Gdy nie wszystko układa się po naszej myśli.

tunel

To był 34 tydzień mojej pierwszej ciąży. Lekarka na chwilę zawiesiła wzrok wpatrując się w ekran, po czym powiedziała lakonicznie, że konieczne będzie dokładniejsze badanie usg. Na zleceniu napisała wielkimi, drukowanymi literami: PILNE!!! W 36 tygodniu poznaliśmy z mężem diagnozę – nasze dziecko miało niewiadomego pochodzenia guza w serduszku.

Nawet dzisiaj jak o tym pomyślę, to emocje ściskają mi brzuch i gardło. To był już prawie koniec ciąży, która była wymarzoną ciążą wielu z nas. Nie męczyły mnie mdłości, nie miałam żadnych dolegliwości, wszystko przebiegało dobrze, a tu nagle taka wiadomość. Kiedy wracałam po badaniu do domu całą drogę płakałam. Nie wiedzieliśmy wtedy co dalej – konieczna była dokładniejsza diagnostyka. Wiadomo było tylko, że na etapie życia łonowego dziecko jest bezpieczne, przepływy krwi i akcja serca są prawidłowe. Lekarze nie wiedzieli tylko jak sytuacja będzie wyglądała po porodzie. Kolejne dwa tygodnie upłynęły mi na dziesiątkach wizyt, badań i konsultacji. Ostatecznie zdecydowano się na wywołanie porodu w 39 tygodniu. Mogłam rodzić naturalnie, ale poród przebiegał w sposób kontrolowany, a pół godziny po przyjściu na świat nasza Iskierka została przewieziona na oddział neonatalny. W odosobnieniu spędziłyśmy kolejne 3 doby.

Nasza druga córeczka na szczęście urodziła się zdrowa jak rybka. Rozwijała się prawidłowo do czasu, gdy około roku pediatra zwrócił moją uwagę, że wkrótce powinna zacząć chodzić, a ona nawet nie wstawała. Na początku pomyślałam sobie, że przecież każde dziecko rozwija się w swoim tempie i żadne lekarskie tabelki nie są powodem do mojego niepokoju. Kiedy jednak minęły kolejne 3 tygodnie, a nasz Maluch nie zrobił żadnego postępu ruchowego w zakresie wstawania i chodzenia, sama postanowiłam udać się po poradę. Skierowano mnie do fizjoterapeuty, gdzie dowiedziałam się, że Mimi wymaga solidnej rehabilitacji, bo jednoznacznie można u niej stwierdzić asymetrię w rozwoju mięśni oraz ruchu, co przekłada się na wiele innych aspektów.

Nie tak to zaplanowałam, nie tego chciałam. Ale tak się stało, bo takie jest życie. Życie, które ma dla nas swój własny scenariusz, nie zawsze zgodny z naszym grafikiem, z naszymi planami czy życzeniami.  Ma za to dla nas cały worek różnorodnych doświadczeń – często takich, których sami byśmy dla siebie nie wymyślili ani tym bardziej nie wybrali.

Kiedy płyniemy z prądem nie zastanawiamy się, co czeka nas za zakrętem, a może okazać się, że będzie to wodospad. Między innymi w ten sposób uczymy się pokory, ale też uważności i przede wszystkim szczerej wdzięczności, gdy jednak sprawy mają dla nas pomyślny bieg. Pokora, uważność i wdzięczność – trzy bardzo ważne zachowania wobec życia, o których często zapominamy. Sprawy dnia codziennego tak bardzo nas pochłaniają, że przestajemy doceniać to, co dobre, stajemy się mniej uważni, a nawet w pewnym sensie zachłanni i aroganccy wobec życia, a ono upomina się o to, co właściwe dla nas – na swoje sposoby 😉

Jest jeszcze jedna lekcja płynąca dla mnie z doświadczeń, które w jakiś sposób nie są zgodne z moimi zamierzeniami. Lekcja nastawienia. Postawa, którą przyjmujemy wobec życia i zdarzeń, gdy nie wszystko układa się tak, jak byśmy chcieli mówi nam bardzo dużo o nas samych, bo możemy się buntować, możemy się złościć, możemy uciekać, możemy walczyć, ale możemy też zaakceptować i postarać się dostrzec, czego to konkretne doświadczenie ma nas nauczyć.

Wierzcie mi lub nie, ale w drugiej ciąży każdą dobrą wiadomość na temat stanu naszego dziecka przyjmowałam z ogromną wdzięcznością. Taką, której kiedyś nie potrafiłam odczuć. Nauczyłam się też pokory wobec życia i zdrowia, które bardziej teraz szanuję. Poza tym wyszłam z tych trudnych dla mnie doświadczeń mimo wszystko silniejsza.

Gdy nie wszystko układa się po naszej myśli możemy się poddać, ale możemy też próbować dostrzec światełko – choćby w tunelu – i uparcie zmierzać w jego stronę, pomimo że zbierają się nad nami burzowe chmury. Kto wie, może to światełko jest pełnym słońcem, ale chwilowo jesteśmy zbyt daleko i nie potrafimy tego dostrzec…?

Alergia pokarmowa u niemowlaka – moje doświadczenia cz. 3 – rozszerzanie diety

alergia cz. 3 rozszerzanie diety

W poprzednim wpisie nakreśliłam jak wyglądał proces wprowadzenia mieszanki mlekozastępczej do diety mojej Mimi. Dzisiaj chcę opisać jak przebiegało rozszerzanie diety. Dwie ważne okoliczności rozszerzania diety na początek: Mimi wciąż w 95 % karmiona była piersią, a rozszerzanie diety rozpoczęłam dopiero, gdy byłam pewna, że mieszanka mlekozastępcza została przez moją córeczkę zaakceptowana, jednak dostawała jej maksymalnie ok. 50 ml na dobę.

