Kiedy to, w co wierzymy działa na naszą niekorzyść.

destrukcyjne wiara

Był już wpis o pozytywnych aspektach wiary – pojmowanej jako pełne przekonanie o osiągnięciu celu. Dzisiaj będzie o tym, co dzieje się, gdy uparcie wierzymy w coś, co nam nie służy, czyli o sile przekonań, które mogą wpływać na nasze życie w destrukcyjny sposób.

– WIERZYSZ W PRZESĄDY? –

Żeby zobrazować trochę to, o czym chcę napisać zacznę od przykładu przesądów. Żyjemy w XXI wieku, nauka jest już naprawdę nieźle rozwinięta, a wielu z nas wciąż wierzy w przesądy. Z czego ta wiara w moim odczuciu wynika? Ze strachu! Uważam, że wiara w przesądy nie wzbogaca naszego życia, nic do niego nie wnosi, a właściwie jest podszyta sporą dawką lęku, uprzedzeń i pradawnych wierzeń. Wszak większość przesądów wywodzi się z dalekiej przeszłości, kiedy ludzie pewne zjawiska próbowali sobie jakoś! wytłumaczyć, nie mogąc poznać ich naukowego czy bardziej logicznego wyjaśnienia.

Ja osobiście w przesądy przestałam wierzyć już dawno, ale wychowałam się na wsi, w domu gdzie mieszkali jeszcze moi dziadkowie, więc w gruncie rzeczy zaszczepiono mi ich sporo. Jednak wraz z rozwojem nauczyłam się świadomie decydować w co wierzę, a w co nie. Mimo wszystko będąc w pierwszej ciąży złapałam się na tym, że bałam się przejść przez niski płotek. I nie był to strach przed zrobieniem sobie krzywdy, bo o to naprawdę byłoby trudno, ale był to lęk, że moje dziecko urodzi się owinięte pępowiną, bo tak mi mówiono. Po krótkim zastanowieniu pokonałam przeszkodę, bo nie chciałam poddać się wierze w niczym nieuzasadnioną pogłoskę. Oczywiście dziecko urodziło się spokojnie siłami natury w pępowinę niezawinięte. W drugiej ciąży dowiedziałam się, że nie powinnam nosić łańcuszka, bo też coś to wróży, ale całą ciążę łańcuszki nosiłam no i wszystko było z dzidziusiem dobrze.

Ale… wiem, że dla niektórych przesądy mogą być wyrocznią i rzeczywiście może im się przydarzyć coś, czego się obawiali lub czego oczekiwali – pewna część przesądów ma jednak też pozytywny wydźwięk. Aczkolwiek nie słyszałam jeszcze żeby ktoś okupany przez ptaka coś wygrał, choć wielu w moim otoczeniu próbowało 😀 Jednak wracając do meritum. Możliwe, że w wyniku wiary w jakiś przesąd stanie się on rzeczywistością. Bo wszystko opiera się na naszej wierze. Jeśli wierzymy, że coś stanie się naszym udziałem, wiążemy z tym emocje i w dodatku sobie to wyobrazimy jest już „pozamiatane”. Prędzej czy później możliwe, że tak się stanie. A bieg zdarzeń możemy zmienić tylko my sami, decydując się świadomie na to, w co chcemy wierzyć w naszym życiu.

– DESTRUKCYJNE PRZEKONANIA –

Pozostając w temacie, chcę zwrócić teraz uwagę na jeszcze jeden kluczowy aspekt naszej wiary. Wiary, która może działać destrukcyjnie na nas i nasze życie. Wiary w przekonania, które nas ograniczają lub niszczą. Wiara ta ma już nieco inne podłoże, bo zwykle wynika z doświadczeń gromadzonych przez nas w ciągu życia. Co ciekawe nie zawsze, albo nawet rzadko, jesteśmy świadomi swoich negatywnych przekonań. Wykrywamy je dopiero, gdy zaczynamy szukać przyczyn pewnych zachowań, niepowodzeń czy powtarzających się wzorców zachowań. Wykrywamy je dopiero, gdy zaczynamy odkrywać to, co dotychczas było nieświadome i zaczynamy świadomie nad tym pracować. Wiele z tych przekonań zostaje nam zaszczepionych we wczesnych latach dzieciństwa przez naszych rodziców, ale także przez inne bliskie osoby, środowisko, w którym dorastaliśmy czy nasze własne powtarzające się doświadczenia. Na tej podstawie wyciągamy wnioski i to są wnioski, które mogą pozostać z nami na długie lata, a nawet (o zgrozo!) aż do śmierci.

