O tym, co mnie uskrzydla.

Kiedyś myślałam, że tylko nieliczni mają jakieś specjalne zdolności, tudzież więcej sił, by realizować swoje plany, by żyć na swój własny sposób, by osiągać sukcesy i stale iść naprzód. Widziałam grupę ludzi stawianych na piedestale i zastanawiałam się co oni robią inaczej niż ja? Skąd czerpią energię?

uskrzydla mnie

Pamiętasz moją rozmowę z Joanną Sieradzan? Na ten wywiad zdecydowałam się, bo Asia jest dla mnie doskonałym przykładem, że nasz zapał do pełnego życia nie zależy od tego, czy jesteśmy wyjątkowi czy nie, on zależy od nas!

Dziś rozumiem już, że podążanie własną drogą i realizowanie swoich marzeń to nie jest szlak tylko dla „wybranych”. To jest szlak, którym także ja mogę podążać, ale… to nie jest łatwy szlak. Ta ścieżka wiąże się z postanowieniem ciężkiej pracy, wytrwałości, wierności sobie, konsekwencji. To nie jest ścieżka pozbawiona przeszkód, trudności czy chwil zwątpienia. Może boleć.

Jest jednak kilka wartości w moim życiu, które niezmiennie dają mi siłę do poszukiwań i podążania za głosem serca.

Najważniejszą z nich jest miłość. Miłość do siebie (proszę nie mylić z narcyzmem). Miłość do najbliższych. Miłość do życia.

Zaufanie przede wszystkim do siebie, które buduje także moje zdrowe zaufanie do innych ludzi wokół. Zaufanie do życia.

Wiara – wiara w siebie i wiara, że jest poza nami Ktoś jeszcze.

Szacunek – wartość wymierająca. Choć tyle się o tym mówi zaobserwować można, że coraz mniej mamy szacunku do samych siebie i do innych ludzi. Skąd taki wniosek? W moim odczuciu dużo widać po dzieciach, które wychowujemy. Często słyszę zarzuty rodziców, którzy w konfliktowych sytuacjach (np. w sklepie) wykrzykują „Ty mnie w ogóle nie szanujesz!”. A czy my siebie szanujemy, nasze zdrowie np. korzystając z używek, nasze życie – spędzając niemal cały dzień w pracy, naszych partnerów – skoro coraz częściej zmieniamy ich po kilku latach? I tak można wymieniać dalej. Dla mnie szacunek do siebie to bycie ze sobą w prawdzie, respektowanie własnych potrzeb, wyznaczanie własnych granic. I wcale nie myślę, że to łatwe.

Wierność sobie – swoim zasadom, wartościom, sobie samej.

Realizacja pasji – bez tego więdnę… naprawdę. Uwielbiam działać, być aktywną w życiu.

Jest jeszcze optymizm, wytrwałość, dbałość o relacje, asertywność, rozwój. Wszystkie te wartości pozwalają mi tworzyć życie, z jakiego jestem zadowolona. Nawet jeżeli bywa trudne.

Wszystkiego dobrego Ci życzę,

Justyna

Sposób na realizację marzeń – my best recipie.

Przede wszystkim potrzeba dużo, dużo ODWAGI. Nawet nie takiej żeby wyjść ze swoim talentem do ludzi – ta też się przydaje, ale później. Najpierw potrzeba odwagi, by powiedzieć sobie samemu, że czegoś bardzo pragnę, że chcę o to zawalczyć, chcę tego w swoim życiu.

sposób na marzenia

Po takich stwierdzeniach następuje wewnętrzny bunt moich gremlinów, które wskazują mi wszystkie moje niedoskonałości i braki. Budzą się wątpliwości i obawy, a nawet pojawiają się myśli, że to bez sensu, to nie dla mnie i tym podobne. Jest na to tylko jeden sposób – nie tracić celu z oczu i podjąć DZIAŁANIE. Trzeba jednak być sprytniejszym od gremlinów. Bowiem wizja wielkich dzieł przeraża nasz umysł. Kluczem do sukcesu jest podejmowanie małych, ale konsekwentnych działań.

Czyli, jak już mam pomysł rozpisuję plan działania, starając się podzielić całość albo przynajmniej pierwszy etap na małe działania, które przybliżać mnie będą do realizacji celu. Napisanie strony tekstu codziennie nie powodowało mojego lęku, a z czasem zaczęłam budować bloga, a potem pisać systematycznie wpisy. Gdyby nie moje pierwotne postanowienie pisania czegokolwiek, prawdopodobnie nic by nie powstało.

Kolejnym elementem tych puzzli jest KONSEKWENCJA. Po prostu trzeba robić swoje i robić to stale. Gdyby nie konsekwencja, objawiająca się także może jako upór, dyscyplina, nie bylibyśmy na tym etapie rozwoju cywilizacyjnego. Niejednokrotnie czytałam biografie znanych ludzi, którzy zmieniali bieg historii. Wytrwałość i konsekwencja, pomimo przeszkód, są wspólną cechą wszystkich tych osób. Oni się po prostu nie poddawali.

