy tym, co daje mi radość, a satysfakcją finansową, szukam kompromisów. Wierzę w to, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko, dlatego staram się zadbać o siebie we wszystkich sferach. Patrząc globalnie – projektując mam też na uwadze, aby moje prace, moje projekty: meble czy rysunki, wzbogacały czyjeś życie tą artystyczną formą, by nie tylko były funckjonalne, ale też wnosiły do życia odbiorców coś więcej. Wkładam w to serce.

Ja: Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?

Joanna: Ojeej… Z tych rzeczy tanecznych. Po latach bardzo doceniam pracę w teatrze Linia Nocna, o którym dziś już mało kto pamięta. To była grupa, która zajmowała się improwizacją, jakieś osiem lat temu. Wtedy jeszcze prawie nikt nie słyszał o improwizacji. Prowadził go Piotr Filanowicz. To był teatr, który zbierał pieśni ludowe, polskie. Teatr, który opierał swoją działalność na podstawach Grotowskiego, prawdziwym i intensywnym byciu. Przeplatało mi się to w życiu. To bardzo pięknie zaowocowało. Czuję, że to było dla mnie ważne. Ukształtowało to dodatkowo mnie, już jako osobę dojrzałą. To był czas kiedy wchodziłam w dorosłość. Dużo się wtedy w takim „studenckim” umyśle dzieje.

Również za duże osiągnięcie uważam wyjazd z moimi meblami na międzynarodowe targi designu Salone Satellite w ramach Salone del Mobile do Mediolanu. Późnej zostałam zaproszona na dwudziestolecie tego wydarzenia przez  kuratorkę. Również tegoroczne wysłanie mebli do klienta na Tajwan. To, że byłam w stanie to zrealizować sama, z dzieckiem na ręku. Podołałam wyzwaniom dużym pod względem logistycznym, dopinając wszystko w terminie.

Ja: Ja myślę, że jesteś przykładem na to, że mama bardzo dużo może, więcej niż można sobie wyobrazić.

Joanna: A przy tym wszystkim jest jeszcze rodzicielstwo bliskości, w duchu którego wychowujemy synka, a chcę to dodać od siebie, bo to jest trudna droga, dość wymagająca. Nawet przy tak dużej ilości pracy mojego partnera i mojej, realizujemy tę drogę i uważam to za ogromne osiągnięcie, bo mamy cudowną relację z synkiem.

Ja: Co uważasz za swoją największą porażkę? Czego się dzięki temu nauczyłaś?

Joanna: Nie odczuwam, bym poniosła w życiu jakąś porażkę, raczej wszystko, co mi się przydarza traktuję jako doświadczenie. Każde zdarzenie, które mogłabym uznać za porażkę, pokazuje mi rzeczy, których byłam nieświadoma albo sfery mojego życia, nad którymi muszę popracować. Na przykład ostatni rok był dla mnie bardzo trudny, bo nie byłam w stanie zarobić na swoje utrzymanie, realizując to, co sobie wymarzyłam – czyli Svarog’a. W pewnym momencie musiałam się zatrzymać i zastanowić się, co mogę zrobić i jak mogę dalej rozwijać siebie i markę, którą stworzyłam, bo bardzo dużo poświęciłam i siebie i mojej rodziny. Sporo czasu przeznaczyłam na pracę, a potem zostałam z dużą frustracją, z dwoma pięknymi projektami, które kocham i z zerem na koncie. Jednak taki upadek na ziemię był mi potrzebny, bo pokazał mi, że nie ma co siebie oszukiwać. Musiałam sobie pewne kwestie przewartościować, usiąść z Excelem, do którego taka osoba jak ja zagląda raz na trzy miesiące, podjąć decyzję co trzeba zrobić dalej. I była to dla mnie cenna lekcja.

Ja: W jaki sposób macierzyństwo zmieniło Twoje życie? Jestem przekonana, że dwa lata bycia mamą mogły zmienić bardzo dużo.

Joanna: Życie? Całkowicie – wszystko zmieniło się o 180 stopni, we wszystkich sferach. Prywatnie – zrozumiałam dzieci. Że to są istotki dokładnie takie same jak my, tylko mniejsze, które trzeba przeprowadzić przez świat. To nie jest tak, że dzieci są złośliwe, manipulują, krzyczą, biegają po podwórku i celowo przeszkadzają wszystkim dookoła. Zatem mój stosunek do dzieci zmieniłam zupełnie. Ponadto wszelkie zachowania krzywdzące dzieci albo nawet „upupiające” je powodują mój wielki bunt, bo dzieciom należy się szacunek. Zrozumiałam jaka jest natura dzieci, że potrzebują bardziej prowadzenia przez życie, dużo wolności i dobrej, partnerskiej relacji. Zatem nie różnią się niczym od nas – dorosłych.

Macierzyństwo zmieniło też wiele w biznesowej sferze mojego życia, bo paradoksalnie najwięcej osiągnęłam właśnie w czasie, kiedy przyszedł na świat Seweryn. Wyjechałam na wspomniane wcześniej targi w Mediolanie z 2,5 miesięcznym synkiem, mając wsparcie tylko w osobie mojego partnera. Także projekt SiaSie powstał, kiedy Seweryn był już na świecie. W pewnym momencie poczułam, że zarówno czasu jak i siebie mam dużo mniej i wtedy właśnie zrodziła się we mnie silniejsza potrzeba bycia kimś jeszcze – poza mamą. Miałam swój świat, który pozwalał mi istnieć inaczej. To było bardzo moje, bo nadal miałam ogromną potrzebę realizacji siebie.