Jeżeli wierzymy, że płace w naszej okolicy wynoszą 2000 zł i więcej to zarabiają tylko jakieś asy, to choćby nie wiem co, będziemy zarabiać właśnie 2000 zł. Szkoda, bo gdybyśmy tylko zechcieli uwierzyć, że jesteśmy zdolni i chcemy znaleźć się w gronie asów, kto wie co mogłoby się wydarzyć 😉

Ponad to, chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt naszej wiary w nasze doświadczenia. Często jest tak, że te przekonania, które w sobie wykształcimy zostają z nami na bardzo długo, tak jak wspomniałam przed chwilą, a życie… cóż… nie jest ani jednowymiarowe ani niezmienne. Zmieniają się okoliczności, ludzie, relacje, generalnie zmienia się wszystko. I warto by było raz na jakiś czas zweryfikować swoje przekonania, bo może się okazać, że okoliczności uległy zmianie albo my się zmieniliśmy i teraz nasze dawne przekonania są już nieaktualne, a my wciąż dajemy im wiarę i możemy zaprzepaścić niejedną okazję. Warto mieć otwartą głowę. Warto pamiętać, że wraz z upływem wędrówki krajobraz na horyzoncie też się zmienia.

– PODSUMOWUJĄC –

Wiara może czynić cuda, ale może też siać lęk, zwątpienie, a nawet zniszczenie. Wiele zależy od naszej decyzji w co chcemy wierzyć. Nasze przekonania kształtują w ogromnej mierze nasze nastawienie do życia, a w efekcie nasze życie. Możemy wierzyć w nieszczęsne piątki trzynastego, czarne koty czy miernotę polskiego rynku pracy, ale równie dobrze możemy uwierzyć, że świat jest dobry, my jesteśmy dobrzy, stać nas na wiele i zawsze mamy prawo wyboru – wyboru tego, czemu chcemy zaufać.

O znaczeniu celu oraz trudności w jego znalezieniu.

brak celu

CEL – słowo klucz rozwoju osobistego. Fundamentalne, strategiczne, może nawet najważniejsze. Dlaczego? Bo gdy nie wiesz dokąd zmierzasz, to zmierzasz donikąd. Niby widzisz drogę przed sobą, niby gdzieś podążasz, ale w efekcie nigdzie nie dochodzisz. Cel nadaje kierunek. To tak jak z obieraniem celu podróży i ustawianiem nawigacji – wpisujesz cel, nawigacja wyznacza trasę, klikasz start i ruszasz. Po drodze mogą wydarzyć się różne rzeczy, czasami jest korek, czasami roboty drogowe, czasami wypadek, czasami konieczna jest zmiana trasy, ale ostatecznie dojedziesz tam, gdzie chcesz – może trochę później, może inną drogą, może przeżyjesz po drodze wspaniałą przygodę albo porządnie się zestresujesz, może odkryjesz miejsca, o których istnieniu nie wiedziałeś, ale dotrzesz.

– GDY CELU BRAK –

Co jednak, gdy celu brak? Jedziesz przed siebie, „byle do przodu” – jak to mówią – ale brakuje jasności w tej podróży. Chodzisz do pracy, zarabiasz pieniądze, jedziesz z rodziną na wakacje, spłacasz kredyt i niby wszystko gra, ba! – możesz wieść nawet życie, którego inni Ci zazdroszczą, ale bywa, że czujesz, że jest tak jakoś pusto. No… coś nie gra.