– KROK 1 WARZYWA –

Rozszerzanie diety w porozumieniu z alergologiem rozpoczęłam, gdy Mimi miała około 5,5 miesiąca, bo pomimo, że była karmiona piersią, to moją intencją było przejście na mieszankę mlekozastępczą. Ostatecznie pomimo uciążliwości zdecydowałam się karmić piersią nieco dłużej, niż pierwotnie zamierzałam. Wracając do meritum. Na pierwszy oogień poszedł ziemniak. Zgodnie z zaleceniami lekarza podawałam najpierw pojedyńcze warzywa, każde przez około 5-6 dni. Moim zadaniem było uważne obserwowanie co się dzieje z dzieckiem. Następnie wprowadziłam marchewkę, zielony groszek, dynię oraz kukurydzę. Co ważne – w okresie rozszerzania diety Mimi ja sama trzymałam się ściśle określonego jadłospisu i bardzo uważałam, by nie znalazły się w mojej diecie żadne szkodzące jej produkty.

– KROK 2 OWOCE –

Po wprowadzeniu tych kilku warzyw zajęłam się wprowadzeniem owoców: jabłka gotowanego, następnie gruszki, jagód, brzoskwini, moreli, malin oraz śliwek – wszystkie owoce na początku podawałam gotowane.

– KROK 3 MIKSY I KASZKA –

Kiedy już miałyśmy kilka warzyw i owoców, które Mimi jadała, zaczęłam łączyć ze sobą różne produkty, podając Małej miksy warzywne w porze obiadku. Do tych jarzynowych zupek dodawałam odrobinę kaszek – zaczęłam od kukurydzianej, następnie wprowadziłam ryżową oraz jaglaną. No i nadszedł czas na gluten. Tutaj pojawiły się spore problemy, wyglądało na to, że Mimi go nie toleruje, więc wprowadzenie glutenu zostało przez naszą panią alergolog przesunięte. W tym temacie dodatkowo skierowano nas na konsultację gastrologiczną. Więcej o glutenie w kolejnym wpisie.

– KROK 4 MIĘSO I RYBY –

Gdy kaszki i zupki warzywne miałyśmy już opanowane zaczęłam wprowadzać mięso. Na początek indyk oraz królik, w dalszej kolejności kurczak oraz ryby: dorsz, łosoś i mintaj. Zgodnie z zaleceniami alergologa nie podawałam cielęciny oraz wołowiny i nie podaję ich do dzisiaj, wciąż z tym czekamy.

 – KROK 5 DALSZE ROZSZERZANIE DIETY –

W naszym wypadku nie podawaliśmy jajka kurzego ze względu na ostrą reakcję na jajko (żółtko i białko), którą mogłam obserwować karmiąc Mimi piersią. Wraz z upływem czasu podawałam Mimi już 3 posiłki dziennie. Rano zjadała kaszkę bezmleczną przygotowaną na bazie mieszanki mlekozastępczej, w południe zupkę, a w porze podwieczorku owoce z kaszą jaglaną lub ryżem. Ponad to dalej rozszerzałam dietę o nowe warzywa i owoce. Gdy Mimi miała 9-10 miesięcy jadła już większość warzyw i owoców, powoli włączałam także strączki w postaci zielonej fasolki. Wciąż nie podawałam glutenu ze względu na reakcję świadczącą o nietolerancji bądź alergii.

– ROZSZERZANIE DIETY A EMOCJE RODZICÓW –

Wiem, że większość z nas – rodziców – podchodzi mniej lub bardziej emocjonalnie do rozszerzania diety Malucha oraz do kwestii zjadania przez niego podanych posiłków. Co istotne rozszerzając dietę małego alergika trzeba uzbroić się w cierpliwość. Nie wszystko uda nam się wprowadzić zgodnie z planem, na akceptację niektórych produktów będzie trzeba poczekać, ale nie warto się poddawać. Jak się nie uda za pierwszym podejściem to próbujemy za kilka-kilkanaście tygodni. Nasza Mimi do dziś nie je na przykład kalafiora, brokułów czy banana, ale staram się równoważyć jej dietę wykorzystując maksymalnie to, co może jeść.

Na początku całego procesu byłam przerażona, czułam się jak dziecko we mgle, pomimo że mam starsze dziecko i rozszerzanie diety nie było dla mnie nowością. Jednak w przypadku Mimi okazało się sporym wyzwaniem – przede wszystkim ze względu na dodatkowy czas, który musiałam poświęcić na przygotowanie posiłków tylko dla niej oraz szczególną dbałość o swoją dietę w tym czasie.

Jeszcze jedna uwaga na koniec – kiedy wprowadzałam nowy produkt najpierw dosłownie smarowałam nim usta Mimi – tak radzili mi zarówno alergolog jak i gastrolog. Oczywiście stałe posiłki, które tego dnia zaistniały w jadłospisie Mimi musiały być przygotowane tylko z akceptowanych przez nią składników, tak bym mogła zobaczyć ewentualną reakcję. Jeśli po posmarowaniu ust wszystko było dobrze następnego dnia podawałam jedną małą łyżeczkę, kolejnego dnia dwie i dopiero po kilku dniach więcej – oczywiście w zależności od potrzeb Malucha.