Oni próbowali! Kolejny składnik niezbędny do realizacji marzenia – PRÓBOWANIE. Chodzi zarówno o próbowanie nowych sposobów jak o próbowanie swoich sił w innych okolicznościach – niezależnie od tego czy próba się powiedzie czy nie. Jeśli nie, wyciągam wnioski i biorę się dalej do pracy.

POZYTYWNE NASTAWIENIE, bez tego ani rusz. Nie mówię o wkładaniu różowych okularów i lukrowaniu swoich niepowodzeń. Dla mnie to wiara, że cokolwiek się wydarzy mam w sobie dość siły i potencjału, by sobie poradzić.

Odwaga, działanie, konsekwencja, próbowanie i pozytywne nastawienie to pięć składników mojej idealnej receptury na realizację marzeń. Plany nie spełniają się same. To prawda, że życie nam pomaga i jeśli czegoś pragniemy to zaistnieją sprzyjające okoliczności, ale inicjatywa wychodzi od nas. Jeśli nie podejmiemy odważnych, konsekwentnych działań z wiarą w sercu, możemy sobie co najwyżej dużo wyobrażać.

„Uczymy się coś robić, robiąc to. Nie ma innego sposobu.” – John Holt

Realizacji marzeń Ci życzę,

Justyna

Slow-life-story – czyli moje subiektywne zestawienie faktów na temat życia na wsi.

Na wsi mieszkamy ponad rok. Wcześniej – zanim wyjechałam na studia mieszkałam na tej samej wsi 19 lat. Znam temat dobrze, choć okoliczności w jakich jestem tutaj dziś są zgoła inne niż te z dziecięcych lat.
IMG_20170523_142559
Wiosna

Po pierwsze przywiodła mnie tu ponownie pszczelarska pasja mojego męża, po drugie zmęczyłam się Stolicą. Chciałam spróbować innego życia, z dala od tłoku i korków. Choć nie przyszło mi łatwo zrezygnowanie z zawodowej aktywności, którą kontynuowałam uparcie z dzieckiem pod pachą. I tęsknię czasami za możliwościami, jakie dają duże miasta, to taka odmiana wpłynęła bardzo pozytywnie na moje życie. Choć na początku przeklinałam swoją decyzję…

Pewnego letniego dnia słyszłam w radiu wywiad z jakimś artystą zachwalającym życie na wsi. Widać kreuje się w kraju jakiś nowy trend, bo jak tak dalej pójdzie, to wsie znikną z powierzchni Polski. I nie mówię tu o takich wsiach „podmiejskich”, które się rozbudowują. Mówię tu o takich prawdziwych polskich wioskach, które… nie owijając w bawełnę… wymierają. Dosłownie.

Liczba pogrzebów tutaj kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy przewyższa  liczbę chrztów. Średnio 1-2 razy w tygdniu odbywa się pogrzeb. Ślub w ubiegłym roku odbył się raz, a chrztów jeśli się nie mylę było 6-7. To tak statystycznie.

Patrząc na aspekty nieco bardziej optymistyczne – jest miło. Jest cisza i spokój. A przyroda pozwala odczuwać człowiekowi, że nie jest sam we wszechświecie.

IMG_20170719_153824
Lato

Znacznie bardziej odczuwa się pory roku, ale też bardziej dotkliwie odczuwa się efekty pogodowych wybryków np. w postaci braku prądu lub śnieżycy.

Ludzie interesują się tym, co u sąsiadów, chyba że są akurat pokłóceni – to wtedy na wieki wieków.

Łatwiej zebrać myśli i zachować wewnętrzną równowagę, bo bycie w odosobnieniu nie jest tutaj towarem deficytowym.

Nie ma tu autobusów miejskich, ani nawet podmiejskich, więc trzeba podróżować swoim pojazdem, co w gruncie rzeczy jest miłe, bo nie trzeba oglądać obcych twarzy od rana. Lubię ludzi, ale codzienne dojeżdżanie komunikacją bywało męczące.

IMG_20171016_082042.jpg
Jesień

Co roku na wiosnę i jesień można stracić koła od swojego pojazdu w jakiejś dziurze, które od kiedy pamiętam tworzą się w tych samych miejscach – na szczęście bywają łatane.

W urzędzie wszyscy kojarzą kto jest skąd, załatwianie spraw idzie jak po maśle. Nie ma kolejek. To jest super! Kolejki są tylko do lekarzy, ale ma to związek z punktem pierwszym tejże listy.

Można być bez prądu nawet cały dzień – albo przez kilka miesięcy co piątek – jak to miało miejsce dwa lata temu, kiedy wymieniano słupy w całej okolicy.