Są takie trzy wyróżniające nas typy zachowań, które zaczynają władać naszym życiem, gdy brakuje w nim celu albo cel jest zbyt mglisty, byśmy mogli go osiągnąć i w ogóle podjąć dążenie. Te typy opisuję na podstawie moich obserwacji, ale nie jestem psychologiem. Po prostu żyjąc patrzę, co się we mnie lub wokół mnie dzieje. Zatem…

Typ nr 1 – MOTANIE

Gdy celu brak bywa, że zaczynamy się motać w naszym życiu. A to się pogubimy w zgiełku decyzji i wyborów, a to podejmujemy je impulsywnie i bez większego sensu, a to plączemy się w sieci własnych wyborów, niektóre z nich z czasem zaczynają się wykluczać. No jakby tego nie określić nic się kupy w takim układzie trzymać nie będzie.

Typ nr 2 – WYMYŚLANIE

Człowiek ma jakoś tak, że w sumie nie potrafi na dłuższą metę egzystować bez celu. Wbrew pozorom lubimy mieć cel, ale… te najbliższe naszemu sercu cele nie zawsze są łatwe do odkrycia i zwykle – co tu dużo mówić – najbardziej nas przerażają. Zatem, zdarza się tak, że iść za tym celem, który gdzieś głęboko w duszy nam gra za bardzo się boimy, ale też się sami do tego nie przyznamy, toteż wymyślamy sobie „jakieś” cele do realizacji. Co jednak charakterystyczne w całej tej sytuacji te małe albo nietrafione cele, nawet jeśli są zrealizowane, nie pozwalają nam odczuć pełnej satysfakcji bądź harmoni w życiu. Mimo ich realizacji nie czujemy się zintegrowani ze swoim „ja”, z tym, co dla nas najważniejsze. Wewnątrz nas może pobrzmiewać pustka, a nawet zagubienie, więc dalej coś wymyślamy. I tak w kółko.

Typ nr 3 – KRĘCENIE

W ten oto sposób docieramy do typu zachowań numer 3, który w istocie widoczny jest z dłuższej perspektywy czasowej. Jego efektem jest stałe powracanie do punktu wyjścia. Wynika to przede wszystkim z dwóch powodów:

  1. Działamy w schematyczny sposób – chcemy coś zmienić, ale działamy według stałych wzorców, które w dodatku nie są skuteczne albo przestały być skuteczne w nowych okolicznościach życia. Bardzo, bardzo trudno jest modyfikować nasze stałe sposoby działania, nawyki czy mechanizmy automatyczne. Stąd też problem z osiągnięciem celu.
  2. Boimy się – ze strachu wymyślamy milion powodów, by nie podjąć się realizacji celu albo podejmujemy się, ale szybko odpuszczamy albo tracimy cel z oczu i sami przed sobą szukamy wymówek. Efekt jest taki, że pomimo chęci, a nawet wyznaczonego celu wracamy do punktu wyjścia.

– ODNALEZIENIE CELU NIE JEST ŁATWE –

Niestety, nie każdy z nas tak od razu wie, co będzie jego celem w życiu. Pierwszego ważnego wyboru dokonujemy idąc na studia, lub na nie nie idąc. Jednak z tego co widzę mało kto z nas na tym etapie życia wie i jest naprawdę głęboko świadomy, co chce robić. Mało kto potrafi wybrać kierunek studiów, który jest z nim kompatybilny.

Podobnie było ze mną. Jako pierwsze studia wybrałam administrację. Nie zrobiłam tego, bo pragnęłam zostać urzędnikiem. Zrobiłam to, bo nie miałam pomysłu co mam robić w życiu. Nie potrafiłam znaleźć w sobie prawdziwego powołania albo… nie potrafiłam usłyszeć tego, co mówi mi serce! Słyszałam tylko głos rozsądku, który mówił mi, abym wybrała kierunek, po którym będę miała pracę. Jaką? Tego nie wiedziałam. I choć miałam w sobie sporo potencjału i talentów, które mogłam rozwijać, nie potrafiłam z tego skorzystać i być może nie miałam odwagi.

Ponad to w odkryciu swojej ścieżki nie pomaga system edukacji szkolnej. Wszyscy musimy uczyć się wszystkiego, a w efekcie brakuje nam czasu na poszukiwanie i zastanowienie się, co naprawdę w duszy nam gra. Ja w szkole średniej (wybrałam oczywiście ogólniaka) musiałam uczyć się tyle, że do głowy mi nie przyszło żeby sięgnąć po coś jeszcze, poszukać gdzieś dalej – tam gdzie nie sięgał mój zamglony wówczas wzrok.