I druga istotna myśl – czasami reakcja alergiczna nie ujawniała nam się po pierwszym – nawet kilkudniowym podaniu. Niepokojące symptomy pojawiały się przy drugim podejściu – wtedy za to już raczej szybko – po kilku godzinach lub następnego dnia. To też warto mieć na uwadze. Pani gastrolog tłumaczyła mi, że to absolutnie normalne, gdyż organizm dziecka wykształcił po pierwszym podaniu przeciwciała, traktując dany produkt jako szkodliwy.

W rozszerzaniu diety bardzo pomógł mi mały kalendarzyk, który prowadziłam na lodówce, ponieważ tak jak wspomniałam wcześniej, nie zawsze reakcje świadczące o nietolerancji czy alergii pojawiały się od razu lub przy okazji pierwszej próby. O ile podając pojedyńcze produkty można się łatwo zorientować, o tyle wprowadzając miksy, zupki i jeszcze jakieś nowe warzywa czy owoce już można się pogubić.

Stworzyłam również tabelkę produktów, które Mimi akceptuje, są zakazane oraz tych, które będę wprowadzać. Zawiesiłam ją także na lodówce z uwagi na fakt, że nie chciałam i nie mogłam być jedyną osobą, która posiada tą wiedzę. Gdyby przedłużył się jakiś mój wyjazd albo wypadło coś niespodziewanego mój mąż czy ktokolwiek inny ma wgląd do najważniejszych informacji.

W kolejnym wpisie opiszę nasze przygody związane z wprowadzeniem glutenu 😉

P.S. Ten wpis nie stanowi porady medycznej w żadnym aspekcie. Dzielę się jedynie MOIMI spostrzeżeniami i doświadczeniami, bo zjawisko alergii pokarmowej dotyka coraz więcej niemowląt i wierzę, że taki opis może być wskazówką dla niejednego z rodziców. Jeżeli coś Cię niepokoi zawsze zasięgnij porady lekarza!

Pozostałe wpisy z tego cyklu:

Alergia pokarmowa u niemowlaka cz. 1

Alergia pokarmowa u niemowlaka cz. 2 – wprowadzanie mieszanki mlekozastępczej

Wyzwania macierzyństwa

wyzwania macierzyństwa

Zimna kawa czy nieprzespane noce bywają najmniejszym problemem na ścieżce macierzyństwa. Są takie momenty na naszych rodzicielskich szlakach, które stają się dla nas prawdziwym wyzwaniem. Bywają także dłuższe etapy, kiedy mamy wyraźnie pod górę. Nasze dzieci rosną, rozwijają się i dojrzewają. Niestety większości zmian nie komunikują nam tak po prostu, zwłaszcza we wczesnej fazie dzieciństwa. Częściej wrzeszczą, kopią albo co gorsze –  zamykają się w sobie. A my – rodzice –nie zawsze od razu znamy na wszystko sposób. Nie jest nam także łatwo, gdy są chore, albo gdy mamy mnóstwo spraw na głowie, tylko dwie ręce i mało czasu. Rodzicielstwo stawia nas w obliczu wielu wyzwań, często trudnych.

– CHWILE BEZSILNOŚCI –

Te są jednymi z najtrudniejszych, bo człowiek chciałby coś zrobić, ale albo nic zrobić nie może albo po prostu nie wie co ma zrobić. To są takie chwile, gdy dziecko rzuca nam się na podłogę i wrzeszczy, a ludzie dookoła oceniająco patrzą. W tej rozpaczy naprawdę mało co do dziecka dociera. I pół biedy, gdy na podłodze w miejscu publicznym kładzie się dwulatek, bo o tzw. „buncie dwulatka” jednak większość społeczeństwa słyszała, ale niedawno w przychodni moja starsza Iskierka najpierw nie chciała ubrać czapki, a gdy chwyciłam za fotelik z ryczącą wniebogłosy Mimi i spokojnie powiedziałam do Iskierki, że chcę jak najszybciej opuścić przychodnię, żebym mogła uspokoić jej małą siostrę, to Iskierka zaczęła na mnie wrzeszczeć, kopnęła mnie i powiedziała coś w stylu, że jestem głupia. Tylko że Iskierka jest już kilkuletnią dziewczynką i widziałam różne spojrzenia innych czekających, przede wszystkim wyrażające dezaprobatę.

W tej sytuacji było mi naprawdę ciężko. Rozumiałam, że dla Iskierki godzina oczekiwania u lekarza, potem wizyta, na której lekarz badał obydwie dziewczynki, co trwało ze 20 minut i dodatkowo wrzask malutkiej siostry nie były ani łatwym ani miłym doświadczeniem, ale poczułam się okropnie. Ręce mi opadły… Nie wiedziałam czy zacząć od uspokojenia małej, czy poświęcić chwilę Iskierce. Nie bardzo też wiedziałam co ja mam jej powiedzieć. Zapytałam więc ją, czy jest coś, co chciałaby powiedzieć mnie i to było bardzo dobre posunięcie. Po kilku minutach kryzys został zażegnany, ale we mnie emocje jeszcze długo się kotłowały.

Jeszcze trduniejsze jest odczuwanie bezsilności, gdy dziecko jest chore, a gorączka nie spada mimo wszelkich starań albo objawy nie ustępują dłużej, niż byśmy chcieli, a lekarz mówi tylko, że trzeba poczekać. Chwile oczekiwania na korytarzu dziecięcej izby przyjęć, albo te kiedy wiesz, że musisz coś zrobić, by pomóc dziecku, a ono stawia opór. To są chwile bezsilności i strachu jednocześnie, trudne dla każdego rodzica. Tymbardziej, że w takich momentach dziecku potrzebny jest prawdziwy spokój i wsparcie.

