Wyzwania macierzyństwa

wyzwania macierzyństwa

Zimna kawa czy nieprzespane noce bywają najmniejszym problemem na ścieżce macierzyństwa. Są takie momenty na naszych rodzicielskich szlakach, które stają się dla nas prawdziwym wyzwaniem. Bywają także dłuższe etapy, kiedy mamy wyraźnie pod górę. Nasze dzieci rosną, rozwijają się i dojrzewają. Niestety większości zmian nie komunikują nam tak po prostu, zwłaszcza we wczesnej fazie dzieciństwa. Częściej wrzeszczą, kopią albo co gorsze –  zamykają się w sobie. A my – rodzice –nie zawsze od razu znamy na wszystko sposób. Nie jest nam także łatwo, gdy są chore, albo gdy mamy mnóstwo spraw na głowie, tylko dwie ręce i mało czasu. Rodzicielstwo stawia nas w obliczu wielu wyzwań, często trudnych.

– CHWILE BEZSILNOŚCI –

Te są jednymi z najtrudniejszych, bo człowiek chciałby coś zrobić, ale albo nic zrobić nie może albo po prostu nie wie co ma zrobić. To są takie chwile, gdy dziecko rzuca nam się na podłogę i wrzeszczy, a ludzie dookoła oceniająco patrzą. W tej rozpaczy naprawdę mało co do dziecka dociera. I pół biedy, gdy na podłodze w miejscu publicznym kładzie się dwulatek, bo o tzw. „buncie dwulatka” jednak większość społeczeństwa słyszała, ale niedawno w przychodni moja starsza Iskierka najpierw nie chciała ubrać czapki, a gdy chwyciłam za fotelik z ryczącą wniebogłosy Mimi i spokojnie powiedziałam do Iskierki, że chcę jak najszybciej opuścić przychodnię, żebym mogła uspokoić jej małą siostrę, to Iskierka zaczęła na mnie wrzeszczeć, kopnęła mnie i powiedziała coś w stylu, że jestem głupia. Tylko że Iskierka jest już kilkuletnią dziewczynką i widziałam różne spojrzenia innych czekających, przede wszystkim wyrażające dezaprobatę.

W tej sytuacji było mi naprawdę ciężko. Rozumiałam, że dla Iskierki godzina oczekiwania u lekarza, potem wizyta, na której lekarz badał obydwie dziewczynki, co trwało ze 20 minut i dodatkowo wrzask malutkiej siostry nie były ani łatwym ani miłym doświadczeniem, ale poczułam się okropnie. Ręce mi opadły… Nie wiedziałam czy zacząć od uspokojenia małej, czy poświęcić chwilę Iskierce. Nie bardzo też wiedziałam co ja mam jej powiedzieć. Zapytałam więc ją, czy jest coś, co chciałaby powiedzieć mnie i to było bardzo dobre posunięcie. Po kilku minutach kryzys został zażegnany, ale we mnie emocje jeszcze długo się kotłowały.

Jeszcze trduniejsze jest odczuwanie bezsilności, gdy dziecko jest chore, a gorączka nie spada mimo wszelkich starań albo objawy nie ustępują dłużej, niż byśmy chcieli, a lekarz mówi tylko, że trzeba poczekać. Chwile oczekiwania na korytarzu dziecięcej izby przyjęć, albo te kiedy wiesz, że musisz coś zrobić, by pomóc dziecku, a ono stawia opór. To są chwile bezsilności i strachu jednocześnie, trudne dla każdego rodzica. Tymbardziej, że w takich momentach dziecku potrzebny jest prawdziwy spokój i wsparcie.