No i cóż, wsparcia ze strony środowiska też nie ma w poszukiwaniu swojej ścieżki. Na każdego mam wrażenie jest jeden dobry plan – „ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz”. Może to i prawda jeśli chce się zostać naukowcem i oddać swoje życie prowadzeniu badań, ale w każdym innym wypadku to stwierdzenie jest pomyłką. Służy ono raczej zacieraniu naszej indywidualności, unikalnych talentów, które mamy. Nie wspomnę o sytuacjach, kiedy to nasi przewodnicy, czyli np. nauczyciele zamiast nas wspierać w poszukiwaniach dołują nas. Prawdopodobnie dlatego, że sami w jakimś zakresie są niezrealizowani i brak im wiary, że inni mogą to zrobić. Wspominałam kiedyś o mojej polonistce z podstawówki, która tępiła mój styl pisania. Uważała, że piszę do niczego. Tymczasem po zmianie nauczycielki dostawałam same 5 i pochwały. Cóż… punkt widzenia zależy od punktu siedzenia 😉

– CO ROBIĆ? –

Próbować. To moja odpowiedź. Piszę tak, bo nie znam lepszej drogi. Może ktoś zna. Ja uważam, że próbowanie i doświadczenie z niego płynące są podstawą do znalezienia swojej ścieżki, a co za tym idzie, do odkrycia tych najbardziej wartościowych i spójnych z nami celów. Dzięki próbom się uczymy, ale także doskonalimy w tym, co robimy. Zdobywamy doświadczenie, poszerzamy horyzonty, otwieramy głowę na nowe perspektywy, zmieniamy punkt widzenia, czasami widzimy dalej i lepiej. Jesli nie próbujemy to choć byśmy nie wiem jak długi rozbieg wzięli nie wybiegniemy w dal. Spalimy się na starcie.

W drodze ku zarabianiu na swojej pasji.

o zarabianiu na swojej pasji

Niejednokrotnie czytałam, że robienie tego, co się kocha sprawia, że już nigdy nie musimy pracować. W pewnym sensie to prawda, zwłaszcza gdy patrzymy na wykonywanie tego zajęcia z perspektywy zarabiania na swojej pasji. Nie oznacza to jednak, że wykonywanie zajęć związanych z naszą pasją sprawi, iż pieniądze przyjdą do nas same – i to jest druga strona medalu. Mimo wszystko potrzeba pracy i to wcale nie łatwej pracy, aby z tego, co kochamy robić, powstało coś więcej.

 

 – UTRATA GRUNTU POD NOGAMI –

Po pierwsze trzeba ruszyć się z miejsca i przejść z punktu, w którym obecnie się znajdujemy do punktu, w którym zaczniemy zajmować się tym, co kochamy robić.

Patrząc na całą kwestię realistycznie – marzenie o zostaniu dobrze zarabiającym malarzem jest zaiste warte realizacji, ale nie ma co się czarować, że możemy porzucić dotychczasowe zajęcie od zaraz, za oszczędności wyposażyć pracownię i od jutra zająć się malowaniem obrazów, co odczuwamy jako życiowe powołanie, a pojutrze sprzedamy na pniu to pierwsze znakomite dzieło 😉 Byłoby to piękne i możliwe, że tak to się potoczy, jednak… w większości przypadków droga ku realizacji marzeń jest znacznie bardziej kręta, wyboista i nieoczywista.

Ponad to porzucenie wszelkich form „stabilności” jest chyba największym wyzwaniem w całym procesie każdej zmiany. Wyruszając w nieznane tracimy grunt pod nogami. Zaczynamy od zera, często także tego finansowego, co jest źródłem największego stresu w całej tej sytuacji.

– CZAS –

Nie zawsze też dysponujemy większymi ilościami wolnego czasu, które moglibyśmy produktywnie wykorzystać na realizację planów. Jeśli pracujemy, a w większości przypadków tak jest, to czasu wolnego w ciągu doby nie pozostaje wiele, a uwzględniając wszelkiej maści obowiązki domowe może być go już naprawdę mało. No i trzeba jeszcze wykrzesać siły zarówno te fizyczne jak i psychiczne, by cokolwiek dodatkowo zrobić.