– CHWILE FRUSTRACJI –

Mówisz raz, drugi, dwudziesty drugi i trzydziesty no i nic… Grochem o ścianę. Wciąż zabawki rozrzucone. Albo buty na schodach. Albo biega z puszką karmy dla kotów mimo, że te leżą już najedzone z wypchanymi brzuchami 😉 Czasami uda mi się wziąć głęboki oddech albo dziesięć oddechów, ale czasami aż się gotuję i zdarza mi się podnieść głos albo krzyknąć. Wiem, że to jest efekt mojej frustracji. Kiedyś postanowiłam się wziąć na mądrzejszy sposób i zapytałam moje dziecię: „Córko, jak ja mam do Ciebie mówić, żebyś zrobiła to, o co Cię proszę?” Spodziewałam się, że moje dziecko czymś mnie zaskoczy, ale usłyszałam: „Powtarzaj mi ze dwadzieścia razy to wtedy zapamiętam.

Ot co! Rzeczywiście ta odpowiedź mnie zaskoczyła 😀

Bywają jeszcze chwile frustracji wersja HARD! Te, które najbardziej „lubię” to, gdy trzeba za trzy minuty wyjść, a dziecko opanowała właśnie malarska fantazja, albo nie chce ubrać dziś tych różowych spodni, ale włoży tylko te, które akurat są brudne. Bądź też w ogóle nie chce się ubrać albo zjeść śniadania przed dwugodzinną podróżą. Bądź wszelkie działania mające na celu opóźnienie wyjścia. (Bóg jeden wie czemu!)

No i moje „ulubione” od kilku miesięcy, gdy idę układać do snu małą Mimi i proszę Iskierkę aby nie tylko była cicho, ale wytrzymała bez mamy 10 minut. No i gdy mija 9 i pół minuty, a ja niemal bezgłośnie wymykam się z pokoju wpada Iskierka z pytaniem: MAMOOOOO, A MIMI JUŻ ŚPI!!!

Jeszcze tylko wspomnę o frustracji, gdy chcę coś zrobić, zwłaszcza coś dla siebie i właśnie wtedy dzieci albo nie mogą zasnąć, albo się rozchorują albo dają w kość albo „wymyślą” milion innych rzeczy, by jednak mama znalazła się u ich boku.

– CHWILE TRANSFORMACJI –

To te, gdy w życiu naszych pociech zaczyna dziać się coś istotnego. Przechodzą do kolejnego etapu swojego rozwoju, dojrzewają, ale niestety nie wydarzają się żadne oczywiste symptomy tej zmiany. To trochę tak jak z ząbkowaniem. Coś się dzieje, ale nie wiadomo dokładnie co, no i nie wiadomo kiedy ten ząbek się pojawi. Różnie to z tym dojrzewaniem dzieci bywa, ale moje doświadczenie w tym zakresie pokazuje, że w przełomowych momentach zwykle u Iskierki pojawia się jakiś kryzys zachowania – czytaj: staje się niegrzeczna, tudzież nieznośna albo zaczyna się buntować przeciwko wszystkiemu. Żeby nie było tak łatwo to nie zawsze jej niegrzeczne zachowanie wynika bezpośrednio z sytuacji, z którą ma związek. Na przykład przyjście na świat Mimi poruszyło Iskierkę dopiero po dwóch miesiącach. Kolejne dwa miesiące walczyła o swoją pozycję w naszym domowym świecie, a po tym czasie, gdy przetrawiła wszelkie aspekty zmiany przeszło wszystko z dnia na dzień – jak gdyby nigdy nic… Ale dla mnie te dwa miesiące były koszmarnie trudne. Pojawiło się w naszym domowym życiu dużo konfliktów i napięć, a wszystko to na tle opieki nad niemowlęciem szalejącym w dodatku z powodu coraz to nowych alergii pokarmowych. Można było zwariować!

– CHWILE ZMĘCZENIA –

Zmęczenie – to rodzicielskie zmęczenie zaczyna się często przez wielkie „Z”. Albo nawet przez olbrzymie „Z”. Nie będę tu nawet wspominać jak bardzo zmęczona czuje się kobieta po porodzie, kiedy w dodatku musi podołać wszelkim domowym aktywnościom oraz zająć się dzieckiem lub dziećmi, bo to oczywiste, ale chcę opowiedzieć także o tym zmęczeniu codziennym w różnych jego odcieniach.

Zmęczenie fizyczne rodzica  – matki nie przesypiają nocy przez kilka lat – takie jest moje doświadczenie i takie wnioski czerpię z obserwacji wśród bliższych i dalszych znajomych. Ojcom jest trochę łatwiej w tej materii, choć u nas dzieci są aktywne od 5, więc mąż po tych kilku latach życia rodzinnego z sowy zamienił się w rannego ptaszka 😉 Za to bywa, że 22 to dla nas kres wszelkich fizycznych możliwości 😀 Poza tym niewyspaniem to najbardziej dla mnie wymagające jest spędzanie całego dnia na nogach. Jedynymi momentami, kiedy przysiadam są rzadkie i bardzo krótkie chwile korzystania z toalety (oczywiście w obecności świadków! 😉 ) oraz zjedzenie posiłków – tych głównych dla jasności – przekąsek to nie dotyczy 😉 No a jak już uda mi się usiąść czy też w wersji wspaniałej położyć w ciągu dnia, to nagle okazuje się, iż dziecko się obleje, zesika, zrobi kupę, zwymiotuje, potrzebuje czegoś natychmiast, usycha z pragnienia, potrzebuje farb, które stoją za wysoko albo chce pójść do kolegi, ale nie wie co ma ubrać na dwór i tak bym mogła jeszcze długo… Nie ma taryfy ulgowej. Ostatnia kampania reklamowa jednego z producentów kosmetyków „5000 kroków dziennie” matek nie dotyczy 😀

