O podążaniu, siłowaniu się i doświadczaniu.

podążanie

Jest taka bajka dla dzieci o rodzeństwie dwóch króliczków. Starszy króliczek – dziewczynka opiekuje się swoim młodszym, a właściwie to jeszcze dość małym bratem. Poza ich przygodami w bajce tej jak na dłoni malują się dwa typy postaw wobec życia.

Bardzo ambitna Ruby każdego dnia stawia przed sobą nowe cele. A to zdobywa kolejną harcerską odznakę, a to wybiera się na lekcję gry na pianinie, a to planuje ekscytującą zabawę ze swą najlepszą przyjaciółką. Wszystkie jej dążenia są realizowane według planu, nawet jeżeli pojawiają się przesłanki, by zmienić sposób myślenia albo perspektywę. Niezależnie od okoliczności Ruby uparcie realizuje swoją wizję, co mogłoby być zaletą, gdyby nie fakt, że dziewczynka nieźle się przy tym natrudzi. Gdyby potrafiła dostrzec to, co wydarza się wokół żyłoby się jej znacznie łatwiej. Ruby jednak przystępując do działania zakłada jednocześnie przysłowiowe „klapki” na oczy i niczym mantrę powtarza kolejne działania tak długo, aż zbliża się do celu, choćby o kroczek. Ostatecznie jej przedsięwzięcia kończą się sukcesem, ale wiodąca do ich realizacji jest naprawdę męcząca. Ruby się siłuje.

Jej młodszy brat Maks ma za to na życie zupełnie inny sposób. Właściwie to nie ma żadnego sposobu, bowiem Maks po prostu jest i czerpie z tego, co się wydarza. Niezależnie od okoliczności znajduje dla siebie sprzyjające warunki i bez napięcia działa w obranym przez siebie celu, który też osiąga prędzej czy później. Przychodzi mu to jednak zupełnie naturalnie i bez wysiłku. Jest w tym lekkość. Jest w tym potencjał. Maks spokojnie dryfuje.

I tak jak sobie pomyślę to te dwie postawy bardzo często widać w naszych ludzkich działaniach. Niestety większość z nas przez większą część życia przejawia postawę nazwijmy ją „racjonalną”. Tylko że o ile zdrowy rozsądek jest nam do życia potrzebny, o tyle nie ma on nic wspólnego z siłowaniem się z tym, co nam się przydarza. Bo bądźmy szczerzy – rzadko reagujemy akceptująco na zakłócenia, tudzież komplikacje, które nas spotykają. Zwykle w takich sytuacjach zamykamy się w kręgu swojego „problemu” i nie widzimy tego, co jest na zewnątrz. Super, że nie tracimy celu z oczu. Super, że chcemy wytrwać, że jesteśmy ambitni. Szkoda tylko, że działamy wtedy jak zaczarowani, wiedzeni za nos przez najpotężniejszego czarodzieja – nasz własny umysł.

Znacznie bardziej służy nam postawa „doświadczająca”, jednak jako dorośli ludzie niezmiernie często zmuszeni jesteśmy się jej po prostu od nowa uczyć. Dlaczego od nowa? Gdyż w moim odczuciu tracimy zdolność doświadczania w toku dorastania. Tracimy kontakt ze swoją dzieciecą stroną natury, tracimy kontakt ze swoim wewnętrznym przewodnikiem, wszak wykonywać nam trzeba polecenia „dorosłych”, tudzież dostosować się do stworzonych przez nich zasad. I nie ma nic złego ani w wychowaniu ani w dorastaniu ani w zasadach, jeśli nie zmieniają one naszej istoty, jeśli nie zakłócają naszych zdolności doświadczania, czyli życia w pełni – życia z otwartymi oczami, z otwartą głową, ze słuchającymi uszami i sercem pełnym wiary i nadzieji.

