O czynnikach, które scalają związek.

co scala związek

Na naszych małżeńskich czy partnerskich szlakach nie brakuje wyzwań. Przede wszystkim każdy związek przechodzi kilka kluczowych etapów, z których każdy jest równie ważny. Jak o nich myślę to zawsze nasuwa mi się porównanie do formowania się zespołu, zaczerpnięte z teorii zarządzania. W myśl tej teorii każdy zespół (team) przechodzi przez cztery kluczowe fazy: forming (tworzenie, formowanie), storming (docieranie), norming (normowanie/stabilizowanie) i performing (realizowanie). Choć sfera miłości i biznesu to dwie inne bajki model ten w moim odczuciu funkcjonuje podobnie w nich obydwu.

 – CO SCALA NAS NA POCZĄTKU? –

Kiedy się poznajemy nie wiemy o sobie nic – przynajmniej na poziomie świadomym, bo podświadomość jak wiadomo kroczy własnymi ścieżkami, które wybiegają daleko poza to, co rozumiemy w danym momencie. Zdaniem wielu badaczy to właśnie nasza podświadomość decyduje o wyborze ludzi, którymi się otaczamy – zresztą, jak o wielu innych rzeczach 😉

Zatem na początku scala nas w pewien sposób „magiczna” siła, intuicja, zauroczenie, które podpowiada nam, że to może „ten” czy „ta” właśnie, z którą warto się związać. Początki związku są zwykle intensywne. Dużo rozmawiamy, dużo czasu ze sobą spędzamy i chłoniemy się bezkrytycznie. Pojawia się jakieś uczucie, więź. Zaczynamy dostrzegać co łączy nas na bardziej fizycznym poziomie – mam tu na myśli wspólne poglądy, zainteresowania, a może nawet cele. Finalnie zapada decyzja, że chcemy być razem.

– WSPÓLNE WARTOŚCI –

W kolejnych fazach rozwoju związku niezwykle ważne stają się dla jego trwałości wspólne wartości. Myślę, że niekoniecznie musimy w 100% podzielać wszystkie wartości partnera, ale jest pewien trzon w hierarchii każdego z nas, który w tym wypadku powinien być podobny. Trudno żeby razem było dwoje ludzi, gdy dla jednego z nich najważniejszy jest ład i porządek, a drugiemu na tym nie zależy – może jest to możliwe, ale nie wiem czy taki związek przetrwa długie lata. Wspólne wartości dają nam jasność naszych dążeń jako dwójki ludzi oraz każdego z nas z osobna. Łączą nas w tych dążeniach. Sprawiają, że chcemy wspierać drugiego człowieka. Tłumią w zarodku wiele niepotrzebnych konfliktów, bo sprawiają, że lepiej się rozumiemy.

Ale… wartości w dłuższej perspektywie mogą się zmieniać… a wtedy pojawiają się kryzysy.

– TRUDNOŚCI, PRZEZ KTÓRE PRZECHODZIMY –

Nikt z nas tego nie chce, ale tak już jest, że nawet najlepsze związki borykają się z mniejszymi lub większymi kryzysami. Zwłaszcza obecnie, kiedy tempo życia przyprawia o zawrót głowy. Problemy w związku są tymi, które bolą najbardziej. Zwłaszcza, gdy jesteśmy już w zaawansowanym stadium i zwłaszcza, gdy zależy nam na sobie. Bywa naprawdę trudno. Te trudności, przez które przechodzimy pokazują nam tak naprawdę, że związek to dwoje ludzi – dwa odrębne jabłka, a nie dwie połówki jednego jabłka! Będąc ze sobą dłużej nie unikniemy poważnych zmian jakie będą zachodzić w życiu naszym lub partnera, nie unikniemy przewartościowania w różnych sferach życia, nie unikniemy kłótni, rozterek, trudnych momentów. Najważniejsze, to żeby mimo wszystko zależało nam na tym, by znaleźć do siebie drogę. Znaleźć ją w nowych okolicznościach. Spróbować iść dalej. Spróbować zaakaceptować zmianę i dopiero później oceniać, czy nam z nią dobrze czy nie. Trudności, przez które przejdziemy dadzą nam siłę do dalszej wspólnej drogi.