Jak zasypie śniegiem i przymrozi to jeździ się jak po lodowisku całą zimę. Nie ma mocnych. Liczba pługów śnieżnych i ludzi do obsługi tego pługu mocno ograniczona, a gminnych dróg wiele. Pamiętam moją pierwszą wyprawę taką drogą – pięć razy znalazłam się w zaspie na odcinku ośmiu kilometrów. Szkoła wpadania w poślizgi za darmo!

DSC06954
Zima

Nigdzie nie jest blisko – wszędzie trzeba dojechać, ale za to nie ma korków i nie śmierdzi spalinami. A w upalne dni można się schronić w cieniu budynków, altanki lub pod drzewem. W maju rechoczą żaby tak głośno, że co bardziej wrażliwi mogą mieć problemy ze snem, a w sierpniu dookoła słychać szum kombajnów. Zimą słychać świszczący wiatr, a jesienią miło popatrzeć na kolorowy las, tudzież zaplątać się w babie lato. Wiosną nie tylko przyroda budzi się do życia. Ludzie wypełzają ze swoich domów, by zająć się sprzątaniem ogrodu i podwórka. W polu huczą traktory. Naprawdę można odczuć poruszenie.

Podoba Ci się taki obrazek? Są plusy i minusy mieszkania na wsi – dokładnie tak samo jak w przypadku miasta. A to, czy jest więcej plusów czy minusów jest już sprawą indywidualną i zależy od okoliczności życia, także.

Byle do wiosny! 😉

Justyna

Miejsce do rozwoju.

Mówi się, że duże miasta dają większe możliwości rozwoju, ale czy rzeczywiście jest tak, że nasz rozwój zależy od miejsca, w którym żyjemy?

miejsce a rozwój

Do Warszawy poszłam na studia. Głównym powodem tej decyzji był mój ówczesny związek z chłopakiem, który dostał się na studia na SGGW. Związek nie przetrwał, ale Warszawa została ze mną jeszcze na kilka kolejnych lat. Lubiłam to miasto tętniące życiem. Stolica jest dla mnie jakby odrębną częścią Polski, być może przez swoje tempo rozwoju i rozbudowy. Tam się po prostu dzieje…

Na początku czułam się tam zagubiona. Nawet nie tyle przez to, że przytłoczyła mnie wielkość miasta, ale dlatego, że nie wiedziałam gdzie tam jest miejsce dla mnie.  Po kilku latach mieszkania w Warszawie, studiowania, poznawania różnych ludzi i pracy w różnych miejscach odkryłam swoje powołanie i odnalazłam się na warszawskim rynku pracy. Czy było to łatwe? Nie, przynajmniej nie dla mnie. Zajęło mi to sporo czasu i wymagało równie dużo determinacji. Wśród nieskończonej ilości możliwości jakie oferuje Stolica trzeba mieć na uwadze, że nie byłam jedynym talentem jaki przeprowadził się do Warszawy. Do takich miejsc zdolni ludzie ciągną jak pszczoły do ula. Konkurencja była zatem duża.

Tempo życia nie pozwalało na wiele chwil wytchnienia. Oprócz pracy było tyle możliwości spędzania wolnego czasu, że trudno było mi skupić się na poszukiwaniach pasji czy innych dróg. Minusem życia w takim tempie jest łatwość wpadania w pewne schematy. Tego też nie uniknęłam. Wtopiłam się w tłum.

Od przeszło roku mieszkamy na wsi. Ale nie w takiej podmiejskiej wsi. Tylko w takiej polskiej, małej wiosce. Myślę, że nie bez powodu się tu znalazłam, bo właśnie dlatego, że nie ma tu możliwości tworzonych przez innych ludzi zaczęłam sama dla siebie tworzyć możliwości rozwoju i szukać sposobów, które mi to umożliwią. Wymagało to odwagi, bo zawsze łatwiej jest pójść przetartym szlakiem niż zaczynać od początku, ale to właśnie mieszkając na wsi wzięłam większą odpowiedzialność za swój rozwój, niż kiedykolwiek wcześniej. Otworzyłam się bardziej na to, co we mnie, bo okoliczności zewnętrzne niewiele mogą mi zaoferować. I wiesz co… w ogóle tego nie żaluję. Stałam się bardziej twórcza, bardziej łaknąca poszukiwań – we wszystkich życiowych sferach. A może po prostu dojrzałam?

Nieustannie zadziwia mnie życie. Zadziwia mnie to jak bardzo potrzebuję różnych doświadczeń, których sama bym sobie nie zaoferowała. A tu dostaję i jest. Trzeba sobie radzić. Zaczynam to lubić 🙂

Ciekawych możliwości Ci życzę,

Justyna

Nie skupiaj myśli na tym, czego nie chcesz – o wychodzeniu z problemów.