Jeśli jesteśmy w domu z dziećmi też wcale łatwiej nie jest, bo dzieci wymagają opieki od wczesnych godzin porannych do godzin wieczornych. Jeśli nie chcemy, by cały dzień oglądały telewizję, to trzeba się trochę wysilić 😉 Oczywiście, że nadchodzi etap, gdy zaczynają bawić się same, pójdą do przedszkola itd., ale konia z rzędem kobiecie, która pragnie się realizować i machnie ręką na swoje marzenia mówiąc: „OK, mam małe dzieci, poczekam jakieś 5-6 lat aż urosną i wtedy zacznę się realizować.” Może są takie panie wśród nas, ale ja na przykład tak nie potrafię. Mnie czasami aż pali potrzeba realizowania swoich pomysłów i jak mam czekać aż dzieci urosną to mnie prędzej pożre frustracja, co dla nikogo dobrze się nie skończy. Także nie tylko porzucenie strefy komfortu, ale także czas jest nam potrzebny, by iść naprzód.

– AKT ODWAGI –

Wyruszenie w kierunku zarabiania na swojej pasji, na robieniu tego, co się kocha wymaga ogromnej ODWAGI, zwłaszcza obecnie, gdy świat pędzi jak szalony, a nasi potencjalni klienci każdego dnia są bombardowani setkami, jeśli nie tysiącami informacji, ofert, propozycji. Jeszcze 15-20 lat temu rzeczywiście można było być świetnym mechanikiem i nie wychodzić z garażu, a wieści o dobrych fachowcach rozchodziły się pocztą pantoflową. Dzisiaj ten sam świetny mechanik bez wyjścia z garażu nie zarobi na tym, co kocha robić. Potrzeba mu wszechstronnego rozwoju, nie tylko w zakresie mechaniki, ale także sprzedaży, obsługi klienta, czy marketingu. A taki rozwój jest ciężką pracą i niekoniecznie wszystko, czego musimy się nauczyć, sprawia nam ogromną przyjemność 😉

Aby marzenie o zarabianiu na tym, co się kocha robić, mogło stać się rzeczywistością trzeba NAPRAWDĘ UWIERZYĆ W SIEBIE. Uwierzyć, że nasi klienci zechcą zapłacić nam za to, co lubimy robić. Uwierzyć, że potrafimy to robić wystarczająco dobrze! Uwierzyć, że podołamy wyzwaniu, że zdołamy pokonać przeszkody, a nawet podnieść się po ewentualnej porażce. Trzeba uwierzyć w siebie w każdym aspekcie – bezwzględnie i bezwarunkowo.

Żaden moment – NIGDY – nie będzie dobry na wyruszenie w tą podróż. Idealne okoliczności nie istnieją. Jeśli czekasz na idealną chwilę miej świadomość, że takiej nie będzie. Możesz za to zrobić już dziś wszystko, co w Twojej mocy, by szanse powodzenia na zmianę życia wzrosły i tak każdego dnia.

 – AKT DETERMINACJI –

Jeżeli już podejmiesz wysiłek podążania ścieżką zarabiania na swojej pasji potrzebna Ci będzie wytrwałość i determinacja. Wydawałoby się, że wytrwałym trzeba się urodzić, ale nie do końca tak jest. Uważam, że można nauczyć się wytrwałości, konsekwentnego dążenia do celu. Konieczne jest jednak wewnętrzne przekonanie, że cel, do którego dążymy jest wart wysiłku, który musimy włożyć w jego osiągnięcie. A tego przekonania nie można wyrobić – to trzeba czuć duszą i ciałem. Najlepiej widać to na przykładzie ludzi, którzy realizują nie swoje cele. Na przykład dzieci, które spełniają niespełnione marzenia rodziców – bardzo często na jakimś etapie rezygnują, bo czują, że żyją cudzą wizją. Dlatego wytrwać uda się tylko, jeśli coś, co chcemy zrobić, jest w 100% zgodne z nami.