– SZCZERA KOMUNIKACJA –

Nie ma nic gorszego niż niedomówienia, ciche dni, brak rozmowy i brak szczerego mówienia o tym, co nam na sercu leży. Mam takie poczucie, że będąc razem i chcąc być nadal razem musimy być wobez siebie szczerzy, ale nie tak na wpół szczerzy albo szczerzy wtedy kiedy nam pasuje, ale zawsze – niezależnie od tego, czy nasze szczere wyznania przypadną partnerowi do gustu czy nie. Mamy z mężem na swoim koncie takie doświadczenia, że czasami nam się coś „rozjeżdża”. Nie zawsze kierunek, w którym chce iść ta druga osoba jest zgodny z naszymi oczekiwaniami czy pomysłem na wspólne życie. Pytanie, czy jesteśmy chętni spróbować, zaakceptować, zrozumieć, coś zmienić?

Nie ma ludzi idealnych i nie ma związków idealnych, ale mamy wpływ – i to niebagatelny! – na przepływ komunikacji pomiędzy sobą, na poziom szczerości, na który potrafimy się zdobyć i na to, czym chcemy się ze sobą podzielić, a czym nie.

– SZACUNEK –

Niby to oczywiste, ale jednak… Według mnie szacunek to jedna z kluczowych wartości, które scalają związek. Przejawia się we wszystkim. Począwszy od sposobu w jaki ze sobą rozmawiamy, skończywszy na tym, jak się traktujemy – długoterminowo. Chcę tu położyć nacisk zwłaszcza na to, co dzieje się pomiędzy ludźmi z czasem, liczonym już raczej w latach. Bez szacunku dla siebie samego, partnera czy dzieci trudno budować wartościowy, dobry związek na lata.

– MÓWIENIE O SWOICH POTRZEBACH –

Może nam się to wydać bardzo egoistyczne, ale wierzcie mi lub nie, moim zdaniem mówienie o tym, czego JA potrzebuję jest kluczem do zdrowego funkcjonowania związku. Oczywiście jeśli druga strona też nam swoje potrzeby komunikuje 😉 Może wydawać się to banalne, ale nie można milczeć o tym, czego chcemy, czego potrzebujemy, co nam się nie podoba, co w nas siedzi. Milczenie rodzi niezrozumienie, a to pociąga za sobą konflikty i/lub wzajemne oskarżenia.

– ŚWIADOMOŚĆ, ŻE NIE MUSIMY BYĆ RAZEM, ALE CHCEMY –

„Chcę” – słowo klucz. Od początku naszego związku z mężem wyznajemy taką zasadę, że chcemy ze sobą być, ale nie musimy. Oczywiście teraz, kiedy są dzieci sytuacja jest bardziej skomplikowana, jednak nadal podtrzymujemy to stanowisko. I właśnie to, że mamy dzieci sprawia, że wcale nie zależy nam mniej, a bardziej, ale nie ze względu na dzieci a ze względu na życie, które ze sobą tworzymy. Mimo wszystko nigdy nie powiedziałam mojemu mężowi, że nie może odejść, tak jak on nie powiedział tego mnie. Kiedy zdecydowaliśmy się wziąć ślub cywilny w pewnych gronach naszych znajomych zawrzało. Niektórzy delikatnie podpytywali „dlaczego?”. Nie była to popularna decyzja w naszym środowisku. Pamiętam, że kiedy jedna z moich przyjaciółek właśnie w taki delikatny sposób zapytała mnie „dlaczego?” odpowiedziałam jej właśnie, że „święty węzeł” nie jest dla nas gwarancją niczego – nie w tych czasach. Udać nam się może tylko jeśli naprawdę i konsekwentnie będziemy chcieć być ze sobą, mając jednocześnie świadomość, że któreś z nas w jakimś momencie może przestać chcieć. Takie podejście wbrew pozorom dodaje nam sił.

* * *

Im dłużej jestem w związku i im dłużej mamy dzieci, tym trudniej jest ciągnąć to dalej. Wiem, że to może brutalne wyznanie, ale tak jest. Z biegiem czasu wcale nie zmniejsza się poziom trudności bycia z drugim człowiekiem. Z biegiem czasu pojawiają się nowe, często bardziej wymagające wyzwania. Z biegiem czasu zmieniamy się my i zmieniają się nasi partnerzy. Z biegiem czasu życie rodzinne też wchodzi na wyższy poziom trudności. Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że nie warto, ale trzeba mieć świadomość tego, że dzielenie życia z kimś to nie słodkopierdząca komedia romantyczna, to jest życie – we wszystkich jego przejawach.

