Powrót do portu.

port 2

Kiedy ponad rok temu opuszczałam port i wypływałam na bezbrzeżne wody blogowania nie miałam pojęcia, co może się w związku z tym wydarzyć. Czułam, że tego chcę i potrzebuję. Jednak podczas mojego rejsu pojawił się na pokładzie kolejny mały pasażer. Absorbując znacznie więcej niż tylko mój czas i uwagę, mała Gaga sprawiła, iż zdecydowałam się zawinąć na chwilę do portu.

Okazało się, że potrzeba mi kolejnego powrotu do siebie, do mojego wewnętrznego portu. Potrzeba mi było czasu, by nie tylko zaznajomić się z sytuacją, ale także sprostać nowym, wymagającym ogromnego zaangażowania wyzwaniom.

Wszystko to spowodowało zaniechanie w pisaniu bloga, bo ręce mam tylko dwie, a pracy jest mnóstwo. Mimo wszystko kryzys ten nie był na tyle silny, bym mogła zarzucić pomysł dzielenia się częścią siebie ze światem. Czułam, że mogłabym stracić zbyt wiele. Trwająca intensywna transformacja macierzyńska przywiodła mnie jednak do punktu, w którym potrzeba mi było weryfikacji dotychczasowego kierunku prowadzenia bloga. Bezwzględnie projekt ten jest czymś, z czego zrezygnować nie chcę, ale zdecydowałam się z biegiem czasu na poszerzenie jego tematyki – zwłaszcza w zakresie moich obecnych doświadczeń, które mają przeogromny wpływ na wiele obszarów mojego życia i które czynią mnie bardziej dojrzałą, lepszą wersją siebie – dzień po dniu. Pojawiły się także nowe pomysły na to, co dalej – zarówno w materii blogowania jak i poza nią.

Powrót do portu pozwolił mi stworzyć plan podróży do kolejnego celu. Okazał się bardzo potrzebnym doświadczeniem, choć jak wielu z nas nie lubię „tracić” czasu na postój. Jednak są chwile, gdy zatrzymanie się jest najlepszym, co możemy sobie ofiarować. Nie tylko dlatego, że wówczas czerpiemy w pełni z tego, co tu i teraz, ale także dlatego, że możemy zebrać więcej sił, by prężnie wyruszyć w dalszą drogę – jak zawsze w zgodzie ze sobą.

Nie tylko od święta.

nie tylko od święta

Tak się przyjęło, że Święta Bożego Narodzenia kojarzą nam się z czasem pojednania, miłości, radości, spokoju… Zewsząd słychać pozytywny przekaz. Niemal wszyscy uwielbiamy świąteczne piosenki i kolędy, w których tyle jest radości. Zastanawiam się tylko w czym tkwi sekret tej niezwykłej, na wskroś magicznej świątecznej atmosfery…?

Kto stworzył ducha świąt? Kto tchnął w tych kilka krótkich dni tyle pozytywnych skojarzeń? Jedno, że w tradycji chrześcijańskiej Święta Bożego Narodzenia przywołują same z siebie radość. Wszak narodziny są dla nas synonimem cudu i szczęścia. Jednak o tej tradycji coraz mniej pamiętamy. Częściej liczymy na chwile wytchnienia w gronie najbliższych osób… Świąteczna atmosfera jest w gruncie rzeczy efektem naszych zbiorowych działań, by spędzić tych kilka dni w wyjątkowy sposób. Gotujemy ulubione dania, ubieramy się odświętnie, odwiedzamy, pamiętamy o tych, którzy są na co dzień sami. I choć wszystko to często w pośpiechu, a nawet trochę na wariackich papierach, to jednak Święta mają tę moc. Zbliżają. Pomagają nam w przepraszaniu i wybaczaniu. Skłaniają ku refleksji.

A moja refleksja jest taka, że fajnie jest tak żyć na co dzień. Nie tylko od święta. Pewnie, że jesteśmy zapracowani, zajęcia domowe mnożą się nieustannie, chyba nikt z nas nie narzeka na nadmiar wolnego czasu, ale jednak na Święta potrafimy się zatrzymać, potrafimy się podzielić, potrafimy się uśmiechać więcej. Wiesz dlaczego? Bo wszystko to dzieje się najpierw w nas. I tak sobie czasami myślę ileż więcej szczęścia w naszym życiu byłoby, gdybyśmy bliskim powiedzieli kilka miłych słów nie tylko w Święta, gdybyśmy słuchali tego, co mają do powiedzenia inni nie tylko przy świątecznym stole, gdybyśmy potrafili podzielić się tym, co mamy, niezależnie od okoliczności.

