Najdłuższa droga…

przebyłam bardzo długą drogę

Przebyłam bardzo długą drogę od „muszę” do „chcę”. Od „muszę” do „mogę”. Od „muszę” do „sama decyduję”. Przebyłam bardzo długą drogę od „wszystko albo nic” do „warto spróbować”. Przebyłam bardzo długą drogę od „zewnątrz do wewnątrz”. I choć wędrówka ta wcale nie była łatwa, to chcę Ci powiedzieć, że warto było…

Na początku mojej macierzyńskiej przygody miałam takie poczucie, że muszę być z dzieckiem. Potem miałam poczucie, że muszę wrócić do pracy, bo czegoś mi w życiu brakuje. A później to już wszystko musiałam: zajmować się dzieckiem, domem no i pracować. Radości z tego nie miałam zbyt wiele.

Dopiero kiedy sobie wiele kwestii poukładałam, dotarło do mnie, że muszenie to zmęczenie. Albo coś robię i chcę to robić, a co za tym idzie nie marudzę, że jest tak czy siak albo tego nie robię. I nie ma w tym temacie taryfy ulgowej.

Rzeczywiście nie zawsze jest tak, że możesz rzucić wszystko i sięgnąć po nowe, fajniejsze życie. W zasadzie to rzadko kiedy tak jest – bądźmy szczerzy. Ale znacznie częściej mamy możliwość zdecydowania o tym, jakimi myślami się karmimy i jaką historię sobie i o sobie opowiadamy. Możesz powiedzieć „Jak to!?” A ja Ci podam przykład.

Moja druga ciąża do najłatwiejszych przeżyć nie należy. 4,5 miesiąca okrutnych mdłości i wymiotów dało mi się we znaki. Gdy mdłości ustąpiły pojawiły się bóle głowy, a wraz z upływem czasu cały garnizon wszelkich możliwych dolegliwości. Szczerze – czasami miałam ochotę po prostu położyć się do łóżka i spędzić tak dzień. Poużalać się nad sobą, opowiedzieć światu jak to jest mi źle i że w ogóle nie rozumiem, dlaczego tak jest. Zamiast tego wolałam inną wersję tej opowieści. Każdego dnia pomimo złego samopoczucia wyznaczałam sobie małe cele, które mobilizowały nawet nie tyle moje ciało, co mój umysł do przeżycia (a nie przetrwania!) nadchodzących godzin w wartościowy sposób. Dzięki temu moja Iskierka nie poczuła się ani przez moment odrzucona czy zaniedbana. Dzięki temu wciąż znajdowałam siły, by pisać tutaj. Dzięki temu z mężem zamknęliśmy kolejny owocny sezon w pasiece. Dzięki temu dziś nie mam poczucia, że przez minionych dziewięć miesięcy było mi ciężko i coś straciłam, że musiałam się poświęcić albo przeszłam jakąś mękę, choć szczerze mówiąc piszę to dość mocno znękana ciążowymi dolegliwościami 😉 Ale każdego dnia powtarzałam sobie „Justyna, dasz radę!” 🙂

Przez minionych kilka lat nauczyłam się jeszcze jednej bardzo ważnej rzeczy. Założenie „wszystko albo nic” bardzo często odwodzi nas od najciekawszych doświadczeń. Kiedy u Twoich stóp życie składa jakąś propozycję, możliwość czy szansę bardzo często widzimy siebie realizujących plan czy marzenie w bieli albo czerni. Albo wszystko albo nic. „Albo zrobię to dobrze albo wcale.” „To musi się udać, bo inaczej wszystko pójdzie na marne.” „ Jeśli te działania mają mieć sens, to muszę zająć się tylko tym.” Tymczasem nie zawsze jest tak, że istnieją tylko dwa warianty nadchodzących zdarzeń. Zwykle jest tak, że pomiędzy „wszystko” i „nic” jest sporo różnych możliwości, które bardzo łatwo przegapić, jeśli oczy przysłonią nam przysłowiowe klapki 😉

Każdego dnia decyduję w jaki sposób chcę i będę myśleć oraz mówić o sobie, o moim życiu. Każdego dnia ta decyzja należy wyłącznie do mnie. Mogę sobie ponarzekać, a jakże. Mogę postrzępić język na marudzeniu. Mogę także zasilić myślami i słowami to, co pozytywne. To, co mi służy. To, co dobre.  Mogę podjąć działania, których chcę spróbować, nie znając ich efektu, bo w końcu każde doświadczenie jest dobre i ważne. Mogę i robię to, bo chcę. Przebyłam bardzo długą drogę od „muszę” do „chcę” i „mogę”.