Nie wszyscy muszą cię lubić. O trudnej sztuce życia tak, by nie próbować dogodzić innym.

sztuka mówienia nie

Wielu z nas zostało wychowanych w tradycyjny sposób, w modelu, który funkcjonował przez ostatnich 30 – 40 lat i opierał się na pojęciach takich jak „grzeczność”, „posłuszeństwo” czy „dyscyplina”. Zasadniczym celem tego modelu było wychowanie dziecka jako grzecznego i posłusznego małego człowieka, czyli także dopasowanego i spełniającego oczekiwania rodziców, a później także nauczycieli, pracodawców i innych osób.

Przez całe nasze dzieciństwo i młodość oczekiwano od nas podporządkowania się woli rodziców oraz ich wymaganiom, jako jedynym słusznym. Abstrahuję tutaj od wątków przemocowych, mówię o normalnych, zdrowych polskich rodzinach, gdzie tak się wychowywało i często nadal wychowuje się dzieci. Mnie interesuje druga strona medalu, bo sama byłam takim grzecznym, posłusznym dzieckiem. Kochano mnie, dbano o mnie i traktowano bardzo dobrze, ale… w naszym domu obowiązywały pewne kanony i zasady, których musiałam się trzymać, niezależnie od własnych poglądów, uczuć czy emocji. I tutaj klaruje mi się klucz do długiego i skomplikowanego procesu poszukiwania siebie, który trwa właściwie od momentu, kiedy wkroczyłam w dorosłe, samodzielne życie i zaczęłam dostawać po d***e.

Pierwszym, czego musiałam się nauczyć była umiejętność mówienia „nie”. Wychowana w pewnym poczuciu, że jestem dobra i wartościowa, kiedy potrafię się dostosować miałam ogromny problem z odmawianiem ludziom. Czasami potrafiłam się postawić, ale właściwie dopiero w momencie, kiedy ktoś dosłownie wszedł mi już na głowę. Kiedy chodziło tylko o delikatne przesuwanie czy naruszanie moich granic zwykle dostosowywałam się. „A co mi szkodzi, przynajmniej komuś pomogę/ktoś będzie ze mnie bardziej zadowolony…” – myślałam. Całe szczęście, że po maturze wyprowadziłam się do Warszawy, bo to nie jest łatwe miasto do życia. Myślę, że znalazłam się właśnie tam, by odbyć kilka kluczowych lekcji. Jedną z nich było nauczenie się odmawiania, bez strachu przed odrzuceniem i bez poczucia, że w wyniku odmowy ktoś może przestać mnie lubić, a ja będę czuła się przez to gorsza.

W kolejnym etapie potrzebowałam nauczyć się akceptować siebie taką, jaką jestem. I to było niezwykle trudne zadanie. Wychowano mnie w taki sposób, że mimo wszystko miałam poczucie wielu deficytów, z którymi próbowałam intensywnie walczyć. Chlebem powszednim było wytykanie sobie błędów i nękające mnie poczucie, że nie jestem wystarczająco dobra, by sięgać dalej i wyżej. Zawsze tłumaczyłam sobie czego jeszcze nie wiem i nie umiem. Nie potrafiłam powiedzieć sobie „jesteś fajna taka jaka jesteś, nie musisz czegoś wciąż innym i sobie udowadniać, by zasłużyć na akceptację”. Na szczęście ten etap mam już za sobą.

Z tego punktu płynnie można przejść do kolejnej mojej bolączki płynącej z wychowania w modelu „grzecznej dziewczynki”, a mianowicie do zaniżonego poczucia własnej wartości. U mnie objawiało się to nie tyle jakimiś tendencjami autodestrukcyjnymi czy innymi zaburzeniami, ile lękiem przed sięganiem po swoje marzenia, lękiem przed realizowaniem własnych pomysłów i planów. Po prostu nie wierzyłam, że mam tę moc 😉 Nie wierzyłam w silę swoich zdolności. Wciąż wydawało mi się, że aby móc zrealizować takie czy inne marzenie powinnam się doskonalić, uczyć, robić coś lepiej, a właściwie doskonale, jeśli nie…

Perfekcyjnie…. Trutka umysłu – perfekcjonizm. Wiąże się także z niskim poczuciem własnej wartości. Może wydawać się, że w byciu perfekcyjnym chodzi o robienie czegoś idealnie, jednak nie w tym rzecz. Perfekcjonizm wiąże się raczej z dążeniem do zyskania akceptacji na zewnątrz, do robienia czegoś, by zadowolić innych lub zyskać ich aprobatę. Wynika tak naprawdę z faktu, że chcemy udowodnić coś innym, a tak naprawdę brakuje nam poczucia, że jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy, jacy jesteśmy NAPRAWDĘ.