Przez kilkanaście niedawno minionych miesięcy działo się w moim życiu coś bardzo dla mnie niezrozumiałego.

o wychodzeniu z problemów

Na co dzień jestem optymistką, uwielbiam życie i całą jego różnorodność, toteż nie mogłam pojąć cóż takiego wydarzyło się, że nie mogę się odbić i iść do przodu. Czułam, że grzęznę i nie znałam powodu.

Jeszcze bardziej niezrozumiałe było dla mnie to, że wszystkie te „niechciane” zdarzenia paradoksalnie pojawiały się w wyniku moich świadomych decyzji. Czułam, że wpadam z deszczu pod rynnę. Straciłam kontrolę, grunt pod nogami.

Pogrążona w chaosie i przytłoczona codziennością w pewnym momencie zaczęłam przypominać sobie to, czego już niejednokrotnie się uczyłam. Kiedy miara goryczy się przelała, wiedziałam, że muszę coś zrobić, bo samo mi się życie nie zmieni. Na początku pozwalałam rozwijać się nowym, pozytywnym myślom. Potem zaczęłam szukać siebie na nowo w całej tej sytuacji. Później zaczęłam ćwiczyć odpuszczanie. Odpuszczałam sobie bycie perfekcyjną, odpuszczałam sobie branie całkowitej odpowiedzialności za wszystkich i wszystko dookoła. Odpuszczałam sobie wpędzanie się w poczucie winy. Kiedy już nieźle mi szło zaczęłam zapisywać nowe pomysły, zbierać myśli. Porzuciłam moją męczeńską skorupę, na moment zostałam naga. Postanowiłam zbudować nową, solidną skorupkę, która stanie się moim małym, przytulnym domkiem, a nie ciężarem. Moje myśli zaczęły oscylować wokół tego, czego chcę. Przestałam skupiać się na problemach. Przestałam projektować negatywne scenariusze. Przestałam martwić się wszystkim. To nie było tak, że moje wszystkie problemy zniknęły, ale kiedy ja wracałam na właściwą ścieżkę, gdzie znów zaczęłam rozmawiać ze sobą, one zaczęły jakby topnieć. Stopniowo, powoli sytuacja zmieniała się. Fundamentem tych zmian była jednak zmiana mojego myślenia i nastawienia.

Bardzo często w trudnych sytuacjach życiowych mimo woli koncentrujemy się na problemach, a wtedy pojawia się ich jeszcze więcej. Bywa też tak, że dobrze wiemy, czego chcemy, ale nasze myśli krążą niesutannie wokół niepożądanych sytuacji, a to nie pomaga. Koncentracja myśli na tym, czego pragniemy, może zmienić nasze życie. Nie ja pierwsza o tym piszę, ale chcę się tym z Tobą podzielić, bo przekonałam się na własnej skórze, że to działa!

Możesz powiedzieć teraz, że łatwo mi mówić. Wcale nie łatwo, bo wiem też ile dyscypliny i siły wymaga wybudowanie nowej skorupki. Ile obaw wiąże się z porzuceniem starej. Jak wiele niebezpieczeństw chyha, kiedy na moment zostajesz bez niczego. Ale wiem, że warto! Problemy nie rozwiązują się same. Tym, co pomaga w wychodzeniu z trudności jest słońce w sercu i błękitne niebo w głowie. Samo się nie zrobi. Zmiana wymaga naszego udziału. Najlepszym początkiem jest zaufanie sobie, że mamy dość sił, by szukać rozwiązania i dość potencjału, by żyć w sposób jakiego pragniemy.

Wszystkiego pozytywnego,

Justyna

Siła jest w nas! O realizacji marzeń, macierzyństwie, kryzysach i sukcesach – rozmowa z Joanną Sieradzan.

Joanna Sieradzan – kobieta wielu talentów. Od dwóch lat mama. Designer, tancerka, przedsiębiorca. Właścicielka ekskluzywnej marki mebli Svarog. The exquisite furniture oraz SiaSie Design. Rozmawiamy o pasji, spełnianiu marzeń, przeciwnościach losu, kryzysach, macierzyństwie i celach na nowy rok.
wywiad z Asią Sieradzan
Joanna Sieradzan

Ja: Asiu, reprezentujesz swoją osobą wiele talentów artystycznych w różnych dziedzinach. Czy od zawsze wiedziałaś, co chcesz w życiu robić?