Trzy rozwojowe ćwiczenia, które wniosły najwięcej zmian w moim życiu.

Przeczytałam naprawdę sporo książek z zakresu rozwoju osobistego – nie wszystkie wnosiły coś wartościowego do mojego życia. Niemal każda z nich wymagała wykonywania oferowanych zadań, które miały na celu poprowadzenie czytelnika w obranym przez niego kierunku. Spośród wszystkich tych ćwiczeń w moim życiu realne zastosowanie znalazły trzy, które naprawdę dużo zmieniły i wciąż zmieniają.

trzy rozwojowe ćwiczenia

Numer 1

Poranne strony – propozycja Julii Cameron z książki „Droga Artysty”.

Ćwiczenie polega na zapisywaniu każdego ranka trzech stron wszelkich myśli, które kołaczą nam się po głowie. Nie musi być składnie ani stylistycznie, ma być bardzo od szczerze. Pisałam przez kilka miesięcy, codziennie niezależnie od okoliczności zewnętrznych – zmieniło się bardzo dużo. Tym, co jednak cieszyło mnie najbardziej był fakt, że znalazłam najfajniejszy dla mnie sposób na konfrontację z samą sobą – ze swoimi zmartwieniami, ze swoim wewnętrznym krytykiem, ze swoim strachem, ze swoimi bolączkami. Dzięki temu ćwiczeniu wypracowałam najgłębszą przemianę wewnętrzną.

Numer 2

Gdyby został Ci tylko rok – propozycja ćwiczenia, a raczej sposobu myślenia, którą zaczerpnęłam z książki Jacka Walkiewicza „Pełna moc możliwości”.

Wydaje się bardzo proste, w rzeczywistości jest jednak inaczej. Metoda ta zakłada planowanie życia w skali roku tak, jakby miał być to ostatni rok naszego życia. Chodzi o wzbudzenie wewnętrznej motywacji i zaprzestanie odwlekania realizacji planów, które są dla nas bardzo istotne, ale z jakichś powodów (których zwykle znajdzie się przynajmniej kilka) odkładamy ich realizację na przyszłość… Wciąż się tego uczę.

Numer 3

Zapisywanie celów – to propozycja powtarzająca się w niemal każdej pozycji książkowej z dziedziny rozwoju osobistego.

Nie warto lekceważyć tego zadania. Dlaczego? Dlatego, że to co zapisane ma większą moc. Podam bardzo prosty przykład. Niejednokrotnie mieliśmy z mężem fajne pomysły na spędzanie rodzinnego weekendu lub na krótkie wyjazdy, ale… kiedy przyszło nam gdzieś się wybrać pół dnia zastanawialiśmy się gdzie by tu pojechać… Do czasu aż pewnego dnia mój mąż wywiesił na lodówce małą karteczkę i zapisał kilka najczęściej wspominanych przez nas celów podróży. Potem dodawaliśmy kolejne, ale też jak bardzo szybko się okazało wykreślaliśmy te już zrealizowane – i to jeden po drugim. Nie twierdzę, że te niezapisane cele nigdy nie doczekają się realizacji, ale na pewno zapisanie sobie kilku priorytetów nastawia nas bardziej bojowo do ich realizacji.

Jeżeli któreś z tych ćwiczeń zwróciło Twoją uwagę – polecam spróbować. Ja stosuję je do dziś – z różną intensywnością i w zależności od potrzeb. Czasami dokonuję rewolucji, a czasami skupiam się na małych, codziennych celach. Ważne, że idę naprzód.