Zmęczenie psychiczne rodzica – nie wiem jakby to napisać żeby to delikatnie ująć, bo czasami to mam taką wizję, że wyjdę zaraz z siebie i pobiegnę gdzieś czym prędzej od tego miejsca, gdzie odbywa się moja codzienna rutyna 😉 To nie jest tak, że cały czas jest tak źle, no bo człowieka nie tak łatwo złamać – organizm dostosowuje się do ekstramalnych warunków życiowych ;-), ale… przychodzą takie momenty kryzysowe – ja mam taki raz na kilka tygodni albo… kiedy męża nie ma, w związku ze służbowym wyjazdem, dłużej niż 5-6 dni. To wtedy kryzys się pojawia. No bo trudno jest wytrzymać 24 godziny na dobę z ukochaną dwójką bez żadnego wsparcia. Zwłaszcza, że my nie mamy nikogo – poza sobą – kto pomaga nam z dziećmi. Nie mamy babć w pobliżu. Nie mamy niani. I nie tylko my jesteśmy obecnie w takiej sytuacji, bo zdarza się to coraz częściej w świecie, w którym dziadkowie również pracują albo mieszkają daleko. A kiedy nie ma chwili na odpoczynek kryzysy prędzej czy później się pojawiają. Na szczęście mnie pozwalają one wyrzucić z siebie wszystkie trudne emocje, oczyścić atmosferę i iść dalej.

– CHWILE ZWĄTPIENIA –

Czy jestem dobrą matką?

Czy jestem wystarczająco dobrą matką?

Czy ja sobie w ogóle mogę z tym poradzić?

Chwile zwątpienia w swoje rodzicielskie kompetencje. Wiecie co zawsze staram się myśleć, gdy wszystko, czego nauczyłam się o swoich dzieciach zawodzi? Nie skupiam się na tym, czego nie wiem, ale na tym, czego chcę się nauczyć… To mi pomaga uwierzyć w siebie, znaleźć rozwiązanie i rozwijać się w roli mamy.

***

Przyznam się szczerze, że macierzyństwo okazało się dla mnie wyzwaniem. Z wielu powodów, ale przede wszystkim w związku z tym, jak bardzo wymagająca jest rola rodzica i jak ogromna odpowiedzialność za tych małych ludzi spoczywa na naszych barkach. Najbardziej wymagające jest to, że dzieci mało uczą się na podstawie tego, co mówimy, a zdecydowanie więcej czerpią z tego, jak się zachowujemy. Stając w obliczu tych wszystkich rodzicielskich trudności nie raz czułam się jakbym była „naga”, czasami samotna.

I choć ten wpis jest o tym, co trudnego w macierzyństwie, to konkluzja jest taka, że jest to droga warta ceny jaką trzeba zapłacić, bo nikt ani nic nie nauczy nas tak kochać i rozumieć samych siebie jak dzieci. Dla mnie dzieci są kluczami do obszarów mojej duszy, o których wcześniej nawet nie wiedziałam, że istnieją. To macierzyństwo daje mi najwięcej impulsów do rozwijania tego, co we mnie najlepsze. Zarazem nauczyłam się także akceptować, i to przez wielkie A, moje życie takim, jakie jest. Chore ambicje odeszły w zapomnienie, bo nie ma na nie czasu ani miejsca. W zapracowanym, matczynym świecie mam czas tylko na to, co naprawdę ważne i wartościowe dla mnie. A chwile wolnego czasu wyciskam jak cytrynę 😉 Dzięki dzieciom zrozumiałam co to znaczy naprawdę cenić każdy dzień i całe to dobro, które przydarza nam się codziennie.

Pscoła nam do domu spieldolila! – 5 faktów o rodzicielstwie, o których Ci nie powiedziano.

Najpierw jest ciąża – „radosny czas oczekiwania” czy „stan błogosławiony” – który nie dla każdej z nas jest taki radosny, a już na pewno nie w całej swojej rozciągłości. Początki bywają trudne, a i pod koniec lekko nie jest – dosłownie. No ale prawdziwa przygoda zaczyna się potem, gdy na świat przychodzi on lub ona. Czego zatem w moim odczuciu nie dowiemy się o rodzicielstwie z książek ani od naszych rodziców?

Numer 1

Nieprzespane noce trwają znacznie dłużej niż zakłada teoria.

Tak wiem… są dzieci, które pięknie śpią nocą niemal od urodzenia albo przynajmniej od jakiegoś „rozsądnego” czasu kilku-kilkunastu miesięcy. Nasze do nich nie należało. 3,5 roku wstawania dało mi w kość. Wiadomo oczywiście, że po roku nie musiałam już wstawać 5 razy w nocy, ale zawsze był to raz, dwa albo trzy razy. Przez długi czas myślałam, że może coś z nami nie tak, czegoś jej nie nauczyliśmy albo przegapiliśmy jakiś moment, ale potem nasze dziecko nieco urosło  i nagle okazało się, że bez problemu przesypia noce. Co nie oznacza, że zawsze. Przy zmianie miejsca, chorobie, dużej dawce mocnych wrażeń bywa różnie. Stąd płynnie mogę przejść do puktu numer 2…

Numer 2

Podręcznikowe tudzież „babcine” czy „ciociowe” wskaźniki niekoniecznie muszą pasować do każdego dziecka.

Podręczników bardzo czepiała się nie będę, bo czytając książki i tak bierzemy poprawkę na fakt, że dużo kwestii omawianych jest tam w sposób ogólny, a każde dziecko jest inne – zwłaszcza dziś, kiedy wielu rodziców także walczy o swój indywidualizm.