Kiedy już wyrosłam z nękających mnie bolączek, nauczyłam się odmawiać, zaczęłam siebie akceptować w 100%, bardziej wierzyć w siebie i przestałam zabiegać o aprobatę ludzi wokół, dogadzając im w taki czy inny sposób, wówczas moje życie zaczęło się lepiej układać, „wygładziło się” i daje mi o wiele więcej satysfakcji. Ale… wiele osób przestało mnie lubić albo przestał im się podobać styl mojego bycia. Wszak nie lubimy ludzi, którzy mają odwagę żyć po swojemu, twarz mają zwróconą w kierunku własnych celów i wartości. W obliczu takiej postawy zostają przy naszym boku tylko ci, którzy są nam najbliżsi i którzy potrafią dotrzymać nam kroku.

Kilka tygodni temu moja starsza córka wróciła z przedszkola ze skwaszoną miną. Dociekając, co się wydarzyło, w końcu usłyszałam, że jedna z dziewczynek powiedziała, że jej nie lubi, a moja Iskierka żaliła się do mnie: „wiesz mamo, a ja się tym bardzo przejmuję, że ktoś mnie nie lubi”. Usłyszała wtedy ode mnie, że nie wszyscy w życiu nas lubią i to jest w porządku, tak samo jak my nie musimy lubić wszystkich. Ludzie, których naprawdę warto mieć przy sobie nie oczekują od nas poklasku, dopasowania się czy porzucenia siebie na rzecz ich dobra. Ludzie, których naprawdę warto mieć przy sobie szanują nas i naszą indywidualność, akceptują i są przy nas zawsze, nie widząc w tym swojego interesu.

Życie w prawdzie, w zgodzie ze sobą, wiąże się z ryzykiem, że nie wszystkim będzie się to podobać, nie wszyscy nas polubią, a może nawet niektórych będziemy irytować lub przerażać, ale nimi nie warto się przejmować. To nie są kompani naszej podróży. Ja już wiem, że nie warto żyć tak, by się komuś przypodobać, by zasłużyć na czyjąś sympatię czy akceptację. I choć jest to bardzo trudne, to bez dwóch zdań warte zachodu.

Czy można zmienić drugiego człowieka? O tym, co jest motorem wewnętrznej przemiany.

zmiana drugiego człowieka

Kilka dni temu miałam okazję wybrać się do spa. Podczas rozmowy z panią kosmetyczką zeszło na temat rosnącej diametralnie liczby rozwodów i okazało się, że pani także jest po rozwodzie. Trafiłam na wariata – skomentowała krótko – Ale wie pani, wierzyłam, że go zmienię…. – dodała.

 – CZY MOŻNA ZMIENIĆ DRUGIEGO CZŁOWIEKA? –

W mojej opini nie można. Dlaczego? Bo bez wewnętrznej motywacji, bez wewnętrznego dążenia do zmiany, nie może ona zaistnieć. Można kogoś zainspirować do zmiany, ale nie można drugiego człowieka zmusić do zmiany, a już na pewno nie zmienimy go naszą miłością, dobrem czy poświęceniem. W to nie wierzę.

– CO JEST MOTOREM WEWNĘTRZNEJ PRZEMIANY? –

W moim przekonaniu zmiana, taka prawdziwa zmiana dokonuje się w człowieku, gdy on sam czuje potrzebę zmiany, dąży do niej i jest przekonany, że ta zmiana jest mu potrzebna do rozwoju, do wzrastania czy do bycia bardziej szczęśliwym bądź spełnionym człowiekiem.

Po drugie zmiana może dokonać się tylko w warunkach akceptacji swojego życia i siebie. Przy czym akceptacja nie polega na poddaniu się czy braku dążeń. Akceptacja polega na umiejętności przyjmowania wszelkich doświadczeń, które stają się naszym udziałem. Dlaczego akceptacja jest tak ważna? Ponieważ aby dokonać wewnętrznej przemiany musimy mieć w sobie naturalną zdolność do przyjęcia wszystkiego, co się z tą przemianą wiąże oraz potrzebujemy być pogodzeni sami ze sobą. Bo zmiana to nie jest dążenie z punktu A do punktu B ścieżką usłaną różami. Zmiany bywają bolesne i trudne, wymagają od nas często poruszania obszarów duszy i serca, których możemy nie chcieć poruszać. Zmiany mogą wymagać od nas niemałego wysiłku, konsekwencji i wytrwałości. Jeżeli więc zabraknie w naszym życiu akceptacji ziarno może nie mieć szans na kiełkowanie.

