O podróżach.

Uwielbiam podróże. Nie wyobrażam sobie bym mogła spędzić życie poruszając się wokół swoich czterech ścian. Oprócz walorów krajoznawczych niezwykle cenię możliwość „podejrzenia” jak toczy się życie w innych miejscach na świecie. W każdej podróży czegoś się nauczyłam, a czasami nawet przywiozłam ze sobą wspomnienia, które zapewne będę opowiadać wnukom w każde święta 😀

Grecja

Moim i naszym ulubionym miejscem jest obecnie jest Grecja. Zakochaliśmy się w tym kraju. Byliśmy tam już dwa razy i z chęcią wybralibyśmy się trzeci. Poza pięknymi widokami tym, co nas zachwyca są Grecy. Ludzie tam są pełni słońca. Nie potrafię inaczej opisać ich sposobu życia. Poza tym podoba mi się prostota z jaką podchodzą do samego tematu życia. Tym, co jeszcze przykuło moją uwagę jest dość spory grecki bałagan, oczywiście trzeba zapuścić się poza turystyczne kurorty 😉 Na zachodzie Europy zwykliśmy oglądać miasta i miasteczka, mniej lub bardziej zadbane, ale w jakiś sposób „poukładane”. Wszystko wydaje się takie wymuskane albo pretenduje do tego, by tak wyglądać. W Grecji większość nieturystycznych miasteczek i wiosek wygląda trochę niechlujnie, co moim zdaniem też ma swój urok. Może zachodnioeuropejskie dążenie do ideału nie przeniknęło jeszcze do greckiej krwi? 😉 Aha… no i jedzenie… dopiero tam zrozumiałam czym jest prawdziwa grecka sałatka. Jadłabym bez końca.

Szkocja

Co prawda pogoda nie rozpieszcza, ale Szkocja warta jest zobaczenia. Te wszystkie zamki, przepiękne krajobrazy i english breakfast… Szkocję zwiedzaliśmy jak byłam w piątym miesiącu ciąży z Iskierką. Nie brakuje tam cudnych miasteczek, dróg wśród zielonych wzgórz i jezior. Niejednokrotnie zatrzymywaliśmy się gdzieś „pomiędzy”, bo było tak pięknie. Ze Szkocji przywieźliśmy jedną z „tych” opowieści, które będziemy powtarzać latami.

Naszą podróż planowaliśmy sami. Poruszaliśmy się wypożyczonym samochodzem. Mąż zaplanował trasę „samochodową” uwzględniającą najważniejsze atrakcje, a ja wyszukiwałam noclegi w pobliżu, po czym stworzyłam koncept podróży. Ponieważ plan był dość napięty, a ja w ciąży, zdarzyło się tak, że na dwie noce nie mieliśmy noclegu. Po prostu nie mogliśmy przewidzieć jak będę się czuła i czy damy radę przejechać zamierzoną trasę czy trzeba będzie zatrzymać się wcześniej. Pierwszą noc ogarnęliśmy bez problemu. Za to w dniu, w którym nie mieliśmy kolejnego noclegu popsuła się pogoda i zerwała się potworna ulewa. Jak na złość jechaliśmy głównie wśród pól. Kiedy już się ściemniało dojechaliśmy do jakiegoś małego miasteczka, w którym nie mogliśmy znaleźć noclegu. Wypatrzyliśmy w okolicy pole campingowe. I nie byłoby to złe rozwiązanie, gdyby nie ta ulewa i mgła. Cóż… zdecydowaliśmy się rozbić namiot i przetrwać noc. Były łazienki i ciepła woda, a to już dobrze. Całą noc lało, a my wycieńczeni spaliśmy jak zabici. Kiedy obudziliśmy się było bardzo słonecznie, a w pobliżu dał się słyszeć dziwnie znajomy szum. Otworzyliśmy „wrota” naszego namiotu i okazało się, że jesteśmy nad samym brzegiem morza. Byliśmy równie zadowoleni co zaskoczeni 😀

Izrael

Izarel miałam okazję odwiedzić dwukrotnie – służbowo. Jednak w jednym i w drugim wypadku miałam dość sporo czasu na zwiedzanie. Kraj zdominowany przez dwa zupełnie różne nurty religijne. Bardzo odczułam to w Jerozolimie, gdzie z jednej strony w centrum miasta znajdują się miejsca święte dla religii chrześcijańskiej, a z drugiej króluje muzułmański meczet. Swoją drogą świętość tych miejsc trudno jest odczuć. Bardziej pobożna atmosfera panuje w niemal każdym polskim kościele.