Dlaczego „babcine” czy „ciociowe” wskaźniki tego, co dziecko powinno w danym wieku robić lub czego nie powinno moim zdaniem nie działają?

Bo nasze społeczeństwo rozwija się w tym momencie tak dynamicznie jak nigdy dotąd, a może rozwijać się jeszcze szybciej. My – jako rodzice stajemy się znacznie bardziej świadomi siebie i tego, w jakim kierunku chcemy prowadzić nasze życie. Żyjemy szybciej, dbamy także o własny rozwój, a to wszystko przekłada się na nasze dzieci – zarówno pozytywnie jak i czasami negatywnie. Próbując odnaleźć siebie w nowych okolicznościach nie zawsze jesteśmy oazą spokoju i nie zawsze mamy dość sił, by z uśmiechem na twarzy pełnić wymagającą rolę rodzica. Jeśli dodać do tego problemy w związkach, spowodowane także w dużej mierze szybkością życia, może być trudno wpasować naszą pociechę w modele z podręcznika. I tutaj nasuwa mi się dobry przykład związany z punktem numer 1 i naszym budzących się po nocach dziecięciem znacznie dłużej niż jakiekolwiek normy przewidują. Normy nie przewidują bowiem sytuacji rodziców, którzy dość intensywnie poszukiwali swojego miejsca oraz okoliczności sprzyjających rozwijaniu pomysłów, które mieli na własne życie. Wyniknęło z tego kilka przeprowadzek, potyczki związane z aktywnością zawodową mamy czy liczne wyjazdy taty. To wszystko ma wpływ na dzieci. Nam się może wydawać, że skoro jedzą i się śmieją, to wszystko jest OK, ale nie mamy pojęcia co dzieje się wewnątrz dziecka, zwłaszcza takiego, które nie opowie nam  jeszcze o swoich odczuciach, bo nie może lub nie potrafi ich nazwać. Dlatego książki czytam, babć słucham, ale postępuję tak, jak czuję.

Numer 3

Chipsy z szafy.

Trwają mistrzostwa świata w piłce nożnej, toteż mecze mój Luby ogląda. Pewnego wieczoru kiedy układaliśmy się do wyczekanego cały dzień odpoczynku w towarzystwie telewizora mój mąż zerwał się z kanapy nagle i poszedł do sypialni. Wraca po chwili z paczką chipsów w ręce… Tak, ukrył przed dzieckiem chipsy w szafie, bo to jeszcze jedyne miejsce, gdzie nasza latorośl wzrokiem nie dosięgnie. Dodam, że chipsy musiały być ukryte bardzo skrzętnie, bo prezenty od Mikołaja czy na urodziny udawało jej się znaleźć nawet w szafie już półtora roku temu.

Numer 4

– Pscoła nam do domu spieldoliła!!! – wykrzyknęła podekscytowana Iskierka.

– Co zrobiła? – pytam z niedowierzaniem.

– No spieldoliła nam do domu!

I teraz masz z jednej strony teorię nie reagowania na zachowania, których nie chcesz u dziecka wzmacniać, a z drugiej strony sytuacja jest tak śmieszna, że trudno się opanować. A książkowe teorie… Cóż, zanim sobie przypomnisz co tam pisali na dany temat możesz już śmiać się na całego albo trząść się z nerwów.

Faktem jest, że dziecka nie schowasz pod kloszem… Nie uchronisz go przed światem. Mało tego, Twoim zadaniem jest pomaganie mu w eksplorowaniu świata. Eksplorowanie świata wiąże się za to z poznawaniem różnych ludzi, miejsc, sytuacji – w każdej postaci. Także w postaci brzydkich słów, których pewnie wolelibyśmy z ust naszej słodkiej istotki nie słyszeć. Takich sytuacji jest bardzo wiele i dotyczą różnych obszarów – nie można się na to wszystko przygotować. Nawet jeżli o tym czytasz czy przerabiasz to na warsztatach dla rodziców Twoja reakcja może być bardziej spontaniczna, niż Ci się wydaje. Aha… uwzględniając teorie książkowe „reakcja” nie jest tym, co powinno pojawić się w odpowiedzi na zachowanie dziecka. Najlepszym rozwiązaniem jest wykształcenie w sobie pozytywnych nawyków i wzorców postępowania w sytuacjach konfliktowych czy trudnych. No przecież!

Numer 5

Rodzicielstwo jest procesem.

Bycia rodzicem nikt nie może nas nauczyć… Rodzicami stajemy się dzień po dniu, żyjąc u boku naszego potomstwa. Uczymy się zarówno siebie jak i naszych dzieci i robimy to funckjonując w bardzo dynamicznym środowisku. Zmiana, to drugie imię procesu, w którym funkcjonujemy. I zimna kawa na co dzień to przy tym pikuś… Wyzwań w życiu rodzica nie brakuje. Czasami tylko doba trwa za krótko 😉

Nie daj sobie wmówić, że znajdując się w trudnej sytuacji oko w oko ze swoją pociechą zawsze musisz wiedzieć jak postąpić. Bardzo często oczekuje się tego od nas byśmy potrafili tu i teraz postawić dziecko do pionu i sprostać społecznym oczekiwaniom, a co jeśli nie wiemy co zrobić albo ręce opadają nam już poniżej poziomu podłogi? Bywa i tak. Warto uczyć się rozwiązywać konflikty, warto rozmawiać z dziećmi, warto wiedzieć więcej i doświadczać więcej, ale nie warto dać sobie wmówić, że już właśnie teraz musisz wiedzieć jak się zachować i co zrobić. Bo nie zawsze wiemy. I to też jest OK. Najważniejsze, że dążymy do rozwoju siebie jako rodzica, do zdobycia wiedzy i doświadczenia, które kolejnym razem nie pozostaną bez znaczenia, a podobna konfliktowa sytuacja nie będzie miała szans zaistnieć. Rodzicielstwo jest procesem – a proces oznacza zmianę, poprawę, uczenie się, dążenie do celu. Przede wszystkim jednak jest rozciągnięty w czasie…

Gdy pojawia się dziecko, czyli związek u progu rodzicielstwa.