W dążeniu ku spełnieniu marzeń trzeba nam zatem wytrwać – nawet gdy wiatr i deszcz, gdy pod górę. Nawet, gdy głowę opanują wątpliwości, bądź gdy zrobi się bardzo niewygodnie. Nie twierdzę jednocześnie, że warto trwać za wszelką cenę, ale dopóki czujesz w sercu, że masz tę moc, to nie pozwól sobie na poddanie się 🙂

A gdy się poddasz czy zaprzestaniesz swoich dążeń to ciało powie Ci, czy to na pewno jest to, czego chcesz. Jeśli poczujesz się z podjętą decyzją dobrze to znaczy, że była właściwa. Jeśli nie – przemyśl decyzję o porzuceniu marzenia raz jeszcze i próbuj raz jeszcze. Przeanalizuj, co mogło pójść nie tak. Zrób przysłowiowy rachunek sumienia – ale taki solidny, sam ze sobą. Rozpisz za i przeciw. Zwróć uwagę, czy sposób, w jaki próbowałaś/próbowałeś osiągnąć cel był właściwy. Może okoliczności się zmieniły i trzeba zrobić coś inaczej? Bardzo często postępujemy według zakodowanych schematów, lub wzorców, które dobrze znamy lub które „dotychczas działały”, a czasami trzeba zrobić coś inaczej.

– DRUGA STRONA MEDALU –

Nie zawsze zajęcie, które było naszą pasją może nią pozostać w dłuższej perspektywie lub w perspektywie zarobkowej i wciąż dawać nam tyle samo radości. Może pojawić się wypalenie, a jeśli tak się stanie to jeszcze nie wszystko stracone – zawsze warto pochylić się dłuższą chwilę nad przyczyną.

Mimo wszystko – według mnie – jeśli chcesz, by Twoja pasja stała się Twoją pracą – próbuj. Próbować zawsze warto. Choć nie obiecałabym nikomu, że już nigdy nie będzie musiał pracować, gdy zacznie robić to, co kocha 😉

Najdłuższa droga…

przebyłam bardzo długą drogę

Przebyłam bardzo długą drogę od „muszę” do „chcę”. Od „muszę” do „mogę”. Od „muszę” do „sama decyduję”. Przebyłam bardzo długą drogę od „wszystko albo nic” do „warto spróbować”. Przebyłam bardzo długą drogę od „zewnątrz do wewnątrz”. I choć wędrówka ta wcale nie była łatwa, to chcę Ci powiedzieć, że warto było…

Na początku mojej macierzyńskiej przygody miałam takie poczucie, że muszę być z dzieckiem. Potem miałam poczucie, że muszę wrócić do pracy, bo czegoś mi w życiu brakuje. A później to już wszystko musiałam: zajmować się dzieckiem, domem no i pracować. Radości z tego nie miałam zbyt wiele.

Dopiero kiedy sobie wiele kwestii poukładałam, dotarło do mnie, że muszenie to zmęczenie. Albo coś robię i chcę to robić, a co za tym idzie nie marudzę, że jest tak czy siak albo tego nie robię. I nie ma w tym temacie taryfy ulgowej.

Rzeczywiście nie zawsze jest tak, że możesz rzucić wszystko i sięgnąć po nowe, fajniejsze życie. W zasadzie to rzadko kiedy tak jest – bądźmy szczerzy. Ale znacznie częściej mamy możliwość zdecydowania o tym, jakimi myślami się karmimy i jaką historię sobie i o sobie opowiadamy. Możesz powiedzieć „Jak to!?” A ja Ci podam przykład.

Moja druga ciąża do najłatwiejszych przeżyć nie należy. 4,5 miesiąca okrutnych mdłości i wymiotów dało mi się we znaki. Gdy mdłości ustąpiły pojawiły się bóle głowy, a wraz z upływem czasu cały garnizon wszelkich możliwych dolegliwości. Szczerze – czasami miałam ochotę po prostu położyć się do łóżka i spędzić tak dzień. Poużalać się nad sobą, opowiedzieć światu jak to jest mi źle i że w ogóle nie rozumiem, dlaczego tak jest. Zamiast tego wolałam inną wersję tej opowieści. Każdego dnia pomimo złego samopoczucia wyznaczałam sobie małe cele, które mobilizowały nawet nie tyle moje ciało, co mój umysł do przeżycia (a nie przetrwania!) nadchodzących godzin w wartościowy sposób. Dzięki temu moja Iskierka nie poczuła się ani przez moment odrzucona czy zaniedbana. Dzięki temu wciąż znajdowałam siły, by pisać tutaj. Dzięki temu z mężem zamknęliśmy kolejny owocny sezon w pasiece. Dzięki temu dziś nie mam poczucia, że przez minionych dziewięć miesięcy było mi ciężko i coś straciłam, że musiałam się poświęcić albo przeszłam jakąś mękę, choć szczerze mówiąc piszę to dość mocno znękana ciążowymi dolegliwościami 😉 Ale każdego dnia powtarzałam sobie „Justyna, dasz radę!” 🙂