Czasami szukamy daleko, a rozwiązanie jest tuż pod naszym nosem. Czasami satysfakcję i spełnienie lokujemy w odległej przyszłości, a nie doceniamy tego, co mamy dziś. Czasami tworzymy wizje wielkich przedsięwzięć, a nie dostrzegamy potencjału drzemiącego w małych, prostych inicjatywach. Spoglądamy z podziwem na sylwetki znanych i docenianych ludzi, ale nie potrafimy zobaczyć całej gamy wspaniałych cech w nas samych…

A życie mija. I tylko od nas zależy czy pozwolimy mu przepływać przez nas z całą swoją mocą, potencjałem i możliwościami czy zamkniemy się w kręgu swoich na temat życia wyobrażeń i nieustannie będziemy próbowali dostosować bieg zdarzeń do naszych wizji…

Strefa (dys)komfortu.

strefa dyskomfortu

Kiedy kilka tygodni temu zostałam mamą po raz drugi mój, a właściwie to nasz, cały świat wywrócił się kolejny raz do góry nogami. I wcale ten przewrót nie był „mniejszy” od tego pierwszego, wszak przeżywa go także Iskierka. Stanęliśmy w obliczu wyzwania, wobec którego potrzeba nam było porzucić stary porządek…

Malutka zgotowała nam niełatwy czas jeszcze zanim się pojawiła, bowiem przyszło nam na nią czekać dłużej, niż przewidywał termin. Szczerze – oczekiwanie było prawdziwym testem cierpliwości. Wszyscy odczuwaliśmy napięcie i stres związany z tą sytuacją. A kiedy trochę się rozluźniliśmy za sprawą powiedzenia tego, co było niewypowiedziane nadszedł czas rozwiązania…

Pojawienie się nowego członka rodziny spowodowało zamieszanie. W gruzach legły nasze rytuały i schematy, a nawet wzorce postępowania z Iskierką, które sprawdzały się dotychczas. Przyszło nam budować nasz świat codzienny od nowa. Mówią, że z drugim dzieckiem jest łatwiej. Ja bym tego tak nie określiła, raczej powiedziałabym, że z drugim dzieckiem jest spokojniej… Przede wszystkim dlatego, że jesteśmy świadomi, iż ten niezmiernie trudny czas po prostu mija… Nie warto się siłować, nie warto dążyć do ratowania schematów, które się burzą, bo one po prostu się nie sprawdzą w nowych okolicznościach. Nie warto forsować swoich sił, warto za to inwestować energię w to, co tu i teraz.

Łatwiej w moim odczuciu nie jest, bo drugie dziecko potrzebuje nas tak samo jak pierwsze. Ma równie dużo potrzeb i wymaga równie dużo zaangażowania i uwagi, co pierwsze, a dodatkowo starsza latorośl nie może zostać ani odsunięta ani zaniedbana.

Przyszło nam zatem porzucić naszą bezpieczną, starą skorupkę i wyruszyć tam, gdzie nas jeszcze nie było. Jak to zwykle bywa przez moment poczuliśmy się zagubieni, przestraszeni, a nawet bezsilni, ale czas… Mija czas i z każdym dniem budujemy kolejne elementy życia od nowa. Z każdym dniem uczymy się swoich nowych ról. Uczymy się nowych uczuć. Doświadczamy. Doświadczamy siebie samych, siebie nawzajem i życia w nowych okolicznościach… Jest trochę niekomfortowo, tak trochę nieswojo, ale wiesz co… idziemy naprzód.

Wkraczanie w nowe sytuacje, pokonywanie własnych ograniczeń i czerpanie z nowych doświadczeń nie pozostaje nigdy bez znaczenia. Każde nowe zdarzenie czegoś nas uczy. Porzucenie strefy komfortu zawsze wiąże się z transformacją, z pójściem naprzód – niezależnie od tego, czy osiągamy sukces czy porażkę.

Tym razem jednak jeszcze jedną rzecz zrobiłam inaczej. Kiedy już znalazłam się w strefie dyskomfortu pozwoliłam sobie odczuwać także te trudne stany… Że jest mi źle, że się boję, że nie wiem, że czuję się sfrustrowana, że mogłoby być trochę łatwiej, że jestem niewyspana, że mam ochotę wyć do księżyca… To sprawiło, że wszystkie trudne emocje, które się pojawiały mogły wybrzmieć i odejść… Tak po prostu. W zamian za to znalazło się w mojej nowej sytuacji znacznie więcej radości, spokoju i naturalnego biegu rzeczy. Biegu, którego nic już nie zakłóca. Bo tak już jest, że przez strefę dyskomfortu trzeba przejść, by iść dalej.