Zupełnie inną część Izraela stanowi Tel Awiw – tętniące życiem miasto, gdzie jadłam najlepszy falafel w życiu. Chcę kiedyś zabrać tam męża. No i trzecim miejscem, które odwiedziłam było małe miasteczko gdzieś na pustyni. Przepiękne widoki.

W pamięć zapadły mi też oczywiście Chiny – najbardziej egzotyczne miejsce, w jakim byłam. Nie mogę jednak o Chinach dużo napisać, bo odwiedziłam tylko jedno miasto – Kanton. Niemniej jednak mam nadzieję zobaczyć więcej w przyszłości.

Warto podróżować – myślę, że zgodzicie się ze mną. Nawet nie chodzi o to, by stać się wytrawnym podróżnikiem, ale także zwyczajne, stricte wypoczynkowe wyprawy mogą być źródłem niezwykłej satysfakcji i nowych doświadczeń. Każda podróż wnosi jakąś wartość do naszego życia. Poszerza świadomość, otwiera oczy na nową perspektywę. Dzięki podróżom można poznać nie tylko nowe miejsca na świecie, ale także nowe miejsca w sobie. Mogą być także powodem powstania niecodziennych opowieści 😉

Wspaniałych podróży Ci życzę,

Justyna

Strach.

Stoi za sprawą wielu niezrealizowanych planów, za szeregiem porzuconych marzeń, za wieloma twórczymi odwrotami. Siedzi głęboko ukryty, chowa się za kurtyną zwykłych zdarzeń, przemyśleń, racjonalnych argumentów. Tylko czasami wydobywa się na powierzchnię, ukazuje swoje oblicze, niejednokrotnie paraliżując do szpiku kości. Oto on – STRACH.

Przede mną, a co za tym idzie także przed moją rodziną, pojawiła się niedawno wizja ważnych życiowych zmian. Chciałam tej zmiany, zdecydowałam się na nią świadomie, a jednak kiedy decyzja zapadła i przedsięwzięłam odpowiednie działania w pożądanym kierunku, obejrzałam się za siebie i wtedy dopadło mnie przerażenie. Zaczęłam bać się wszystkiego, co może się wydarzyć, jeśli coś pójdzie nie tak. Zaczęłam bać się wszelkich konsekwencji podjętej decyzji. Zaczęłam bać się, czy dam radę sprostać wyzwaniu, które sama przed sobą postawiłam. Strach obleciał mnie od stóp do głów, a nawet wszerz. Czułam go każdą komórką ciała. Gdybym mogła, pewnie rozważyłabym odwrót, jednak czasami w życiu podejmujemy decyzje, od których odwrotu już nie ma i tak też było w tym wypadku.

Tym, co było dla mnie nowe to moja odpowiedź na uczucie strachu. Nie uciekałam od tego, nie zamiatałam pod dywan, ale spokojnie przyjęłam. Pomyślałam sobie, że w końcu nie ma w tym nic nienaturalnego, że się boję. Ale tylko ode mnie zależy czy pozwolę się strachowi zdominować czy przyjmę go, ale nie pozwolę mu siać spustoszenia.

Strach „w przebraniu” może wpływać na nasze życie, odwracając uwagę od planów, które chcemy zrealizować. Bywa powodem utraty wiary, bywa powodem wątpliwości, które wyrastają jak grzyby po deszczu. Bywa powodem rezygnacji lub zmiany frontu.

Strach i jego objawy to sprawa bardzo indywidualna. Jego przyczyn jest tak wiele jak wielu jest ludzi. W moim odczuciu nie mamy prawa nikogo osądzać za jego wybory, nawet jeżeli wyraźnie widzimy, że podłożem podjętych decyzji jest strach, dlatego, że nie ma dwóch takich samych osób w takich samych okolicznościach. Co innego wyciągnąć pomocną dłoń, a co innego oceniać.