Joanna: Jak byłam mała chciałam być obraniaczką zwierząt. (śmiech) A tak na serio, od zawsze moje marzenia oscylowały wokół tematów artystycznych. Od dziecka chciałam zajmować się teatrem i tańcem. Marzyłam o tym i to marzenie spełniło się, ale na ten moment postanowiłam je osadzić głównie w strefie hobbystycznej. I myślę, to dobrze, że tak się stało. Jak byłam młodsza to myślałam sobie, że ludzie sztuki to są totalni krejzole, a szczególnie ci z Akademii Sztuk Pięknych. Potem trafiłam na Akademię  w Warszawie i to mnie płynnie pokierowało do projektowania mebli. Skończyłam wystawiennictwo, ale zakochałam się  właśnie w meblu.  Wystawiennictwo dało mi w życiu bardzo dużo doświadczenia. Ale tak naprawdę bardzo naturalnie przyszło do mnie projektowanie formy, nowych rzeczy.

Ja: A co z tańcem? Nadal tańczysz czy tylko przy okazji?

Joanna: Tańczę nadal i mam nadzieję, że będę tańczyć. W pewnym momencie mojego życia miałam ogromną potrzebę rozwijania tych dwóch pasji równolegle. Na studiach zaczęłam dużo tańczyć. W pierwszym teatrze próby mieliśmy pięć razy w tygodniu od 22 do 24:30 i te zajęcia były bardzo angażujące i bardzo mnie rozwijały. A do tego wiele godzin treningów tańca, jogi, które ćwiczyły sprawność, ciało. Po kilku latach pozwoliły mi wejść na bardziej profesjonalny puap. Doszłam więc do tego z zupełnie innej strony, bo nie kończąc szkoły, tylko przez poświęcenie czasu, godzin praktyki. Okazało się, że to dziecięce marzenie udało mi się zrealizować, bardzo się cieszę, że w taki sposób, na okrętkę. A potem zostałam mamą i wyklarowało się co jest moim rdzeniem zawodowym, a co pozostaje w sferze hobbystycznej, bardziej dla mnie. Ale taniec nadal jest i mam nadzieję będzie.

Ja: Rozumiem. Warto wspomnieć, że będąc w ciąży zrealizowałaś jeszcze spektakl taneczny.

Joanna: Tak, to było cudowne. To było w ogóle moje marzenie. Spektakl One(o) zrealizowałyśmy z Pauliną Święcańską. Paulina zaprosiła mnie do współpracy, po tym, jak spotkałyśmy się na zajęciach. Widziałam, że Paulina na mnie zerka, coś się kroi. To było dla mnie przepiękne doświadczenie, że mogłyśmy wtedy tańczyć z Sewerynem w brzuchu. Ponadto będąc w ciąży zrealizowałam z moim partnerem – Filipem – taneczny projekt filmowy. To były fantastyczne doświadczenia i mam nadzieję, że jeszcze mi życie i czas pozwoli tańczyć.

Ja: A po narodzinach Seweryna taniec wciąż jest obecny w Twoim życiu, czy to już tylko w formie zajęć dodatkowych?

Joanna: Jak się Seweryn urodził to na początku tańczyliśmy bardzo intensywnie. Zrealizowaliśmy prawie półroczny projekt. Seweryn także wystąpił w tym spektaklu. Miał jedną z głównych rół. Był to spektakl „Drzewo Życia”, do którego zaprosiła nas Paulina Święcańska. Fabuła spektaklu była podzielona na pory roku. Seweryn i ja występowaliśmy w części „Lato” i właśnie była to część poświęcona macierzyństwu, gdzie mieliśmy cały swój przebieg ruchowy. Bardzo piękne przeżycie. Występowaliśmy na scenie, ale też nagrywaliśmy plenerowy film na łące. Całe to przedsięwzięcie pokazało mi, że będąc mamą także dużo mogę, że życie nadal trwa, a pasję mogę realizować wspólnie z dzieckiem i zorganizować się tak, by móc podołać wszystkim zadaniom. To jest też mój cel, żeby znajdować dla siebie czas i wciąż tańczyć, bo także Seweryn z tego skorzystał.

Asia Drzewo Życia
„Drzewo Życia” fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Ja: Bo ruch i taniec są chyba naturalne dla dzieci?

Joanna: Tak, to jest bardzo naturalne, ale też fajne jest to, że wszędzie tam, gdzie jest mama i bezpieczeństwo dzieci także świetnie się odnajdują – nawet w niecodziennych okolicznościach.

Ja: Wracając teraz do Twojej drugiej pasji. Skąd wziął się pomysł na stworzenie marki Svarog? Meble te są niezwykle oryginalne i odważne.