Takim najbardziej popularnym przykładem zmiany stanu rzeczy jest dla mnie przechodzenie na dietę – oczywiście żeby schudnąć. Osiągnięcie celu tak na trwałe i w 100% jest udziałem może kilku procent wszystkich odchudzających się. Dlaczego? Moim zdaniem przede wszystkim dlatego, że motywacją do przejścia na dietę są kompleksy, a co za tym idzie brak akceptacji siebie i położenia, w którym się znajdujemy. Zaczynamy więc z myślą „nie lubię siebie takiej, jaką jestem, więc chcę schudnąć”. To nie jest pozytywny przekaz w naszym życiu. Nic dziwnego, że wytrwają nieliczni. Właściwie powinniśmy podejść do tego w ten sposób: „Coś zawiodło w moim życiu, ale chcę trwale to zmienić, wiem że stać mnie na to, wiem, że sobie poradzę, wiem, że jestem tego warta.”

Po trzecie zmiana wymaga pracy, często ciężkiej pracy. Nawet wydawać by się mogło taka prosta zmiana jak przejście na dietę jest procesem wiele od nas wymagającym, bo przede wszystkim musimy nauczyć się odżywiać inaczej, poznać kaloryczność produktów, bardziej uważnie robić zakupy, co może być czasochłonne i poświęcić też czas na przygotowanie zdrowych posiłków.

Zatem patrząc na problem racjonalnie zmuszenie kogoś do podjęcia zmiany wydaje mi się niemożliwe. Każda zmiana zaczyna się w nas samych, każda jest wzbudzana przez sumę wydarzeń i  doświadczeń, które są naszym udziałem i aby ta zmiana była prawdziwa, głęboka i trwała musi mieć przestrzeń w nas, by mogła zaistnieć. Nie można tego procesu wymusić na drugim człowieku, nie można go przez to przeprowadzić głaskając go po głowie i zapewniając o swojej miłości. Wreszcie nie można oczekiwać od kogoś, że się zmieni, wiążąc się z nim, bo oczekiwania są wyrazem braku akceptacji, a jak nie ma akceptacji nie ma prawdziwej miłości.

– CO TA RELACJA MÓWI MI O MNIE? –

Kiedy mamy ochotę związać się z kimś, kogo wierzymy, że możemy zmienić tak naprawdę na samym początku powinniśmy zapytać siebie: „Dlaczego?” Co ta relacja mówi mi o mnie samej/o mnie samym? Co chcę sobie powiedzieć? Co to dla mnie może znaczyć?

Bo tak naprawdę relacje, które tworzymy w życiu nie są o tej drugiej osobie, one są o nas samych.

Księżniczka zamknięta z niewolnikiem. O przestrzeni i dystansie w związku.

Jest taka jedna piosenka o pięknych czarnych oczach, która zaczyna się słowami: „Złe kilometry dzieeelą naaaas…” Czy te kilometry są rzeczywiście takie złe? Albo patrząc z innej perspektywy: czy dystans służy związkowi? Opowiem Ci kolejną część mojej historii.

Ale najpierw podzielę się z Tobą opowieścią o pewnej księżniczce.

Arabska księżniczka postanowiła poślubić jednego ze swych niewolników. Żadne prośby króla ani jego wysiłki, by dziewczyna zmieniła zamiar, nie dały rezultatu. Doradcy króla nie wiedzieli, co mu poradzić.

W końcu na dwór przybył stary hakim i słysząc o zmartwieniu króla, rzekł:

– Mylą się, radząc Waszej Wysokości, by zabronić córce ślubu, bo tym bardziej będzie cię nienawidzić i tym silniej będzie kochać niewolnika.

– Powiedz więc, co mam czynić.

Hakim zasugerował mu pewien plan. Król odniósł się do niego dość sceptycznie, ale postanowił spróbować. Posłał po córkę i rzekł do niej:

– Mam zamiar poddać próbie twoją miłość do tego człowieka. Zostaniecie zamknięci w małej celi na trzydzieści dni i nocy. Gdy po tym czasie nadal będziesz chciała go poślubić, dostaniesz moją zgodę.