Różnimy się od siebie, także siłą charakteru, wiarą we własne siły i zdolnością do życia po swojemu. W Internecie na różnych blogach czy forach dość często można spotkać opinie, że trudno zrozumieć ludzi, którzy nie realizują swoich marzeń, bo przecież wszyscy jesteśmy zdolni do tego, by żyć pełnią życia. Często insynuuje się, że brak odwagi do realizacji marzeń jest wyrazem tchórzowstwa. Dla mnie to nie to samo. Rozwijamy się przez całe nasze życie i w różnych jego okolicznościach prezentujemy sobą różne możliwości. Nie zawsze byłam odważna. Nawet dziś, kiedy już jestem świadomą siebie kobietą nie brakuje chwil, gdy się boję, gdy mam ochotę schować się w bezpiecznym kąciku mojego życia. Tak już jest. Tym, co różni mnie dzisiejszą ode mnie z przeszłości jest sposób, w jaki potrafię sobie z moimi emocjami poradzić, sposób, w jaki potrafię je zrozumieć. A strach jest tą emocją, która najczęściej nas blokuje w działaniach na wszystkich życiowych płaszczyznach.

I nie mówię tu tylko o realizacji marzeń. Mówię tu o założeniu rodziny… o wyprowadzeniu się od rodziców, o rozpoczęciu budowy domu lub o ukończeniu budowy domu, o otworzeniu firmy, o wzięciu rozwodu lub o wzięciu ślubu. O wszystkich tych sytuacjach, kiedy zostawiamy to, co znane i wyruszamy tam, gdzie nas jeszcze nie było. I nie wiadomo jak będzie. Nie wiadomo dokąd nas to zaprowadzi. A co jak Twój pomysł zakończy się porażką???  Nic. Po prostu będzie wiadomo w co się nie pakować albo… jakie błędy się popełniło. Choć nie słyszałam jeszcze historii żeby w wyniku jakiejś porażki komuś gorzej w życiu było, no chyba że stało się to powodem zupełnego poddania. Ale to nieliczne przypadki. Zwykle porażka staje się przyczyną wzmożonej mobilizacji.

Nie ma lekarstwa na strach, bo nie jest on chorobą. Jest częścią nas, bardzo potrzebną. Dzięki niemu jesteśmy zdolni skutecznie unikać zagrożeń. Nie można jednak dopuścić do sytuacji, gdy strach staje się powodem unikania siebie.

Odwagi Ci życzę,

Justyna

Sposób na realizację marzeń – my best recipie.

Przede wszystkim potrzeba dużo, dużo ODWAGI. Nawet nie takiej żeby wyjść ze swoim talentem do ludzi – ta też się przydaje, ale później. Najpierw potrzeba odwagi, by powiedzieć sobie samemu, że czegoś bardzo pragnę, że chcę o to zawalczyć, chcę tego w swoim życiu.

sposób na marzenia

Po takich stwierdzeniach następuje wewnętrzny bunt moich gremlinów, które wskazują mi wszystkie moje niedoskonałości i braki. Budzą się wątpliwości i obawy, a nawet pojawiają się myśli, że to bez sensu, to nie dla mnie i tym podobne. Jest na to tylko jeden sposób – nie tracić celu z oczu i podjąć DZIAŁANIE. Trzeba jednak być sprytniejszym od gremlinów. Bowiem wizja wielkich dzieł przeraża nasz umysł. Kluczem do sukcesu jest podejmowanie małych, ale konsekwentnych działań.

Czyli, jak już mam pomysł rozpisuję plan działania, starając się podzielić całość albo przynajmniej pierwszy etap na małe działania, które przybliżać mnie będą do realizacji celu. Napisanie strony tekstu codziennie nie powodowało mojego lęku, a z czasem zaczęłam budować bloga, a potem pisać systematycznie wpisy. Gdyby nie moje pierwotne postanowienie pisania czegokolwiek, prawdopodobnie nic by nie powstało.

Kolejnym elementem tych puzzli jest KONSEKWENCJA. Po prostu trzeba robić swoje i robić to stale. Gdyby nie konsekwencja, objawiająca się także może jako upór, dyscyplina, nie bylibyśmy na tym etapie rozwoju cywilizacyjnego. Niejednokrotnie czytałam biografie znanych ludzi, którzy zmieniali bieg historii. Wytrwałość i konsekwencja, pomimo przeszkód, są wspólną cechą wszystkich tych osób. Oni się po prostu nie poddawali.