P.S. Rodzicielstwo to przepiękne doświadczenie, pomimo wysokiego poziomu trudności 😉

Najdłuższa droga…

przebyłam bardzo długą drogę

Przebyłam bardzo długą drogę od „muszę” do „chcę”. Od „muszę” do „mogę”. Od „muszę” do „sama decyduję”. Przebyłam bardzo długą drogę od „wszystko albo nic” do „warto spróbować”. Przebyłam bardzo długą drogę od „zewnątrz do wewnątrz”. I choć wędrówka ta wcale nie była łatwa, to chcę Ci powiedzieć, że warto było…

Na początku mojej macierzyńskiej przygody miałam takie poczucie, że muszę być z dzieckiem. Potem miałam poczucie, że muszę wrócić do pracy, bo czegoś mi w życiu brakuje. A później to już wszystko musiałam: zajmować się dzieckiem, domem no i pracować. Radości z tego nie miałam zbyt wiele.

Dopiero kiedy sobie wiele kwestii poukładałam, dotarło do mnie, że muszenie to zmęczenie. Albo coś robię i chcę to robić, a co za tym idzie nie marudzę, że jest tak czy siak albo tego nie robię. I nie ma w tym temacie taryfy ulgowej.

Rzeczywiście nie zawsze jest tak, że możesz rzucić wszystko i sięgnąć po nowe, fajniejsze życie. W zasadzie to rzadko kiedy tak jest – bądźmy szczerzy. Ale znacznie częściej mamy możliwość zdecydowania o tym, jakimi myślami się karmimy i jaką historię sobie i o sobie opowiadamy. Możesz powiedzieć „Jak to!?” A ja Ci podam przykład.

Moja druga ciąża do najłatwiejszych przeżyć nie należy. 4,5 miesiąca okrutnych mdłości i wymiotów dało mi się we znaki. Gdy mdłości ustąpiły pojawiły się bóle głowy, a wraz z upływem czasu cały garnizon wszelkich możliwych dolegliwości. Szczerze – czasami miałam ochotę po prostu położyć się do łóżka i spędzić tak dzień. Poużalać się nad sobą, opowiedzieć światu jak to jest mi źle i że w ogóle nie rozumiem, dlaczego tak jest. Zamiast tego wolałam inną wersję tej opowieści. Każdego dnia pomimo złego samopoczucia wyznaczałam sobie małe cele, które mobilizowały nawet nie tyle moje ciało, co mój umysł do przeżycia (a nie przetrwania!) nadchodzących godzin w wartościowy sposób. Dzięki temu moja Iskierka nie poczuła się ani przez moment odrzucona czy zaniedbana. Dzięki temu wciąż znajdowałam siły, by pisać tutaj. Dzięki temu z mężem zamknęliśmy kolejny owocny sezon w pasiece. Dzięki temu dziś nie mam poczucia, że przez minionych dziewięć miesięcy było mi ciężko i coś straciłam, że musiałam się poświęcić albo przeszłam jakąś mękę, choć szczerze mówiąc piszę to dość mocno znękana ciążowymi dolegliwościami 😉 Ale każdego dnia powtarzałam sobie „Justyna, dasz radę!” 🙂

Przez minionych kilka lat nauczyłam się jeszcze jednej bardzo ważnej rzeczy. Założenie „wszystko albo nic” bardzo często odwodzi nas od najciekawszych doświadczeń. Kiedy u Twoich stóp życie składa jakąś propozycję, możliwość czy szansę bardzo często widzimy siebie realizujących plan czy marzenie w bieli albo czerni. Albo wszystko albo nic. „Albo zrobię to dobrze albo wcale.” „To musi się udać, bo inaczej wszystko pójdzie na marne.” „ Jeśli te działania mają mieć sens, to muszę zająć się tylko tym.” Tymczasem nie zawsze jest tak, że istnieją tylko dwa warianty nadchodzących zdarzeń. Zwykle jest tak, że pomiędzy „wszystko” i „nic” jest sporo różnych możliwości, które bardzo łatwo przegapić, jeśli oczy przysłonią nam przysłowiowe klapki 😉

Każdego dnia decyduję w jaki sposób chcę i będę myśleć oraz mówić o sobie, o moim życiu. Każdego dnia ta decyzja należy wyłącznie do mnie. Mogę sobie ponarzekać, a jakże. Mogę postrzępić język na marudzeniu. Mogę także zasilić myślami i słowami to, co pozytywne. To, co mi służy. To, co dobre.  Mogę podjąć działania, których chcę spróbować, nie znając ich efektu, bo w końcu każde doświadczenie jest dobre i ważne. Mogę i robię to, bo chcę. Przebyłam bardzo długą drogę od „muszę” do „chcę” i „mogę”.