Joanna: Svarog zrodził się bardzo naturalnie. W moim życiu rzeczy dzieją się płynnie, przechodząc z jednej do drugiej. Svarog – nazwa firmy – pochodzi od imienia jednego z bóstw słowiańskich, właśnie Swaroga, boga ognia. Mitologią zainteresowałam się jeszcze na studiach, gdzie zrealizowałam dyplom z mitologii słowiańskiej i bardzo mnie to pochłonęło. Te motywy słowiańskie są bardzo mocno zakorzenione w naszej kulturze, społeczeństwie, a nawet religii, ale tak naprawdę nie dostrzegamy tego. Przyzwyczailiśmy się, że są pewne wzorce, ale nie wiemy skąd one wynikają. Zaczęłam to drążyć, zaczęło mi się to przenikać w różnych strefach życia, a że od zawsze wszelkie motywy z baśni i natury były mi bliskie, to w pewnym momencie zaczął mi się pojawiać pomysł projektowania mebli. Wtedy jeszcze pracowałam w wystawiennictwie. Pierwszym moim projektem był fotel Wilk. Później pojawiły się kolejne, a także pomysł na nazwę marki/firmy. Moje projekty są dość nietypowe, ale chciałam żeby były czymś więcej niż tylko meblem, obiektem użytkowym. Chciałam żeby stały się pewnego rodzaju wzbogaceniem wnętrza.

wilk i ptak
Fotel WILK/lampa wisząca KRUK fot. Aneta Kowalczyk & Kacper LipińskiKiali

Ja: Może żeby były formą artystycznego wyrazu…?

Joanna: Też. Na pewno to są meble dla osób, które albo się w nich zakochają albo stwierdzą, że to jest zupełnie nie dla nich.

ptak
Lampa wisząca KRUK  fot. Aneta Kowalczyk & Kacper LipińskiKiali

Ja: Asia, a co jest Twoją największą pasją dziś i co Twoim zdaniem może stać się nią w przyszłości? Jest coś takiego?

Joanna: Dużo się zmieniło od kiedy jestem mamą, bo macierzyństwo pozwoliło mi się skondensować w moich dążeniach, które kiedyś były bardzo szerokie, bo był taniec, był performance, była praca, było wszystko na raz. Tak naprawdę miałam bardzo dużo czasu i oddawałam się moim zainteresowaniom. A teraz okazało się, że muszę dokonać wyboru, czemu chcę się poświęcić. Pojawił się design – bardzo intensywnie, rozwój Svarog’a, rozwój w projektowaniu. Okazało się, że to było i  jest moją największą pasją. Największą radość sprawia mi projektowanie formy, kiedy mogę tworzyć, realizując swoje pomysły.  Drugą kwestią jest rysowanie, stworzyłam projekt SiaSie. Zaczęłam rysować dla siebie, bo chciałam rysować więcej i znów stało się to naturalnie. Chyba to tak jest, że to, co jest w sercu to w pewnym momencie nie może tam dłużej siedzieć i musi się wydobyć.

svarog
Fotel JELEŃ

Ja: Czyli jednak droga serca, nie rozumu?

Joanna: Stety i niestety tak.

Ja: Co jest dla Ciebie najważniejsze w realizacji kolejnych celów? Jakimi wartościami kierujesz się, dokonując wyborów?

Joanna: Kiedyś miałam tak, że było to związane z realizacją siebie i swoich pasji. Teraz uległo to przewartościowaniu przez rodzinę, bliskich, przez synka. Chcę żeby realizacja pasji szła w parze z możliwością utrzymania się i zapewnienia nam godnego życia. Teraz dużo bardziej realnie patrzę na życie i uwzględnienie tego materialnego wymiaru w procesie tworzenia stało się też dla mnie bardzo ważne. Podejmując decyzje dotyczące kolejnych działań staram się zachować równowagę pomiędzy tym, co daje mi radość, a satysfakcją finansową, szukam kompromisów. Wierzę w to, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko, dlatego staram się zadbać o siebie we wszystkich sferach. Patrząc globalnie – projektując mam też na uwadze, aby moje prace, moje projekty: meble czy rysunki, wzbogacały czyjeś życie tą artystyczną formą, by nie tylko były funckjonalne, ale też wnosiły do życia odbiorców coś więcej. Wkładam w to serce.

Ja: Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?

Joanna: Ojeej… Z tych rzeczy tanecznych. Po latach bardzo doceniam pracę w teatrze Linia Nocna, o którym dziś już mało kto pamięta. To była grupa, która zajmowała się improwizacją, jakieś osiem lat temu. Wtedy jeszcze prawie nikt nie słyszał o improwizacji. Prowadził go Piotr Filanowicz. To był teatr, który zbierał pieśni ludowe, polskie. Teatr, który opierał swoją działalność na podstawach Grotowskiego, prawdziwym i intensywnym byciu. Przeplatało mi się to w życiu. To bardzo pięknie zaowocowało. Czuję, że to było dla mnie ważne. Ukształtowało to dodatkowo mnie, już jako osobę dojrzałą. To był czas kiedy wchodziłam w dorosłość. Dużo się wtedy w takim „studenckim” umyśle dzieje.