Oni próbowali! Kolejny składnik niezbędny do realizacji marzenia – PRÓBOWANIE. Chodzi zarówno o próbowanie nowych sposobów jak o próbowanie swoich sił w innych okolicznościach – niezależnie od tego czy próba się powiedzie czy nie. Jeśli nie, wyciągam wnioski i biorę się dalej do pracy.

POZYTYWNE NASTAWIENIE, bez tego ani rusz. Nie mówię o wkładaniu różowych okularów i lukrowaniu swoich niepowodzeń. Dla mnie to wiara, że cokolwiek się wydarzy mam w sobie dość siły i potencjału, by sobie poradzić.

Odwaga, działanie, konsekwencja, próbowanie i pozytywne nastawienie to pięć składników mojej idealnej receptury na realizację marzeń. Plany nie spełniają się same. To prawda, że życie nam pomaga i jeśli czegoś pragniemy to zaistnieją sprzyjające okoliczności, ale inicjatywa wychodzi od nas. Jeśli nie podejmiemy odważnych, konsekwentnych działań z wiarą w sercu, możemy sobie co najwyżej dużo wyobrażać.

„Uczymy się coś robić, robiąc to. Nie ma innego sposobu.” – John Holt

Realizacji marzeń Ci życzę,

Justyna

Siła jest w nas! O realizacji marzeń, macierzyństwie, kryzysach i sukcesach – rozmowa z Joanną Sieradzan.

Joanna Sieradzan – kobieta wielu talentów. Od dwóch lat mama. Designer, tancerka, przedsiębiorca. Właścicielka ekskluzywnej marki mebli Svarog. The exquisite furniture oraz SiaSie Design. Rozmawiamy o pasji, spełnianiu marzeń, przeciwnościach losu, kryzysach, macierzyństwie i celach na nowy rok.
wywiad z Asią Sieradzan
Joanna Sieradzan

Ja: Asiu, reprezentujesz swoją osobą wiele talentów artystycznych w różnych dziedzinach. Czy od zawsze wiedziałaś, co chcesz w życiu robić?

Joanna: Jak byłam mała chciałam być obraniaczką zwierząt. (śmiech) A tak na serio, od zawsze moje marzenia oscylowały wokół tematów artystycznych. Od dziecka chciałam zajmować się teatrem i tańcem. Marzyłam o tym i to marzenie spełniło się, ale na ten moment postanowiłam je osadzić głównie w strefie hobbystycznej. I myślę, to dobrze, że tak się stało. Jak byłam młodsza to myślałam sobie, że ludzie sztuki to są totalni krejzole, a szczególnie ci z Akademii Sztuk Pięknych. Potem trafiłam na Akademię  w Warszawie i to mnie płynnie pokierowało do projektowania mebli. Skończyłam wystawiennictwo, ale zakochałam się  właśnie w meblu.  Wystawiennictwo dało mi w życiu bardzo dużo doświadczenia. Ale tak naprawdę bardzo naturalnie przyszło do mnie projektowanie formy, nowych rzeczy.

Ja: A co z tańcem? Nadal tańczysz czy tylko przy okazji?

Joanna: Tańczę nadal i mam nadzieję, że będę tańczyć. W pewnym momencie mojego życia miałam ogromną potrzebę rozwijania tych dwóch pasji równolegle. Na studiach zaczęłam dużo tańczyć. W pierwszym teatrze próby mieliśmy pięć razy w tygodniu od 22 do 24:30 i te zajęcia były bardzo angażujące i bardzo mnie rozwijały. A do tego wiele godzin treningów tańca, jogi, które ćwiczyły sprawność, ciało. Po kilku latach pozwoliły mi wejść na bardziej profesjonalny puap. Doszłam więc do tego z zupełnie innej strony, bo nie kończąc szkoły, tylko przez poświęcenie czasu, godzin praktyki. Okazało się, że to dziecięce marzenie udało mi się zrealizować, bardzo się cieszę, że w taki sposób, na okrętkę. A potem zostałam mamą i wyklarowało się co jest moim rdzeniem zawodowym, a co pozostaje w sferze hobbystycznej, bardziej dla mnie. Ale taniec nadal jest i mam nadzieję będzie.

Ja: Rozumiem. Warto wspomnieć, że będąc w ciąży zrealizowałaś jeszcze spektakl taneczny.