Na początku pierwszej ciąży nadchodzące dziewięć miesięcy oczekiwania jawiło nam się jako wieczność… Chcieliśmy żeby ten czas upłynął jak najszybciej. Pod koniec ciąży zgodnie orzekliśmy, że minione dziewięć miesięcy było nam bardzo, bardzo potrzebne. Nie tylko, by dobrze przygotować się na pojawienie się Malucha, ale także, by przygotować nasz związek na wielką zmianę, która wkrótce miała nastąpić.

Po kilku tygodniach od przyjścia na świat Iskierki okazało się, że nasze „związkowe” przygotowania niewiele miały wspólnego z rzeczywistością. W ciągu kolejnych kilku miesięcy pojawienie się dziecka zweryfikowało wszelkie braki czy niedoskonałości w naszej relacji. Potrzeba nam było pracy nad sobą i pracy nad różnymi aspektami naszego związku.

Oczywiście nie uniknęliśmy typowych potyczek. On wracał zmęczony z pracy, a ja chciałam żeby wtedy pomagał mi w domu, bo byłam wycieńczona po całym dniu z Małą. On chciał jechać na szkolenie, a ja się buntowałam, bo „cały czas jestem z dzieckiem i nie mam chwili dla siebie”. On miał ochotę na figle, a ja marzyłam tylko o tym, by pójść spać. Wisienką na torcie było karmienie Iskierki akurat, gdy wracał z pracy i codziennie witał mnie siedzącą na fotelu z dzieckiem przy piersi. Finalnie oboje byliśmy tą sytuacją zmęczeni i co tu dużo mówić – momentami nawet rozczarowani.

Na szczęście włożyliśmy w ten proces zmian sporo pracy i dochodziliśmy powoli do satysfakcjonujących obydwie strony rozwiązań. Każde z nas w różnych ważnych dla nas aspektach dawało trochę od siebie – czasem ustępując, a czasem dając więcej. Powoli zaczynaliśmy łapać równowagę i czuliśmy, że nasz związek nie tylko odzyskuje swoją dawną siłę, ale także wzmacnia się.

Przez cały ten czas kierowaliśmy się jednak jedną kluczową zasadą – jesteśmy dla siebie ważni jako partnerzy. Często bywa tak, że dziecko tak absorbuje kobietę, że na długie miesiące odsuwa ona od siebie mężczyznę. W naszym wypadku też trochę tak było, ale głównie przez te pierwsze, najtrudniejsze trzy miesiące. Jednak komunikaty o potrzebach mojego partnera nie rozbijały się o ścianę, nawet na początkowym etapie. Nie szczędziłam mu chwil bliskości – pomimo ogromnego zmęczenia. Kiedy usłyszłam o jego frustracji związanej z oglądaniem mnie każdego wieczora z dzieckiem przy piersi pojechałam zakupić sobie nowe piżamy i oczywiście komplet fajnej bielizny, także takiej, która umożliwi mi nakarmienie Iskierki. To, co mój partner mówił do mnie było dla mnie nie mniej ważne jak zaspokojenie potrzeb dziecka. Rozmawialiśmy, czasami kłóciliśmy się, ale byliśmy ze sobą. Czułam całą sobą, że nie mogę i nie chcę odtrącić mojego wówczas narzeczonego, bo więcej stracę niż zyskam. I stracić może także Iskierka. Wszak nie od dziś wiadomo, że szczęście rodziny w ogromnym stopniu zależy od szczęśliwego związku rodziców.

W zamian za to mój partner odwdzięczył się dodatkowym wsparciem, zadbał o to, byśmy w weekendy wyjeżdżali z domu tak, bym ja mogła odetchnąć. Wieczorami zabierał Iskierkę do kuchni w kołysce, żebym mogła choć dwie-trzy godziny spokojnie się przespać. Miał więcej cierpliwości i więcej zrozumienia dla moich zmian nastroju i zmęczenia.

Związek opiera się na wzajemnej wymianie. Pojawienie się dziecka nie jest przeszkodą w tej wymianie. Jest za to doskonałym sprawdzianem. Wyciąga na światło dzienne wszelkie wzorce rodzinne jakie mamy zapisane, nawet te nieświadome. Jeżeli pozwolimy sobie pozostać blisko, pomimo trudu początków rodzicielstwa, z pewnością wyjdziemy z tej sytuacji wygrani.

Jednak, moim zdaniem, bardzo dużo zależy od podejścia kobiety do związku. Można obwarować się ze swoim dzieckiem w murach zmęczenia, braku wsparcia, laktacji i wizyt u pediatry, zarzucając tylko partnerowi co robi nie tak i jak bardzo nas nie rozumie.

Ale można też zapewnić Maluchowi bezpieczeństwo i na dwadzieścia minut opuścić swoje fortyfikacje, by pobyć tylko z partnerem. Opowiedzieć sobie wzajemnie o swoich uczuciach i potrzebach. Jestem pewna, że mury nie wytrzymają „ciężaru” miłości.