Uszczęśliwiona księżniczka przytuliła się do ojca i z radością przyjęła propozycję. Wszystko szło dobrze przez pierwsze kilka dni, lecz wkrótce nadeszła nuda. Po tygodniu wzdychała do innego towarzystwa i denerwowało ją każde słowo i gest ukochanego. Po dwóch tygodniach miała już dość tego człowieka, zaczęła krzyczeć i walić w drzwi celi. Kiedy w końcu ją wypuszczono, rzuciła się w ramiona ojca pełna wdzięczności za ocalenie jej od człowieka, którego teraz nienawidziła.*

Od początku naszej znajomości mój związek z mężem naznaczony był piętnem dzielącej nas odległości. Ja mieszkałam w Warszawie, on w Dublinie. Nauczona jednak doświadczeniem z czasów, gdy byłam nastolatką, podeszłam do tej relacji zupełnie inaczej, a mianowicie pozwalałam dziać się sprawom zgodnie z ich naturalnym rytmem, zachowując jednocześnie znaczący dystans do tej relacji. Z czasem okazało się to dobrym posunięciem, bo nie żyłam w męczarniach „związku na odległość”, tudzież nie straciłam szansy na związek z tym mężczyzną. Bo w końcu nadszedł właściwy dla nas obojga czas, kiedy zdecydowaliśmy się być razem, rozumiejąc, że dzieląca nas odległość musi zniknąć.

Kiedy już staliśmy się związkiem z prawdziwego zdarzenia, a na świecie pojawiła się Iskierka wciąż w naszym życiu wracały jakieś wątki emigracyjno-wyjazdowe. Dziś rozumiem już, że powrót z emigracji jest procesem i trwa znacznie dłużej niż lot stamtąd tutaj, ale wtedy nie wiedziałam jaka siła pcha mojego partnera w kierunku kolejnych podróży – jak najbardziej sensownych i uzasadnionych. Abstrahując od wątków psychologicznych dość szybko zorientowaliśmy się, że krótkie rozłąki wcale nie szkodzą naszej relacji, ale wzmacniają ją. I nie mówię tu o kilkutygodniowych wyjazdach (choć i takie miałe miejsce), ale raczej o kilku czy kilkunastodniowych.

Obecnie mój mąż ma fajną i rozwijającą pracę, ale jak możesz się domyślić związaną z dość częstymi wyjazdami zagranicznymi. Jeżeli jest ich za dużo i trwają zbyt długo muszę przyznać, że kosztują nas sporo energii. Ja zostaję sama z dzieckiem, psem i domem, a mąż wyjeżdża w długą, męczącą podróż. Ale on lubi takie wyzwania, a mnie nawet przez myśl nie przeszło, by zmieniać jego życie. Jak to jego? – możesz pomyśleć. W moim odczuciu to, że jesteśmy małżeństwem nie czyni z nas jedności, tudzież jednej duszy w dwóch ciałach. Szczerze mówiąc takie frazesy już dawno wsadziłam między bajki. W związku każda z osób jest inna i wartościowa na swój sposób – pozbawienie drugiej strony tego, co dla niej ważne czy wartościowe nie działa na korzyść relacji. Tylko będąc naprawdę sobą możemy dawać drugiemu człowiekowi to, co najcenniejsze. I tylko będąc naprawdę sobą możemy brać od drugiego człowieka to, co najcenniejsze.

Czy on daje mi to samo? Tak. Choć w inny sposób, wszak ja nie mam potrzeby wyjeżdżać, ale lubię czasami być sama, pojechać na kawę, poczytać książkę w spokoju, wyjść z domu, czy napisać coś tutaj i nigdy nie usłyszałam od męża „nie idź”. Poza tym wspiera mnie jak może w realizacji wszelkich moich pomysłów – to on jest pierwszą osobą, która się o nich dowiaduje i nie zdarzyło się, żeby podciął mi skrzydła.

Co zatem działa na korzyść związku?

Na pewno dystans. Uczepienie się szponami ramienia ukochanego czyni z nas sępa, nie partnera.