Przez minionych kilka lat nauczyłam się jeszcze jednej bardzo ważnej rzeczy. Założenie „wszystko albo nic” bardzo często odwodzi nas od najciekawszych doświadczeń. Kiedy u Twoich stóp życie składa jakąś propozycję, możliwość czy szansę bardzo często widzimy siebie realizujących plan czy marzenie w bieli albo czerni. Albo wszystko albo nic. „Albo zrobię to dobrze albo wcale.” „To musi się udać, bo inaczej wszystko pójdzie na marne.” „ Jeśli te działania mają mieć sens, to muszę zająć się tylko tym.” Tymczasem nie zawsze jest tak, że istnieją tylko dwa warianty nadchodzących zdarzeń. Zwykle jest tak, że pomiędzy „wszystko” i „nic” jest sporo różnych możliwości, które bardzo łatwo przegapić, jeśli oczy przysłonią nam przysłowiowe klapki 😉

Każdego dnia decyduję w jaki sposób chcę i będę myśleć oraz mówić o sobie, o moim życiu. Każdego dnia ta decyzja należy wyłącznie do mnie. Mogę sobie ponarzekać, a jakże. Mogę postrzępić język na marudzeniu. Mogę także zasilić myślami i słowami to, co pozytywne. To, co mi służy. To, co dobre.  Mogę podjąć działania, których chcę spróbować, nie znając ich efektu, bo w końcu każde doświadczenie jest dobre i ważne. Mogę i robię to, bo chcę. Przebyłam bardzo długą drogę od „muszę” do „chcę” i „mogę”.

Trzy rozwojowe ćwiczenia, które wniosły najwięcej zmian w moim życiu.

Przeczytałam naprawdę sporo książek z zakresu rozwoju osobistego – nie wszystkie wnosiły coś wartościowego do mojego życia. Niemal każda z nich wymagała wykonywania oferowanych zadań, które miały na celu poprowadzenie czytelnika w obranym przez niego kierunku. Spośród wszystkich tych ćwiczeń w moim życiu realne zastosowanie znalazły trzy, które naprawdę dużo zmieniły i wciąż zmieniają.

Numer 1

Poranne strony – propozycja Julii Cameron z książki „Droga Artysty”.

Ćwiczenie polega na zapisywaniu każdego ranka trzech stron wszelkich myśli, które kołaczą nam się po głowie. Nie musi być składnie ani stylistycznie, ma być bardzo od szczerze. Pisałam przez kilka miesięcy, codziennie niezależnie od okoliczności zewnętrznych – zmieniło się bardzo dużo. Tym, co jednak cieszyło mnie najbardziej był fakt, że znalazłam najfajniejszy dla mnie sposób na konfrontację z samą sobą – ze swoimi zmartwieniami, ze swoim wewnętrznym krytykiem, ze swoim strachem, ze swoimi bolączkami. Dzięki temu ćwiczeniu wypracowałam najgłębszą przemianę wewnętrzną.

Numer 2

Gdyby został Ci tylko rok – propozycja ćwiczenia, a raczej sposobu myślenia, którą zaczerpnęłam z książki Jacka Walkiewicza „Pełna moc możliwości”.

Wydaje się bardzo proste, w rzeczywistości jest jednak inaczej. Metoda ta zakłada planowanie życia w skali roku tak, jakby miał być to ostatni rok naszego życia. Chodzi o wzbudzenie wewnętrznej motywacji i zaprzestanie odwlekania realizacji planów, które są dla nas bardzo istotne, ale z jakichś powodów (których zwykle znajdzie się przynajmniej kilka) odkładamy ich realizację na przyszłość… Wciąż się tego uczę.