Joanna: Tak, to było cudowne. To było w ogóle moje marzenie. Spektakl One(o) zrealizowałyśmy z Pauliną Święcańską. Paulina zaprosiła mnie do współpracy, po tym, jak spotkałyśmy się na zajęciach. Widziałam, że Paulina na mnie zerka, coś się kroi. To było dla mnie przepiękne doświadczenie, że mogłyśmy wtedy tańczyć z Sewerynem w brzuchu. Ponadto będąc w ciąży zrealizowałam z moim partnerem – Filipem – taneczny projekt filmowy. To były fantastyczne doświadczenia i mam nadzieję, że jeszcze mi życie i czas pozwoli tańczyć.

Ja: A po narodzinach Seweryna taniec wciąż jest obecny w Twoim życiu, czy to już tylko w formie zajęć dodatkowych?

Joanna: Jak się Seweryn urodził to na początku tańczyliśmy bardzo intensywnie. Zrealizowaliśmy prawie półroczny projekt. Seweryn także wystąpił w tym spektaklu. Miał jedną z głównych rół. Był to spektakl „Drzewo Życia”, do którego zaprosiła nas Paulina Święcańska. Fabuła spektaklu była podzielona na pory roku. Seweryn i ja występowaliśmy w części „Lato” i właśnie była to część poświęcona macierzyństwu, gdzie mieliśmy cały swój przebieg ruchowy. Bardzo piękne przeżycie. Występowaliśmy na scenie, ale też nagrywaliśmy plenerowy film na łące. Całe to przedsięwzięcie pokazało mi, że będąc mamą także dużo mogę, że życie nadal trwa, a pasję mogę realizować wspólnie z dzieckiem i zorganizować się tak, by móc podołać wszystkim zadaniom. To jest też mój cel, żeby znajdować dla siebie czas i wciąż tańczyć, bo także Seweryn z tego skorzystał.

Asia Drzewo Życia
„Drzewo Życia” fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Ja: Bo ruch i taniec są chyba naturalne dla dzieci?

Joanna: Tak, to jest bardzo naturalne, ale też fajne jest to, że wszędzie tam, gdzie jest mama i bezpieczeństwo dzieci także świetnie się odnajdują – nawet w niecodziennych okolicznościach.

Ja: Wracając teraz do Twojej drugiej pasji. Skąd wziął się pomysł na stworzenie marki Svarog? Meble te są niezwykle oryginalne i odważne.

Joanna: Svarog zrodził się bardzo naturalnie. W moim życiu rzeczy dzieją się płynnie, przechodząc z jednej do drugiej. Svarog – nazwa firmy – pochodzi od imienia jednego z bóstw słowiańskich, właśnie Swaroga, boga ognia. Mitologią zainteresowałam się jeszcze na studiach, gdzie zrealizowałam dyplom z mitologii słowiańskiej i bardzo mnie to pochłonęło. Te motywy słowiańskie są bardzo mocno zakorzenione w naszej kulturze, społeczeństwie, a nawet religii, ale tak naprawdę nie dostrzegamy tego. Przyzwyczailiśmy się, że są pewne wzorce, ale nie wiemy skąd one wynikają. Zaczęłam to drążyć, zaczęło mi się to przenikać w różnych strefach życia, a że od zawsze wszelkie motywy z baśni i natury były mi bliskie, to w pewnym momencie zaczął mi się pojawiać pomysł projektowania mebli. Wtedy jeszcze pracowałam w wystawiennictwie. Pierwszym moim projektem był fotel Wilk. Później pojawiły się kolejne, a także pomysł na nazwę marki/firmy. Moje projekty są dość nietypowe, ale chciałam żeby były czymś więcej niż tylko meblem, obiektem użytkowym. Chciałam żeby stały się pewnego rodzaju wzbogaceniem wnętrza.

wilk i ptak
Fotel WILK/lampa wisząca KRUK fot. Aneta Kowalczyk & Kacper LipińskiKiali

Ja: Może żeby były formą artystycznego wyrazu…?

Joanna: Też. Na pewno to są meble dla osób, które albo się w nich zakochają albo stwierdzą, że to jest zupełnie nie dla nich.

ptak
Lampa wisząca KRUK  fot. Aneta Kowalczyk & Kacper LipińskiKiali

Ja: Asia, a co jest Twoją największą pasją dziś i co Twoim zdaniem może stać się nią w przyszłości? Jest coś takiego?