– CHWILE FRUSTRACJI –

Mówisz raz, drugi, dwudziesty drugi i trzydziesty no i nic… Grochem o ścianę. Wciąż zabawki rozrzucone. Albo buty na schodach. Albo biega z puszką karmy dla kotów mimo, że te leżą już najedzone z wypchanymi brzuchami 😉 Czasami uda mi się wziąć głęboki oddech albo dziesięć oddechów, ale czasami aż się gotuję i zdarza mi się podnieść głos albo krzyknąć. Wiem, że to jest efekt mojej frustracji. Kiedyś postanowiłam się wziąć na mądrzejszy sposób i zapytałam moje dziecię: „Córko, jak ja mam do Ciebie mówić, żebyś zrobiła to, o co Cię proszę?” Spodziewałam się, że moje dziecko czymś mnie zaskoczy, ale usłyszałam: „Powtarzaj mi ze dwadzieścia razy to wtedy zapamiętam.

Ot co! Rzeczywiście ta odpowiedź mnie zaskoczyła 😀

Bywają jeszcze chwile frustracji wersja HARD! Te, które najbardziej „lubię” to, gdy trzeba za trzy minuty wyjść, a dziecko opanowała właśnie malarska fantazja, albo nie chce ubrać dziś tych różowych spodni, ale włoży tylko te, które akurat są brudne. Bądź też w ogóle nie chce się ubrać albo zjeść śniadania przed dwugodzinną podróżą. Bądź wszelkie działania mające na celu opóźnienie wyjścia. (Bóg jeden wie czemu!)

No i moje „ulubione” od kilku miesięcy, gdy idę układać do snu małą Mimi i proszę Iskierkę aby nie tylko była cicho, ale wytrzymała bez mamy 10 minut. No i gdy mija 9 i pół minuty, a ja niemal bezgłośnie wymykam się z pokoju wpada Iskierka z pytaniem: MAMOOOOO, A MIMI JUŻ ŚPI!!!

Jeszcze tylko wspomnę o frustracji, gdy chcę coś zrobić, zwłaszcza coś dla siebie i właśnie wtedy dzieci albo nie mogą zasnąć, albo się rozchorują albo dają w kość albo „wymyślą” milion innych rzeczy, by jednak mama znalazła się u ich boku.

– CHWILE TRANSFORMACJI –

To te, gdy w życiu naszych pociech zaczyna dziać się coś istotnego. Przechodzą do kolejnego etapu swojego rozwoju, dojrzewają, ale niestety nie wydarzają się żadne oczywiste symptomy tej zmiany. To trochę tak jak z ząbkowaniem. Coś się dzieje, ale nie wiadomo dokładnie co, no i nie wiadomo kiedy ten ząbek się pojawi. Różnie to z tym dojrzewaniem dzieci bywa, ale moje doświadczenie w tym zakresie pokazuje, że w przełomowych momentach zwykle u Iskierki pojawia się jakiś kryzys zachowania – czytaj: staje się niegrzeczna, tudzież nieznośna albo zaczyna się buntować przeciwko wszystkiemu. Żeby nie było tak łatwo to nie zawsze jej niegrzeczne zachowanie wynika bezpośrednio z sytuacji, z którą ma związek. Na przykład przyjście na świat Mimi poruszyło Iskierkę dopiero po dwóch miesiącach. Kolejne dwa miesiące walczyła o swoją pozycję w naszym domowym świecie, a po tym czasie, gdy przetrawiła wszelkie aspekty zmiany przeszło wszystko z dnia na dzień – jak gdyby nigdy nic… Ale dla mnie te dwa miesiące były koszmarnie trudne. Pojawiło się w naszym domowym życiu dużo konfliktów i napięć, a wszystko to na tle opieki nad niemowlęciem szalejącym w dodatku z powodu coraz to nowych alergii pokarmowych. Można było zwariować!

– CHWILE ZMĘCZENIA –

Zmęczenie – to rodzicielskie zmęczenie zaczyna się często przez wielkie „Z”. Albo nawet przez olbrzymie „Z”. Nie będę tu nawet wspominać jak bardzo zmęczona czuje się kobieta po porodzie, kiedy w dodatku musi podołać wszelkim domowym aktywnościom oraz zająć się dzieckiem lub dziećmi, bo to oczywiste, ale chcę opowiedzieć także o tym zmęczeniu codziennym w różnych jego odcieniach.