Uważam także, że krótkie, sporadyczne rozłąki też świetnie działają. Tęsknota nikogo chyba jeszcze nie zabiła, a potrafi rozbudzić uczucia –  przypomnieć nam, co do tej drugiej osoby czujemy. Poza tym podczas takiej rozłąki człowiek uświadamia sobie ile dobrego jest w drugiej osobie, przypominamy sobie o tym, co w nim najbardziej wartościowe. Kilka dni to za krótko, by idealizować człowieka, z którym mieszkamy pod jednym dachem, ale za długo, by za nim nie zatęsknić. Co też ciekawe – jeśli uważasz, że Twój partner/partnerka (mąż/żona) „siedzi” w domu, tudzież „nic nie robi po pracy”, pozwól jej/jemu wyjechać na tydzień gdziekolwiek, a wtedy rzeczywiście przekonasz się czym jest to „siedzenie” bądź „nicnierobienie”.

Swoją drogą to także dobry zabieg dla związków z małym dzieckiem. Gdy nasza córeczka miała 6 miesięcy ja wybrałam się na dwudniową konferencję do Gdańska, zostawiając męża sam na sam z niemowlakiem. Po tym wyjeździe stał się prawdziwym orędownikiem docenienia roli kobiety, która zajmuje się dzieckiem 😉

Ogromną korzyścią płynącą z krótkich wyjazdów jest także fakt, że trudniej znudzić się sobą nawzajem. To jest bardzo fajne. Życie rodziny przestaje być takie rutynowe, nudne, powtarzalne, bo co jakiś czas wszyscy przestawiamy się na inny tryb. Oczywiście, że bywa trudno czasami. Na przykład, gdy dzień po wyjeździe męża dziecko się rozchoruje, nie śpię ze trzy noce, muszę poradzić sobie ze wszystkim sama, ale właśnie wtedy myślę sobie „kurcze, a jednak ma znaczenie, gdy jest z nami, choćby dwie godziny wieczorem”.

Takie rozłąki wzmacniają także fundamentalne dla związku wartości, takie jak zaufanie, przyjaźń, wiarę w drugiego człowieka. Bez zaufania to się nie uda. Wiem, bo na początku bywałam zazdrosna albo kłuło mnie coś w serce, gdy wiedziałam, że będzie jadł kolację biznesową także w towarzystwie kobiet, które mogą być atrakcyjne. Zastanawiałam się nie raz gdzie jest i co robi wieczorami, czy na pewno jest w hotelu…? Wyobraźnia może podsunąć różne scenariusze. Ale to były tylko moje myśli. Oczywiście gdybym pozwoliła im się rozwijać mogłoby już nie być nas albo bylibyśmy trochę poszarpani. Jednak poszłam w kierunku zaufania i wzmacniania tego, co ważne i dobre. Jak w każdym takim przypadku to do nas należy wybór, którego wilka karmimy.**

Dużo piszę o rozłąkach, ale chcę też zwrócić uwagę, że bardzo ważne jest dawanie sobie nawzajem przestrzeni każdego dnia, takiej przestrzeni, w której człowiek ma choćby 5 minut, by być sam ze sobą. To jest też bardzo trudne w naszym zapracowanym świecie i jeszcze trudniejsze w rodzinie, gdzie poza naszą dwójką jest jeszcze ktoś, ale wiem, że można. Choć obalę w tym miejscu mit, że zawsze powinno się to odbywać tak, by panowała równowaga. To idealny scenariusz 😉 Niemniej jednak można. I ta przestrzeń indywidualna jest bardzo ważna, byśmy byli bardziej szczęśliwi ze sobą, jako dwoje ludzi. Dystans w związku tak naprawdę sprawia, że stajemy się sobie bardziej bliscy.

 „Życie osobno czyni wspólne życie łatwiejszym. Bez dystansu nie ma wspólnej więzi.”           Anthony de Mello

* Opowieść pochodzi z książki „Modlitwa żaby”, której autorem jest Anthony de Mello.

** Indiańska przypowieść o dwóch wilkach.

Stoły w restauracjach stały się za małe.

On i ona po dwóch stronach stołu. Po prawej serwetnik, sól, pieprz. Na środku zwykle świeca, wazonik, albo jedno i drugie. Od jakiegoś czasu obserwuję jednak nowy, dodatkowy element w krajobrazie restauracyjnych czy kawiarnianych stolików.

restauracyjne stoy

Kelnerka przynosi posiłek i usiłuje bezpiecznie umiejscowić go na stoliku. On i ona zaczynają się poruszać, uprzątając przestrzeń. Jakieś za małe te stoliki. Dawniej wszystko się mieściło, ale od dwóch-trzech lat towarzyszą nam na stolikach… smartfony. Coraz rzadziej skrywane w kieszeni marynarki czy w torebce. Coraz częściej umiejscowione tak, by można było stale być w kontakcie ze światem. Zastanawiam się jednak, czy nie zabierają nam one kontaktu między nami.