Również za duże osiągnięcie uważam wyjazd z moimi meblami na międzynarodowe targi designu Salone Satellite w ramach Salone del Mobile do Mediolanu. Późnej zostałam zaproszona na dwudziestolecie tego wydarzenia przez  kuratorkę. Również tegoroczne wysłanie mebli do klienta na Tajwan. To, że byłam w stanie to zrealizować sama, z dzieckiem na ręku. Podołałam wyzwaniom dużym pod względem logistycznym, dopinając wszystko w terminie.

Ja: Ja myślę, że jesteś przykładem na to, że mama bardzo dużo może, więcej niż można sobie wyobrazić.

Joanna: A przy tym wszystkim jest jeszcze rodzicielstwo bliskości, w duchu którego wychowujemy synka, a chcę to dodać od siebie, bo to jest trudna droga, dość wymagająca. Nawet przy tak dużej ilości pracy mojego partnera i mojej, realizujemy tę drogę i uważam to za ogromne osiągnięcie, bo mamy cudowną relację z synkiem.

Ja: Co uważasz za swoją największą porażkę? Czego się dzięki temu nauczyłaś?

Joanna: Nie odczuwam, bym poniosła w życiu jakąś porażkę, raczej wszystko, co mi się przydarza traktuję jako doświadczenie. Każde zdarzenie, które mogłabym uznać za porażkę, pokazuje mi rzeczy, których byłam nieświadoma albo sfery mojego życia, nad którymi muszę popracować. Na przykład ostatni rok był dla mnie bardzo trudny, bo nie byłam w stanie zarobić na swoje utrzymanie, realizując to, co sobie wymarzyłam – czyli Svarog’a. W pewnym momencie musiałam się zatrzymać i zastanowić się, co mogę zrobić i jak mogę dalej rozwijać siebie i markę, którą stworzyłam, bo bardzo dużo poświęciłam i siebie i mojej rodziny. Sporo czasu przeznaczyłam na pracę, a potem zostałam z dużą frustracją, z dwoma pięknymi projektami, które kocham i z zerem na koncie. Jednak taki upadek na ziemię był mi potrzebny, bo pokazał mi, że nie ma co siebie oszukiwać. Musiałam sobie pewne kwestie przewartościować, usiąść z Excelem, do którego taka osoba jak ja zagląda raz na trzy miesiące, podjąć decyzję co trzeba zrobić dalej. I była to dla mnie cenna lekcja.

Ja: W jaki sposób macierzyństwo zmieniło Twoje życie? Jestem przekonana, że dwa lata bycia mamą mogły zmienić bardzo dużo.

Joanna: Życie? Całkowicie – wszystko zmieniło się o 180 stopni, we wszystkich sferach. Prywatnie – zrozumiałam dzieci. Że to są istotki dokładnie takie same jak my, tylko mniejsze, które trzeba przeprowadzić przez świat. To nie jest tak, że dzieci są złośliwe, manipulują, krzyczą, biegają po podwórku i celowo przeszkadzają wszystkim dookoła. Zatem mój stosunek do dzieci zmieniłam zupełnie. Ponadto wszelkie zachowania krzywdzące dzieci albo nawet „upupiające” je powodują mój wielki bunt, bo dzieciom należy się szacunek. Zrozumiałam jaka jest natura dzieci, że potrzebują bardziej prowadzenia przez życie, dużo wolności i dobrej, partnerskiej relacji. Zatem nie różnią się niczym od nas – dorosłych.

Macierzyństwo zmieniło też wiele w biznesowej sferze mojego życia, bo paradoksalnie najwięcej osiągnęłam właśnie w czasie, kiedy przyszedł na świat Seweryn. Wyjechałam na wspomniane wcześniej targi w Mediolanie z 2,5 miesięcznym synkiem, mając wsparcie tylko w osobie mojego partnera. Także projekt SiaSie powstał, kiedy Seweryn był już na świecie. W pewnym momencie poczułam, że zarówno czasu jak i siebie mam dużo mniej i wtedy właśnie zrodziła się we mnie silniejsza potrzeba bycia kimś jeszcze – poza mamą. Miałam swój świat, który pozwalał mi istnieć inaczej. To było bardzo moje, bo nadal miałam ogromną potrzebę realizacji siebie.

Ja: Czyli macierzyństwo dodało Ci skrzydeł w rozwoju?

Joanna: Zdecydowanie. Rozwinęło mnie ponadto jeszcze w sferze międzyludzkiej i w ogóle jako człowieka. Rodzicielstwo jest fajne, bo cały czas trzeba nad sobą pracować, rozwijać się żeby temu małemu człowiekowi dawać dobry przykład.

drzewo życia 2
„Drzewo życia” Fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Ja: Łączysz twórczą, kreatywną pracę z macierzyństwem, co pozwala Ci wytrwać pomimo zmęczęnia? Czy rzeczywiście jesteś w stanie pracować tylko wieczorami?