Ja: Czyli macierzyństwo dodało Ci skrzydeł w rozwoju?

Joanna: Zdecydowanie. Rozwinęło mnie ponadto jeszcze w sferze międzyludzkiej i w ogóle jako człowieka. Rodzicielstwo jest fajne, bo cały czas trzeba nad sobą pracować, rozwijać się żeby temu małemu człowiekowi dawać dobry przykład.

drzewo życia 2

„Drzewo życia” Fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Ja: Łączysz twórczą, kreatywną pracę z macierzyństwem, co pozwala Ci wytrwać pomimo zmęczęnia? Czy rzeczywiście jesteś w stanie pracować tylko wieczorami?

Joanna: Głównie tak. Był taki czas, gdy Seweryn był mały, że wyjechaliśmy i nie mieliśmy żadnej pomocy i wtedy siedziałam po nocach i pracowałam po nocach, albo wtedy kiedy mój partner mógł zająć się synkiem. Od jakiegoś czasu mamy pomoc niani, więc sytuacja się zmieniła. Mamy kochane nianie, które nas wspierają, ale to też nie jest na jakąś super dużą skalę, więc wciąż jest tak, że pracuję wieczorami. Jednak… patrząc na to z perspektywy czasu nikogo nie zachęcam do takiego modelu pracy. Trzeba mieć balans w życiu i nie spalać się aż tak bardzo. Ja w pewnym momencie podjęłam decyzje, z których musiałam się wywiązać, bo nie wyobrażałam sobie, żeby postąpić inaczej, ale mimo wszystko trzeba dbać o czas dla siebie i trochę oddechu.

Ja: A co pozwalało Ci wytrwać pomimo zmęczenia, które na pewno było ogromne?

Joanna: Dużą przestrzeń dla realizacji siebie i uzyskania szybkiego efektu dał mi projekt SiaSie. I to dzięki niemu miałam więcej energii. A poza tym jak pracowałam nad projektami mebli to czułam, że to może być coś dobrego i dawało mi to ogromną satysfakcję. Jednak kluczem było i jest moje pozytywne podejście do wszystkiego, co się wydarza. Sama się nakręcam tym, co robię. Mam mnóstwo energii do działania. Staram się znajdować pasję i radość w tym co robię i robić to najlepiej jak potrafię.

Ja: Kryzysy, przeciwności? Były? Pojawiają się? Co wnoszą do Twojego życiowego kuferka?

Joanna: Wnoszą dużo. Na pewno doświadczenie. Pozwalają mi zachować równowagę. Wnoszą zrozumienie, że niekoniecznie poszłam w tą stronę, w którą powinnam albo że gdzieś się za bardzo zaprzepaściłam. Pomagają mi tak realnie spojrzeć na siebie i na świat, czy nie bujam za bardzo w obłokach, czy powinnam zrobić coś inaczej, czego potrzebuję naprawdę, by zrealizować swoje cele. Kryzysy i przeciwności uczą mnie też, by wymagać najpierw od siebie, a nie od innych, by nie szukać przyczyn w całym świecie dookoła, ale poszukać co się stało, dlaczego pogubiłam się po drodze. Choć oczywiście nie przychodzi mi to tak łatwo jak teraz o tym mówię, bo kosztuje to dużo czasu i uwagi.

Na przykład ta praca ostatniego roku kosztowała mnie bardzo dużo, pracowałam dniami i nocami, niejednokrotnie ocierając się o jakieś stany depresyjne – co chyba nie jest wstyd powiedzieć – ale to dało mi naukę, że nie można o sobie zapominać, że trzeba mieć balans, pamiętać o rodzinie, dziecku, które potrzebuje mamy, a na to też potrzebna jest siła. Trzeba starać się być tak po prostu szczęśliwym z dnia na dzień, nie spiesząc się i nie mając tysiąca celów czy zadań.

Ja: Jakie jest Twoje największe marzenie na nadchodzący rok?

Joanna: Na pewno zdrowie i siła dla całej mojej rodziny. Od kiedy Seweryn jest z nami czuję, że to jest ważne. Jak jest się zdrowym to można wszystko. A zawodowo i też bardzo praktycznie chciałabym aby moje projekty, pasja i cała masa pomysłów pozwoliły mi się utrzymać i nawiązać współprace, które byłyby owocne dla obydwóch stron. Aha… i tańczyć więcej! 🙂

Ja: Zatem tego właśnie życzę Ci na Nowy Rok. Dziękuję za przepiękną rozmowę, która pokazuje, że kluczem do samorealizacji jest pozytywne nastawienie do życia, a rodzicielstwo jest doświadczeniem, które rozwija nas na wielu płaszczyznach – jeśli nie wszystkich. Mama bardzo dużo może, jeśli chce – jesteś tego doskonałym przykładem!

 

Osoby, strony i tematy wymienione w wywiadzie:

Svarog. The exquisite furniture.

SiaSie Design 

„Drzewo Życia” – koncepcja i reżyseria Paulina Święcańska

Film „Drzewo Życia” – montaż Paweł Głogowski

Zdjęcia „Drzewo Życia” – Fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Film „Keep on pushing”  – by Joanna Sieradzan & Filip Wencki [kamera i montaż Paweł Głogowski]

Salone Satellite – targi designu w ramach Salone del Mobile w Mediolanie

 

*Wszystkie materiały graficzne wykorzystane w publikacji pochodzą z archiwum prywatnego Joanny Sieradzan lub zostały wykorzystane za zgodą Fundacji Artystycznej PERFORM.