Zmęczenie fizyczne rodzica  – matki nie przesypiają nocy przez kilka lat – takie jest moje doświadczenie i takie wnioski czerpię z obserwacji wśród bliższych i dalszych znajomych. Ojcom jest trochę łatwiej w tej materii, choć u nas dzieci są aktywne od 5, więc mąż po tych kilku latach życia rodzinnego z sowy zamienił się w rannego ptaszka 😉 Za to bywa, że 22 to dla nas kres wszelkich fizycznych możliwości 😀 Poza tym niewyspaniem to najbardziej dla mnie wymagające jest spędzanie całego dnia na nogach. Jedynymi momentami, kiedy przysiadam są rzadkie i bardzo krótkie chwile korzystania z toalety (oczywiście w obecności świadków! 😉 ) oraz zjedzenie posiłków – tych głównych dla jasności – przekąsek to nie dotyczy 😉 No a jak już uda mi się usiąść czy też w wersji wspaniałej położyć w ciągu dnia, to nagle okazuje się, iż dziecko się obleje, zesika, zrobi kupę, zwymiotuje, potrzebuje czegoś natychmiast, usycha z pragnienia, potrzebuje farb, które stoją za wysoko albo chce pójść do kolegi, ale nie wie co ma ubrać na dwór i tak bym mogła jeszcze długo… Nie ma taryfy ulgowej. Ostatnia kampania reklamowa jednego z producentów kosmetyków „5000 kroków dziennie” matek nie dotyczy 😀

Zmęczenie psychiczne rodzica – nie wiem jakby to napisać żeby to delikatnie ująć, bo czasami to mam taką wizję, że wyjdę zaraz z siebie i pobiegnę gdzieś czym prędzej od tego miejsca, gdzie odbywa się moja codzienna rutyna 😉 To nie jest tak, że cały czas jest tak źle, no bo człowieka nie tak łatwo złamać – organizm dostosowuje się do ekstramalnych warunków życiowych ;-), ale… przychodzą takie momenty kryzysowe – ja mam taki raz na kilka tygodni albo… kiedy męża nie ma, w związku ze służbowym wyjazdem, dłużej niż 5-6 dni. To wtedy kryzys się pojawia. No bo trudno jest wytrzymać 24 godziny na dobę z ukochaną dwójką bez żadnego wsparcia. Zwłaszcza, że my nie mamy nikogo – poza sobą – kto pomaga nam z dziećmi. Nie mamy babć w pobliżu. Nie mamy niani. I nie tylko my jesteśmy obecnie w takiej sytuacji, bo zdarza się to coraz częściej w świecie, w którym dziadkowie również pracują albo mieszkają daleko. A kiedy nie ma chwili na odpoczynek kryzysy prędzej czy później się pojawiają. Na szczęście mnie pozwalają one wyrzucić z siebie wszystkie trudne emocje, oczyścić atmosferę i iść dalej.

– CHWILE ZWĄTPIENIA –

Czy jestem dobrą matką?

Czy jestem wystarczająco dobrą matką?

Czy ja sobie w ogóle mogę z tym poradzić?

Chwile zwątpienia w swoje rodzicielskie kompetencje. Wiecie co zawsze staram się myśleć, gdy wszystko, czego nauczyłam się o swoich dzieciach zawodzi? Nie skupiam się na tym, czego nie wiem, ale na tym, czego chcę się nauczyć… To mi pomaga uwierzyć w siebie, znaleźć rozwiązanie i rozwijać się w roli mamy.