Joanna: Dużo się zmieniło od kiedy jestem mamą, bo macierzyństwo pozwoliło mi się skondensować w moich dążeniach, które kiedyś były bardzo szerokie, bo był taniec, był performance, była praca, było wszystko na raz. Tak naprawdę miałam bardzo dużo czasu i oddawałam się moim zainteresowaniom. A teraz okazało się, że muszę dokonać wyboru, czemu chcę się poświęcić. Pojawił się design – bardzo intensywnie, rozwój Svarog’a, rozwój w projektowaniu. Okazało się, że to było i  jest moją największą pasją. Największą radość sprawia mi projektowanie formy, kiedy mogę tworzyć, realizując swoje pomysły.  Drugą kwestią jest rysowanie, stworzyłam projekt SiaSie. Zaczęłam rysować dla siebie, bo chciałam rysować więcej i znów stało się to naturalnie. Chyba to tak jest, że to, co jest w sercu to w pewnym momencie nie może tam dłużej siedzieć i musi się wydobyć.

svarog
Fotel JELEŃ

Ja: Czyli jednak droga serca, nie rozumu?

Joanna: Stety i niestety tak.

Ja: Co jest dla Ciebie najważniejsze w realizacji kolejnych celów? Jakimi wartościami kierujesz się, dokonując wyborów?

Joanna: Kiedyś miałam tak, że było to związane z realizacją siebie i swoich pasji. Teraz uległo to przewartościowaniu przez rodzinę, bliskich, przez synka. Chcę żeby realizacja pasji szła w parze z możliwością utrzymania się i zapewnienia nam godnego życia. Teraz dużo bardziej realnie patrzę na życie i uwzględnienie tego materialnego wymiaru w procesie tworzenia stało się też dla mnie bardzo ważne. Podejmując decyzje dotyczące kolejnych działań staram się zachować równowagę pomiędzy tym, co daje mi radość, a satysfakcją finansową, szukam kompromisów. Wierzę w to, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko, dlatego staram się zadbać o siebie we wszystkich sferach. Patrząc globalnie – projektując mam też na uwadze, aby moje prace, moje projekty: meble czy rysunki, wzbogacały czyjeś życie tą artystyczną formą, by nie tylko były funckjonalne, ale też wnosiły do życia odbiorców coś więcej. Wkładam w to serce.

Ja: Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?

Joanna: Ojeej… Z tych rzeczy tanecznych. Po latach bardzo doceniam pracę w teatrze Linia Nocna, o którym dziś już mało kto pamięta. To była grupa, która zajmowała się improwizacją, jakieś osiem lat temu. Wtedy jeszcze prawie nikt nie słyszał o improwizacji. Prowadził go Piotr Filanowicz. To był teatr, który zbierał pieśni ludowe, polskie. Teatr, który opierał swoją działalność na podstawach Grotowskiego, prawdziwym i intensywnym byciu. Przeplatało mi się to w życiu. To bardzo pięknie zaowocowało. Czuję, że to było dla mnie ważne. Ukształtowało to dodatkowo mnie, już jako osobę dojrzałą. To był czas kiedy wchodziłam w dorosłość. Dużo się wtedy w takim „studenckim” umyśle dzieje.

Również za duże osiągnięcie uważam wyjazd z moimi meblami na międzynarodowe targi designu Salone Satellite w ramach Salone del Mobile do Mediolanu. Późnej zostałam zaproszona na dwudziestolecie tego wydarzenia przez  kuratorkę. Również tegoroczne wysłanie mebli do klienta na Tajwan. To, że byłam w stanie to zrealizować sama, z dzieckiem na ręku. Podołałam wyzwaniom dużym pod względem logistycznym, dopinając wszystko w terminie.

Ja: Ja myślę, że jesteś przykładem na to, że mama bardzo dużo może, więcej niż można sobie wyobrazić.

Joanna: A przy tym wszystkim jest jeszcze rodzicielstwo bliskości, w duchu którego wychowujemy synka, a chcę to dodać od siebie, bo to jest trudna droga, dość wymagająca. Nawet przy tak dużej ilości pracy mojego partnera i mojej, realizujemy tę drogę i uważam to za ogromne osiągnięcie, bo mamy cudowną relację z synkiem.

Ja: Co uważasz za swoją największą porażkę? Czego się dzięki temu nauczyłaś?