O wsparcie też czasami trzeba poprosić. Może są na tym świecie ludzie, którzy potrafią czytać w myślach innych ludzi, ale jeśli Twój partner do nich nie należy to znaczy, że trzeba mu powiedzieć/przypomnieć… najlepiej jak krowie na rowie 🙂

Pojawienie się dziecka to ogromna, transformująca zmiana. Warto zadbać, by także związek zmieniła na lepsze.

Powodzenia,

Justyna

 

O wychowywaniu.

Taaaak… zaczyna się mniej więcej około pierwszego roku życia – tłumaczeniem, mającym na celu uświadomienie temu małemu niewinnemu człowiekowi mnogości czyhających na niego zagrożeń – nawet w domu. Potem z roku na rok jest już tylko ciekawiej.

O WYCHOWYWANIU

Pierwszym krytycznym i ważnym w rozwoju rodzica momentem jest „bunt dwulatka”. Czuliście się wtedy bezradni? Bo ja tak. Wtedy na serio zaczęłam rozczytywać się w książkach, mających pomóc mi zrozumieć zachowanie Malucha i moje w konfliktowych sytuacjach. I właśnie po kilku takich lekturach wysnułam zasadniczy wniosek – wychowanie dziecka najlepiej zacząć od przepracowania pewnych modeli i wzorców w sobie.

Nie ja jedna taki wniosek wysnułam. Przy okazji pobytów na placach zabaw chętnie rozmawiałam z mamami rówieśników. Pewnego dnia spotkałam kobietę, która podobnie jak ja szukała wsparcia w literaturze. Wymieniałyśmy się doświadczeniem, a pod koniec tej rozmowy usłyszłam od niej: „No i w sumie te wszystkie książki okazały się bezużyteczne, bo zupełnie nie rozumiem dlaczego miałabym snuć refleksję nad sobą, gdy potrzebuję sposobu na poradzenie sobie z dzieckiem”.

Cóż… mnie te wszystkie książki bardzo pomogły – poznać lepiej siebie jako rodzica mającego na plecach bagaż różnych wzorców, a nawet schematów, których nie byłam świadoma. Pomogło mi to zapanować nad emocjami, kiedy dziecko kładło się w sklepie albo w przychodni, buntując się przeciwko temu, co za chwilę nastąpi.

Okazało się jednak, że ta pierwsza wiedza i pierwsze doświadczenia to igła w stogu siana. Iskierka jest niezwykle uparta i konsekwentna w swoich działaniach. Myślę, że te cechy stanowią jej zaletę, ale… jakiekolwiek negocjacje z nią albo próby przekonania jej do zrobienia czegoś lub odstąpienia od zrobienia czegoś mogą kończyć się chrypką 😉 Z pozycji rodzica trzeba się dużo więcej napracować próbując osiągnąć konsensus. Nie jestem zwolenniczką „siłowego” rozwiązywania problemów. Nie stosuję tego w kontaktach z dorosłymi, dlaczego miałabym wpływać w ten sposób na dziecko? W moim odczuciu użycie siły czy to fizycznej czy psychicznej zawsze jest krzywdzące dla drugiego człowieka – niezależnie od wieku.

Czy to działa?

Myślę, że tak, ale wymaga od obojga rodziców znacznie więcej pracy. Po pierwsze pracy nad sobą – by sprostać wyzwaniu wychowania dziecka w mądry sposób. Po drugie pracy nad swoimi zasobami – by zdobywać wiedzę i próbować niekonwencjonalnych sposobów poradzenia sobie z wychowaniem. W mojej relacji z Iskierką staram się jednak być dla niej przywódcą, który wskazuje, pomaga, prowadzi, ale nie zmusza. Wymaga, ale kocha. Ufa. Nie ogranicza bliskości. Akceptuje. Jest.

Dzieci zmieniają się bardzo szybko i potrzeba nieustannego rozwoju, by nadążyć za tym, co się wydarza. Nie wszystko przychodzi mi intuicyjnie – niestety. Z pustego i Salomon nie naleje. Ale jest kilka zasad, których trzymanie się niezależnie od wieku i okoliczności bardzo procentuje w wychowaniu dzieci. Po pierwsze, miłość i bliskość – tego nigdy za wiele. Po drugie, konsekwencja. Po trzecie, rozmawianie. Po czwarte, wyznaczanie granic. Po piąte, krytykowanie zachowania, a nie dziecka. Po szóste – sądy i oceny innych na temat mojego dziecka albo rodzicielstwa zostawiam im samym. Słucham, niekoniecznie przyswajam. Bo to tak jakbym ja chciała wypowiedzieć się w temacie Twojego życia z pozycji sędziego albo doradcy. A to, co o Tobie wiem jest tylko obrazkiem, który chcesz mi pokazać. Czy mogę na tej podstawie cokolwiek oceniać? Nie oceniam też dziecka mówiąc mu, że jest takie czy takie albo zrobiło coś tak czy tak. Akceptuję.

I ostatnia – najważniejsza zasada jaką wyznaję, to aby być najlepszą mamą, jaką potrafię być i starać się na 100%.

Wychowanie dzieci jest ogromnym wyzwaniem w obecnych czasach. Pędzący konsumpcjonizm i rozwój technologii, absorbujący uwagę od najmłodszych lat, nie pozostają bez znaczenia. Z jednej strony chcemy, by naszym dzieciom żyło się lepiej, ale z drugiej strony nie chcemy, by odebrało im rozum. Wiele aktywności dzieci może pozostawać poza naszą wiedzą i kontrolą, bo dzieje się na przykład w Internecie. Znalezienie klucza do wychowania dobrego, szczęśliwego i zaradnego człowieka wydaje się tym, czego współcześni rodzice potrzebują najbardziej.