***

Przyznam się szczerze, że macierzyństwo okazało się dla mnie wyzwaniem. Z wielu powodów, ale przede wszystkim w związku z tym, jak bardzo wymagająca jest rola rodzica i jak ogromna odpowiedzialność za tych małych ludzi spoczywa na naszych barkach. Najbardziej wymagające jest to, że dzieci mało uczą się na podstawie tego, co mówimy, a zdecydowanie więcej czerpią z tego, jak się zachowujemy. Stając w obliczu tych wszystkich rodzicielskich trudności nie raz czułam się jakbym była „naga”, czasami samotna.

I choć ten wpis jest o tym, co trudnego w macierzyństwie, to konkluzja jest taka, że jest to droga warta ceny jaką trzeba zapłacić, bo nikt ani nic nie nauczy nas tak kochać i rozumieć samych siebie jak dzieci. Dla mnie dzieci są kluczami do obszarów mojej duszy, o których wcześniej nawet nie wiedziałam, że istnieją. To macierzyństwo daje mi najwięcej impulsów do rozwijania tego, co we mnie najlepsze. Zarazem nauczyłam się także akceptować, i to przez wielkie A, moje życie takim, jakie jest. Chore ambicje odeszły w zapomnienie, bo nie ma na nie czasu ani miejsca. W zapracowanym, matczynym świecie mam czas tylko na to, co naprawdę ważne i wartościowe dla mnie. A chwile wolnego czasu wyciskam jak cytrynę 😉 Dzięki dzieciom zrozumiałam co to znaczy naprawdę cenić każdy dzień i całe to dobro, które przydarza nam się codziennie.

Powrót do portu.

port 2

Kiedy ponad rok temu opuszczałam port i wypływałam na bezbrzeżne wody blogowania nie miałam pojęcia, co może się w związku z tym wydarzyć. Czułam, że tego chcę i potrzebuję. Jednak podczas mojego rejsu pojawił się na pokładzie kolejny mały pasażer. Absorbując znacznie więcej niż tylko mój czas i uwagę, mała Gaga sprawiła, iż zdecydowałam się zawinąć na chwilę do portu.

Okazało się, że potrzeba mi kolejnego powrotu do siebie, do mojego wewnętrznego portu. Potrzeba mi było czasu, by nie tylko zaznajomić się z sytuacją, ale także sprostać nowym, wymagającym ogromnego zaangażowania wyzwaniom.

Wszystko to spowodowało zaniechanie w pisaniu bloga, bo ręce mam tylko dwie, a pracy jest mnóstwo. Mimo wszystko kryzys ten nie był na tyle silny, bym mogła zarzucić pomysł dzielenia się częścią siebie ze światem. Czułam, że mogłabym stracić zbyt wiele. Trwająca intensywna transformacja macierzyńska przywiodła mnie jednak do punktu, w którym potrzeba mi było weryfikacji dotychczasowego kierunku prowadzenia bloga. Bezwzględnie projekt ten jest czymś, z czego zrezygnować nie chcę, ale zdecydowałam się z biegiem czasu na poszerzenie jego tematyki – zwłaszcza w zakresie moich obecnych doświadczeń, które mają przeogromny wpływ na wiele obszarów mojego życia i które czynią mnie bardziej dojrzałą, lepszą wersją siebie – dzień po dniu. Pojawiły się także nowe pomysły na to, co dalej – zarówno w materii blogowania jak i poza nią.

Powrót do portu pozwolił mi stworzyć plan podróży do kolejnego celu. Okazał się bardzo potrzebnym doświadczeniem, choć jak wielu z nas nie lubię „tracić” czasu na postój. Jednak są chwile, gdy zatrzymanie się jest najlepszym, co możemy sobie ofiarować. Nie tylko dlatego, że wówczas czerpiemy w pełni z tego, co tu i teraz, ale także dlatego, że możemy zebrać więcej sił, by prężnie wyruszyć w dalszą drogę – jak zawsze w zgodzie ze sobą.