Joanna: Nie odczuwam, bym poniosła w życiu jakąś porażkę, raczej wszystko, co mi się przydarza traktuję jako doświadczenie. Każde zdarzenie, które mogłabym uznać za porażkę, pokazuje mi rzeczy, których byłam nieświadoma albo sfery mojego życia, nad którymi muszę popracować. Na przykład ostatni rok był dla mnie bardzo trudny, bo nie byłam w stanie zarobić na swoje utrzymanie, realizując to, co sobie wymarzyłam – czyli Svarog’a. W pewnym momencie musiałam się zatrzymać i zastanowić się, co mogę zrobić i jak mogę dalej rozwijać siebie i markę, którą stworzyłam, bo bardzo dużo poświęciłam i siebie i mojej rodziny. Sporo czasu przeznaczyłam na pracę, a potem zostałam z dużą frustracją, z dwoma pięknymi projektami, które kocham i z zerem na koncie. Jednak taki upadek na ziemię był mi potrzebny, bo pokazał mi, że nie ma co siebie oszukiwać. Musiałam sobie pewne kwestie przewartościować, usiąść z Excelem, do którego taka osoba jak ja zagląda raz na trzy miesiące, podjąć decyzję co trzeba zrobić dalej. I była to dla mnie cenna lekcja.

Ja: W jaki sposób macierzyństwo zmieniło Twoje życie? Jestem przekonana, że dwa lata bycia mamą mogły zmienić bardzo dużo.

Joanna: Życie? Całkowicie – wszystko zmieniło się o 180 stopni, we wszystkich sferach. Prywatnie – zrozumiałam dzieci. Że to są istotki dokładnie takie same jak my, tylko mniejsze, które trzeba przeprowadzić przez świat. To nie jest tak, że dzieci są złośliwe, manipulują, krzyczą, biegają po podwórku i celowo przeszkadzają wszystkim dookoła. Zatem mój stosunek do dzieci zmieniłam zupełnie. Ponadto wszelkie zachowania krzywdzące dzieci albo nawet „upupiające” je powodują mój wielki bunt, bo dzieciom należy się szacunek. Zrozumiałam jaka jest natura dzieci, że potrzebują bardziej prowadzenia przez życie, dużo wolności i dobrej, partnerskiej relacji. Zatem nie różnią się niczym od nas – dorosłych.

Macierzyństwo zmieniło też wiele w biznesowej sferze mojego życia, bo paradoksalnie najwięcej osiągnęłam właśnie w czasie, kiedy przyszedł na świat Seweryn. Wyjechałam na wspomniane wcześniej targi w Mediolanie z 2,5 miesięcznym synkiem, mając wsparcie tylko w osobie mojego partnera. Także projekt SiaSie powstał, kiedy Seweryn był już na świecie. W pewnym momencie poczułam, że zarówno czasu jak i siebie mam dużo mniej i wtedy właśnie zrodziła się we mnie silniejsza potrzeba bycia kimś jeszcze – poza mamą. Miałam swój świat, który pozwalał mi istnieć inaczej. To było bardzo moje, bo nadal miałam ogromną potrzebę realizacji siebie.

Ja: Czyli macierzyństwo dodało Ci skrzydeł w rozwoju?

Joanna: Zdecydowanie. Rozwinęło mnie ponadto jeszcze w sferze międzyludzkiej i w ogóle jako człowieka. Rodzicielstwo jest fajne, bo cały czas trzeba nad sobą pracować, rozwijać się żeby temu małemu człowiekowi dawać dobry przykład.

drzewo życia 2
„Drzewo życia” Fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Ja: Łączysz twórczą, kreatywną pracę z macierzyństwem, co pozwala Ci wytrwać pomimo zmęczęnia? Czy rzeczywiście jesteś w stanie pracować tylko wieczorami?

Joanna: Głównie tak. Był taki czas, gdy Seweryn był mały, że wyjechaliśmy i nie mieliśmy żadnej pomocy i wtedy siedziałam po nocach i pracowałam po nocach, albo wtedy kiedy mój partner mógł zająć się synkiem. Od jakiegoś czasu mamy pomoc niani, więc sytuacja się zmieniła. Mamy kochane nianie, które nas wspierają, ale to też nie jest na jakąś super dużą skalę, więc wciąż jest tak, że pracuję wieczorami. Jednak… patrząc na to z perspektywy czasu nikogo nie zachęcam do takiego modelu pracy. Trzeba mieć balans w życiu i nie spalać się aż tak bardzo. Ja w pewnym momencie podjęłam decyzje, z których musiałam się wywiązać, bo nie wyobrażałam sobie, żeby postąpić inaczej, ale mimo wszystko trzeba dbać o czas dla siebie i trochę oddechu.