Nie mówię, że przez 362 dni w roku jesteśmy ludźmi bez serca, ale wielu z nas zapewne czuje, że od święta to tak jakoś łatwiej dać z siebie więcej. Tak po prostu jest. I to dobrze. Bo czasami jest nam potrzebna dodatkowa mobilizacja. Jednak warto też pamiętać o samotnych bliskich bez względu na kalendarz. Warto mówić „jesteś dla mnie ważna/ważny” nie tylko raz w roku. Warto patrzeć sobie w oczy nie tylko, gdy dzielimy się opłatkiem. Warto zadzwonić i przeprosić zanim nadejdą kolejne święta. Warto. Wiesz dlaczego? Bo wtedy zmieniasz na lepsze nie tylko życie drugiego człowieka, ale przede wszystkim swoje, a przecież życie mamy tylko jedno…

O podążaniu, siłowaniu się i doświadczaniu.

podążanie

Jest taka bajka dla dzieci o rodzeństwie dwóch króliczków. Starszy króliczek – dziewczynka opiekuje się swoim młodszym, a właściwie to jeszcze dość małym bratem. Poza ich przygodami w bajce tej jak na dłoni malują się dwa typy postaw wobec życia.

Bardzo ambitna Ruby każdego dnia stawia przed sobą nowe cele. A to zdobywa kolejną harcerską odznakę, a to wybiera się na lekcję gry na pianinie, a to planuje ekscytującą zabawę ze swą najlepszą przyjaciółką. Wszystkie jej dążenia są realizowane według planu, nawet jeżeli pojawiają się przesłanki, by zmienić sposób myślenia albo perspektywę. Niezależnie od okoliczności Ruby uparcie realizuje swoją wizję, co mogłoby być zaletą, gdyby nie fakt, że dziewczynka nieźle się przy tym natrudzi. Gdyby potrafiła dostrzec to, co wydarza się wokół żyłoby się jej znacznie łatwiej. Ruby jednak przystępując do działania zakłada jednocześnie przysłowiowe „klapki” na oczy i niczym mantrę powtarza kolejne działania tak długo, aż zbliża się do celu, choćby o kroczek. Ostatecznie jej przedsięwzięcia kończą się sukcesem, ale wiodąca do ich realizacji jest naprawdę męcząca. Ruby się siłuje.

Jej młodszy brat Maks ma za to na życie zupełnie inny sposób. Właściwie to nie ma żadnego sposobu, bowiem Maks po prostu jest i czerpie z tego, co się wydarza. Niezależnie od okoliczności znajduje dla siebie sprzyjające warunki i bez napięcia działa w obranym przez siebie celu, który też osiąga prędzej czy później. Przychodzi mu to jednak zupełnie naturalnie i bez wysiłku. Jest w tym lekkość. Jest w tym potencjał. Maks spokojnie dryfuje.

I tak jak sobie pomyślę to te dwie postawy bardzo często widać w naszych ludzkich działaniach. Niestety większość z nas przez większą część życia przejawia postawę nazwijmy ją „racjonalną”. Tylko że o ile zdrowy rozsądek jest nam do życia potrzebny, o tyle nie ma on nic wspólnego z siłowaniem się z tym, co nam się przydarza. Bo bądźmy szczerzy – rzadko reagujemy akceptująco na zakłócenia, tudzież komplikacje, które nas spotykają. Zwykle w takich sytuacjach zamykamy się w kręgu swojego „problemu” i nie widzimy tego, co jest na zewnątrz. Super, że nie tracimy celu z oczu. Super, że chcemy wytrwać, że jesteśmy ambitni. Szkoda tylko, że działamy wtedy jak zaczarowani, wiedzeni za nos przez najpotężniejszego czarodzieja – nasz własny umysł.

Znacznie bardziej służy nam postawa „doświadczająca”, jednak jako dorośli ludzie niezmiernie często zmuszeni jesteśmy się jej po prostu od nowa uczyć. Dlaczego od nowa? Gdyż w moim odczuciu tracimy zdolność doświadczania w toku dorastania. Tracimy kontakt ze swoją dzieciecą stroną natury, tracimy kontakt ze swoim wewnętrznym przewodnikiem, wszak wykonywać nam trzeba polecenia „dorosłych”, tudzież dostosować się do stworzonych przez nich zasad. I nie ma nic złego ani w wychowaniu ani w dorastaniu ani w zasadach, jeśli nie zmieniają one naszej istoty, jeśli nie zakłócają naszych zdolności doświadczania, czyli życia w pełni – życia z otwartymi oczami, z otwartą głową, ze słuchającymi uszami i sercem pełnym wiary i nadzieji.

Czasami szukamy daleko, a rozwiązanie jest tuż pod naszym nosem. Czasami satysfakcję i spełnienie lokujemy w odległej przyszłości, a nie doceniamy tego, co mamy dziś. Czasami tworzymy wizje wielkich przedsięwzięć, a nie dostrzegamy potencjału drzemiącego w małych, prostych inicjatywach. Spoglądamy z podziwem na sylwetki znanych i docenianych ludzi, ale nie potrafimy zobaczyć całej gamy wspaniałych cech w nas samych…

A życie mija. I tylko od nas zależy czy pozwolimy mu przepływać przez nas z całą swoją mocą, potencjałem i możliwościami czy zamkniemy się w kręgu swoich na temat życia wyobrażeń i nieustannie będziemy próbowali dostosować bieg zdarzeń do naszych wizji…