Joanna: Głównie tak. Był taki czas, gdy Seweryn był mały, że wyjechaliśmy i nie mieliśmy żadnej pomocy i wtedy siedziałam po nocach i pracowałam po nocach, albo wtedy kiedy mój partner mógł zająć się synkiem. Od jakiegoś czasu mamy pomoc niani, więc sytuacja się zmieniła. Mamy kochane nianie, które nas wspierają, ale to też nie jest na jakąś super dużą skalę, więc wciąż jest tak, że pracuję wieczorami. Jednak… patrząc na to z perspektywy czasu nikogo nie zachęcam do takiego modelu pracy. Trzeba mieć balans w życiu i nie spalać się aż tak bardzo. Ja w pewnym momencie podjęłam decyzje, z których musiałam się wywiązać, bo nie wyobrażałam sobie, żeby postąpić inaczej, ale mimo wszystko trzeba dbać o czas dla siebie i trochę oddechu.

Ja: A co pozwalało Ci wytrwać pomimo zmęczenia, które na pewno było ogromne?

Joanna: Dużą przestrzeń dla realizacji siebie i uzyskania szybkiego efektu dał mi projekt SiaSie. I to dzięki niemu miałam więcej energii. A poza tym jak pracowałam nad projektami mebli to czułam, że to może być coś dobrego i dawało mi to ogromną satysfakcję. Jednak kluczem było i jest moje pozytywne podejście do wszystkiego, co się wydarza. Sama się nakręcam tym, co robię. Mam mnóstwo energii do działania. Staram się znajdować pasję i radość w tym co robię i robić to najlepiej jak potrafię.

Ja: Kryzysy, przeciwności? Były? Pojawiają się? Co wnoszą do Twojego życiowego kuferka?

Joanna: Wnoszą dużo. Na pewno doświadczenie. Pozwalają mi zachować równowagę. Wnoszą zrozumienie, że niekoniecznie poszłam w tą stronę, w którą powinnam albo że gdzieś się za bardzo zaprzepaściłam. Pomagają mi tak realnie spojrzeć na siebie i na świat, czy nie bujam za bardzo w obłokach, czy powinnam zrobić coś inaczej, czego potrzebuję naprawdę, by zrealizować swoje cele. Kryzysy i przeciwności uczą mnie też, by wymagać najpierw od siebie, a nie od innych, by nie szukać przyczyn w całym świecie dookoła, ale poszukać co się stało, dlaczego pogubiłam się po drodze. Choć oczywiście nie przychodzi mi to tak łatwo jak teraz o tym mówię, bo kosztuje to dużo czasu i uwagi.

Na przykład ta praca ostatniego roku kosztowała mnie bardzo dużo, pracowałam dniami i nocami, niejednokrotnie ocierając się o jakieś stany depresyjne – co chyba nie jest wstyd powiedzieć – ale to dało mi naukę, że nie można o sobie zapominać, że trzeba mieć balans, pamiętać o rodzinie, dziecku, które potrzebuje mamy, a na to też potrzebna jest siła. Trzeba starać się być tak po prostu szczęśliwym z dnia na dzień, nie spiesząc się i nie mając tysiąca celów czy zadań.

Ja: Jakie jest Twoje największe marzenie na nadchodzący rok?

Joanna: Na pewno zdrowie i siła dla całej mojej rodziny. Od kiedy Seweryn jest z nami czuję, że to jest ważne. Jak jest się zdrowym to można wszystko. A zawodowo i też bardzo praktycznie chciałabym aby moje projekty, pasja i cała masa pomysłów pozwoliły mi się utrzymać i nawiązać współprace, które byłyby owocne dla obydwóch stron. Aha… i tańczyć więcej! 🙂

Ja: Zatem tego właśnie życzę Ci na Nowy Rok. Dziękuję za przepiękną rozmowę, która pokazuje, że kluczem do samorealizacji jest pozytywne nastawienie do życia, a rodzicielstwo jest doświadczeniem, które rozwija nas na wielu płaszczyznach – jeśli nie wszystkich. Mama bardzo dużo może, jeśli chce – jesteś tego doskonałym przykładem!

 

Osoby, strony i tematy wymienione w wywiadzie:

Svarog. The exquisite furniture.

SiaSie Design 

„Drzewo Życia” – koncepcja i reżyseria Paulina Święcańska

Film „Drzewo Życia” – montaż Paweł Głogowski

Zdjęcia „Drzewo Życia” – Fot. Marta Ankiersztejn_Fotografia

Film „Keep on pushing”  – by Joanna Sieradzan & Filip Wencki [kamera i montaż Paweł Głogowski]

Salone Satellite – targi designu w ramach Salone del Mobile w Mediolanie

 

*Wszystkie materiały graficzne wykorzystane w publikacji pochodzą z archiwum prywatnego Joanny Sieradzan lub zostały wykorzystane za zgodą Fundacji Artystycznej PERFORM.