Sylwestra spędziliśmy w górach, a co się z tym wiąże jadaliśmy we wspaniałych góralskich karczmach, które oboje uwielbiamy. Niejednokrotnie widziałam pary, a nawet całe rodziny! z nosami w telefonach.

Kiedyś, czekając na posiłek rozmawiało się ze sobą. To był czas przeznaczony na pogawędkę. Dziś, zdaje się, coraz częściej jest to czas na przejrzenie aktualności w portalach społecznościowych, maila albo wstawienie zdjęcia z miejsca, w którym się jest.

Nie mówię, że to źle – jeśli nam to odpowiada. Jednak gdy przychodzi moment, w którym rozpadają się związki, małżeństwa, a dzieci w ogóle nie chcą nas słuchać nie powinniśmy zwalać winy na cały świat.

Wydaje nam się, że to tylko krótki post – 140 znaków, ot co! Odpisanie na maila to tylko 5 minut, a na „wall’a” rzucimy tylko okiem. A to może być aż 20 minut z telefonem, które zamienione na rozmowę z dziećmi, mężem czy partnerką może znacząco zmienić nasze codzienne życie.

Restauracyjne stoliki stały się za małe na nasze „ważne” sprawy. Nie wystarcza już miejsca na wspólny posiłek, rozmowę lub po prostu bycie ze sobą. Przestrzeń międzyludzka zajmowana jest zuchwale przez coraz większe smartfony, które programowane są tak, by absorbować nas jeszcze częściej.

Chcąc nadążać za trendami, często nie nadążamy już za naszym życiem, a ono mija nieuchronnie… toczy się tak po prostu… właśnie teraz.

Więcej przestrzeni Ci życzę,

Justyna

Przyjaciółki.

Cztery niezwykłe kobiety, które skradły część mojego serca.

przyjaciółki (1)

 

Anię znam od podstawówki, ale początek naszej przyjaźni to końcówka gimnazjum, kiedy nasze drogi zaczęły się splatać. Jednak dopiero w liceum naprawdę się ze sobą zaprzyjaźniłyśmy. Później – pomimo odległości (Warszawa-Kielce) – i najróżniejszych życiowych doświadczeń cały czas byłyśmy ze sobą w kontakcie. Od roku znów mieszkamy niedaleko siebie, a od trzech lat jesteśmy mamami naszych córek, co sprawia, że także dziewczynki zaczynają się ze sobą przyjaźnić.

Drugą Anię poznałam na studiach. Miałyśmy w życiu podobne priorytety, uwielbiałyśmy razem odwiedzać nowe warszawskie knajpki i raczyć się pysznym jedzeniem. Były też wyjścia do kina, teatru, a nawet klubów, wspólny sylwester w Zakopanem, którego nie zapomnę.

Ewelinę poznałam w burzliwym okresie mojej transformacji, kiedy zahaczyłam się do wakacyjnej pracy w kawiarni. Zbliżyły nas do siebie pierogi z jagodami. Pewnego dnia po prostu przyniosła je do pracy i zaoferowała, że może zjemy je razem na obiad. Ewelina jest tą z moich przyjaciółek, która przyjechałaby do mnie nawet, gdybym wyprowadziła się na koniec świata. Odwiedziła mnie gdziekolwiek mieszkałam.

Karolina – niezwykła kobieta, bardzo charyzmatyczna. Imponuje mi swoim talentem, otwartością serca, gotowością do wychodzenia wyzwaniom naprzeciw. Spotkałyśmy się przy okazji mojej współpracy w jednym z warszawskich teatrów. Uwielbiam z nią rozmawiać o życiu, zmianach i początkach. Daje mi ogromne pokłady wiary, że to, co robię i jak siebie szukam ma sens.

Te cztery kobiety pojawiały się w różnych momentach mojego życia i każda z nich obdarowała mnie najcenniejszym prezentem – swoją przyjaźnią. Każda z nich jest inna, każda niezwykła na swój sposób. Każda z nich jest dla mnie wsparciem. Każda z nich stała się częścią mojej historii i każdej z nich ogromnie za to dziękuję.

Moje Drogie, bez Was nie byłoby tak samo, jestem wdzięczna, że się spotkałyśmy.

Justyna