Ja: A co pozwalało Ci wytrwać pomimo zmęczenia, które na pewno było ogromne?

Joanna: Dużą przestrzeń dla realizacji siebie i uzyskania szybkiego efektu dał mi projekt SiaSie. I to dzięki niemu miałam więcej energii. A poza tym jak pracowałam nad projektami mebli to czułam, że to może być coś dobrego i dawało mi to ogromną satysfakcję. Jednak kluczem było i jest moje pozytywne podejście do wszystkiego, co się wydarza. Sama się nakręcam tym, co robię. Mam mnóstwo energii do działania. Staram się znajdować pasję i radość w tym co robię i robić to najlepiej jak potrafię.

Ja: Kryzysy, przeciwności? Były? Pojawiają się? Co wnoszą do Twojego życiowego kuferka?

Joanna: Wnoszą dużo. Na pewno doświadczenie. Pozwalają mi zachować równowagę. Wnoszą zrozumienie, że niekoniecznie poszłam w tą stronę, w którą powinnam albo że gdzieś się za bardzo zaprzepaściłam. Pomagają mi tak realnie spojrzeć na siebie i na świat, czy nie bujam za bardzo w obłokach, czy powinnam zrobić coś inaczej, czego potrzebuję naprawdę, by zrealizować swoje cele. Kryzysy i przeciwności uczą mnie też, by wymagać najpierw od siebie, a nie od innych, by nie szukać przyczyn w całym świecie dookoła, ale poszukać co się stało, dlaczego pogubiłam się po drodze. Choć oczywiście nie przychodzi mi to tak łatwo jak teraz o tym mówię, bo kosztuje to dużo czasu i uwagi.

Na przykład ta praca ostatniego roku kosztowała mnie bardzo dużo, pracowałam dniami i nocami, niejednokrotnie ocierając się o jakieś stany depresyjne – co chyba nie jest wstyd powiedzieć – ale to dało mi naukę, że nie można o sobie zapominać, że trzeba mieć balans, pamiętać o rodzinie, dziecku, które potrzebuje mamy, a na to też potrzebna jest siła. Trzeba starać się być tak po prostu szczęśliwym z dnia na dzień, nie spiesząc się i nie mając tysiąca celów czy zadań.

Ja: Jakie jest Twoje największe marzenie na nadchodzący rok?

Joanna: Na pewno zdrowie i siła dla całej mojej rodziny. Od kiedy Seweryn jest z nami czuję, że to jest ważne. Jak jest się zdrowym to można wszystko. A zawodowo i też bardzo praktycznie chciałabym aby moje projekty, pasja i cała masa pomysłów pozwoliły mi się utrzymać i nawiązać współprace, które byłyby owocne dla obydwóch stron. Aha… i tańczyć więcej! 🙂

Ja: Zatem tego właśnie życzę Ci na Nowy Rok. Dziękuję za przepiękną rozmowę, która pokazuje, że kluczem do samorealizacji jest pozytywne nastawienie do życia, a rodzicielstwo jest doświadczeniem, które rozwija nas na wielu płaszczyznach – jeśli nie wszystkich. Mama bardzo dużo może, jeśli chce – jesteś tego doskonałym przykładem!

 

Osoby, strony i tematy wymienione w wywiadzie:

Svarog. The exquisite furniture.

SiaSie Design 

„Drzewo Życia” – koncepcja i reżyseria Paulina Święcańska

Film „Drzewo Życia” – montaż Paweł Głogowski

Zdjęcia „Drzewo Życia” – Fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Film „Keep on pushing”  – by Joanna Sieradzan & Filip Wencki [kamera i montaż Paweł Głogowski]

Salone Satellite – targi designu w ramach Salone del Mobile w Mediolanie

 

*Wszystkie materiały graficzne wykorzystane w publikacji pochodzą z archiwum prywatnego Joanny Sieradzan lub zostały wykorzystane za zgodą Fundacji Artystycznej PERFORM.