Strefa (dys)komfortu.

strefa dyskomfortu

Kiedy kilka tygodni temu zostałam mamą po raz drugi mój, a właściwie to nasz, cały świat wywrócił się kolejny raz do góry nogami. I wcale ten przewrót nie był „mniejszy” od tego pierwszego, wszak przeżywa go także Iskierka. Stanęliśmy w obliczu wyzwania, wobec którego potrzeba nam było porzucić stary porządek…

Malutka zgotowała nam niełatwy czas jeszcze zanim się pojawiła, bowiem przyszło nam na nią czekać dłużej, niż przewidywał termin. Szczerze – oczekiwanie było prawdziwym testem cierpliwości. Wszyscy odczuwaliśmy napięcie i stres związany z tą sytuacją. A kiedy trochę się rozluźniliśmy za sprawą powiedzenia tego, co było niewypowiedziane nadszedł czas rozwiązania…

Pojawienie się nowego członka rodziny spowodowało zamieszanie. W gruzach legły nasze rytuały i schematy, a nawet wzorce postępowania z Iskierką, które sprawdzały się dotychczas. Przyszło nam budować nasz świat codzienny od nowa. Mówią, że z drugim dzieckiem jest łatwiej. Ja bym tego tak nie określiła, raczej powiedziałabym, że z drugim dzieckiem jest spokojniej… Przede wszystkim dlatego, że jesteśmy świadomi, iż ten niezmiernie trudny czas po prostu mija… Nie warto się siłować, nie warto dążyć do ratowania schematów, które się burzą, bo one po prostu się nie sprawdzą w nowych okolicznościach. Nie warto forsować swoich sił, warto za to inwestować energię w to, co tu i teraz.

Łatwiej w moim odczuciu nie jest, bo drugie dziecko potrzebuje nas tak samo jak pierwsze. Ma równie dużo potrzeb i wymaga równie dużo zaangażowania i uwagi, co pierwsze, a dodatkowo starsza latorośl nie może zostać ani odsunięta ani zaniedbana.

Przyszło nam zatem porzucić naszą bezpieczną, starą skorupkę i wyruszyć tam, gdzie nas jeszcze nie było. Jak to zwykle bywa przez moment poczuliśmy się zagubieni, przestraszeni, a nawet bezsilni, ale czas… Mija czas i z każdym dniem budujemy kolejne elementy życia od nowa. Z każdym dniem uczymy się swoich nowych ról. Uczymy się nowych uczuć. Doświadczamy. Doświadczamy siebie samych, siebie nawzajem i życia w nowych okolicznościach… Jest trochę niekomfortowo, tak trochę nieswojo, ale wiesz co… idziemy naprzód.

Wkraczanie w nowe sytuacje, pokonywanie własnych ograniczeń i czerpanie z nowych doświadczeń nie pozostaje nigdy bez znaczenia. Każde nowe zdarzenie czegoś nas uczy. Porzucenie strefy komfortu zawsze wiąże się z transformacją, z pójściem naprzód – niezależnie od tego, czy osiągamy sukces czy porażkę.

Tym razem jednak jeszcze jedną rzecz zrobiłam inaczej. Kiedy już znalazłam się w strefie dyskomfortu pozwoliłam sobie odczuwać także te trudne stany… Że jest mi źle, że się boję, że nie wiem, że czuję się sfrustrowana, że mogłoby być trochę łatwiej, że jestem niewyspana, że mam ochotę wyć do księżyca… To sprawiło, że wszystkie trudne emocje, które się pojawiały mogły wybrzmieć i odejść… Tak po prostu. W zamian za to znalazło się w mojej nowej sytuacji znacznie więcej radości, spokoju i naturalnego biegu rzeczy. Biegu, którego nic już nie zakłóca. Bo tak już jest, że przez strefę dyskomfortu trzeba przejść, by iść dalej.

P.S. Rodzicielstwo to przepiękne doświadczenie, pomimo wysokiego poziomu trudności 😉