Numer 3

Zapisywanie celów – to propozycja powtarzająca się w niemal każdej pozycji książkowej z dziedziny rozwoju osobistego.

Nie warto lekceważyć tego zadania. Dlaczego? Dlatego, że to co zapisane ma większą moc. Podam bardzo prosty przykład. Niejednokrotnie mieliśmy z mężem fajne pomysły na spędzanie rodzinnego weekendu lub na krótkie wyjazdy, ale… kiedy przyszło nam gdzieś się wybrać pół dnia zastanawialiśmy się gdzie by tu pojechać… Do czasu aż pewnego dnia mój mąż wywiesił na lodówce małą karteczkę i zapisał kilka najczęściej wspominanych przez nas celów podróży. Potem dodawaliśmy kolejne, ale też jak bardzo szybko się okazało wykreślaliśmy te już zrealizowane – i to jeden po drugim. Nie twierdzę, że te niezapisane cele nigdy nie doczekają się realizacji, ale na pewno zapisanie sobie kilku priorytetów nastawia nas bardziej bojowo do ich realizacji.

Jeżeli któreś z tych ćwiczeń zwróciło Twoją uwagę – polecam spróbować. Ja stosuję je do dziś – z różną intensywnością i w zależności od potrzeb. Czasami dokonuję rewolucji, a czasami skupiam się na małych, codziennych celach. Ważne, że idę naprzód.

A Ty pchasz czy ciągniesz wózek zwany życiem?

Wyobraź sobie, że masz przed sobą wózek. Taki staromodny – cztery koła, drewniana skrzynia i uchwyt. A w tym wózku znajduje się wszystko to, co zawiera się w Twoim życiu. Ty i Twoje doświadczenia, rodzina, praca, przyjaciele, problemy i rozwiązania, marzenia, plany, wykształcenie itd. – wszystko! Twoim zadaniem jest wprawienie wózka w ruch. Możesz to zrobić w dwojaki sposób: pchać go przed sobą lub ciągnąć za sobą.

wÓzek zwany Życiem

Pchanie przed sobą ma tę zaletę, że wciąż masz na oku swój dobytek, który wieziesz w skrzyni. Możesz obserwować jak się jego elementy w środku przemieszczają,masz kontrolę nad zawartością. Możesz przystanąć i oprzeć wózek o nogę, by się zastanowić, co dalej. Możesz nadać wędrówce konkretny kierunek, tak by ominąć dziurę i nic nie zgubić.

Możesz także wózek za sobą ciągnąć. Przed oczami wciąż będziesz mieć horyzont, ale niestety nie będziesz mieć możliwości kontrolowania tego, co dzieje się z Twoim skarbem – wszak przez całą wędrówkę będziesz mieć go za plecami. Długotrwałe wpatrywanie się w horyzont może być bardzo frustrujące, zwłaszcza gdy nie masz kontroli nad tym, co wewnątrz Twojej skrzyni. A idąc pod górę trudno będzie Ci się zatrzymać tak, by Twój wózek się nie stoczył – konieczne będzie ciągłe trzymanie go ręką – co na dłuższych dystansach może być uciążliwe.

Jeden i drugi sposób umożliwi Ci przejście drogi, ale przeżycia związane z odbyciem podróży będą znacząco się różnić.

Bywały momenty, że moje życie przypominało ciągnięcie wózka. Czasami się stoczył. Czasami wpadł w dziurę i coś straciłam. Czasami po prostu ciągnęłam go na siłę w stronę pustego horyzontu, nie wiedząc dlaczego to robię.

Zdecydowaną jednak większość podróży odbyłam pchając wózek – biorąc swoje życie w swoje ręce, skupiając się na tym, co dla mnie cenne, będąc aktywną. To prawda, że pod górę trudniej jest pchać, ale za to kiedy jest z górki można wskoczyć na wózek i przejechać się kawałek, łapiąc wiatr, ciesząc się widokami i zbierając siły do dalszej drogi.

A Ty pchasz czy ciągniesz swój wózek zwany życiem?

Wszystkiego dobrego,

Justyna