O tym, czego nie nauczyli mnie w szkole.

szkoła

Szkoła jest miejscem, w którym dzieci i młodzież zdobywają wiedzę i umiejętności potrzebne w dalszym czy dorosłym życiu – tak to wygląda w teorii. Dokumentem potwierdzającym zdobycie pewnych zasobów jest świadectwo „dojrzałości”, które powinno świadczyć o przygotowaniu kandydata do dorosłego życia. W praktyce jest zgoła inaczej.

Moja opinia na temat polskiego systemu edukacji jest bardzo krytyczna – niestety. Bardziej jednak martwi mnie to, że nie widzę, by wprowadzano istotne zmiany w zakresie przygotowania młodych ludzi do dalszej drogi.

Czego zatem nie nauczyli nas w szkole?

  1. Przede wszystkim samodzielnego myślenia. Wkuwanie definicji czy powtarzanie tego, co podyktował nauczyciel nie należy w mojej opinii do rozwijających. Oczywiście, że są przedmioty, które tego wymagają, ale odnoszę wrażenie, że właściwie przez wszystkie szkolne, a nawet studenckie lata, zajmowałam się uczeniem na pamięć. I z tego miejsca mogę przejść do punktu nr 2, bo…
  2. Nie nauczyli mnie poznawania siebie, odkrywania siebie – swoich mocnych stron, ponieważ wszyscy zobligowani są uczyć się wszystkiego. W ten sposób system przeładowany wiedzą nie stawia na rozwój kompetencji miękkich, a co za tym idzie, nie pozwala nam odkrywać swoich własnych możliwości, mocnych stron, atutów. I jeśli w jakikolwiek sposób miały pomóc w tym szkoły średnie „profilowane” to w moim odczuciu nie spełniają swojej funkcji, gdyż całą podstawówkę i tak wszyscy uczą się wszystkiego, nie mając wiele miejsca na poszukiwanie swojej unikalności.
  3. Współpracy oraz pracy zespołowej. Najwyższym aktem współpracy, którego w moim odczuciu uczyliśmy się sami, było ściąganie albo przepisywanie prac domowych 😀 Poza tym każdy wykonuje zadania z nosem we własnym kajecie, czasami w parach. A czego wymaga się od nas, gdy wkraczamy w życie zawodowe pełną parą? Pracy zespołowej, umiejętności współpracy, ot co!
  4. Asertywności, co to, to nie. Lepiej było zamilknąć, gdy pani „profesor” wygłaszała swoje opinie o temacie, o nas czy do nas, nie pozostawiając miejsca na powiedzenie nam swojego zdania.
  5. Negocjacji – nie ma co pod sobą dołków kopać 😉
  6. Wartości, które są dla nas osobiście ważne. No cóż, trzeba kierować się wartościami wspólnymi, nie ma miejsca na tworzenie własnego szkieletu.
  7. Szacunku – takiego pełnego. Do dziś mam przed oczami rozdartą buzię, żeby nie napisać gębę, pani od matematyki w klasach 1-3, która jednego z kolegów w pierwszej klasie wytargała za ucho z krzesełkiem z ławki i zaciągnęła go aż pod tablicę za to biedne ucho. Doskonale także pamiętam jakie gromy ciskane były pod adresem szkolnych kolegów czy moim, kiedy coś zawaliliśmy. Najgorsze, że niewielu nauczycieli wyrażało opinie o naszych zachowaniach czy pracach, ale formułowali je personalnie do nas jako ludzi. To potwornie krzywdzące.

Jakie są efekty takiego systemu edukacji? Czy świadectwo dojrzałości rzeczywiście świadczy o osiągnięciu dojrzałości?

Efekt jest taki, że co prawda uczono nas budowy komórki i wielu z nas kojarzy nazwę „mitochondrium”, ale pewnie garstka pamięta, czym ono jest. Efekt jest taki, że przeciętny Polak nie pamięta, w którym roku był chrzest Polski, myślę że nawet z datą wejścia do UE wielu ma problem 😉 Efekt jest taki, że właściwie niewiele wiemy, a już na pewno nie wiemy, w którą stronę iść dalej. Może ekonomia, a może jakiś profil językowy, ale co właściwie robić później?

Zapytajcie licealistów co chcą robić w życiu, a gwarantuję, że garstka zna odpowiedź. Cała reszta idzie na oślep, nie mając nawet za bardzo pojęcia w czym są naprawdę dobrzy, ale tak życiowo, nie w zakresie przedmiotów szkolnych, bo 5 z polskiego to jedno, a świadomość tego, że lubi się pisać i można się sprawdzić na przykład w copywriting-u to drugie, dwie inne bajki.

Kiedy odebrałam świadectwo dumnie nazywanym „dojrzałości” tak naprawdę dopiero zaczęłam uczyć się tych wszystkich potrzebnych mi w życiu rzeczy. Dopiero wkraczając na rynek pracy przekonałam się czym jest praca w grupie, jak ważne jest samodzielne myślenie i ile kosztuje brak asertywności. Dorosłe życie postanowiło mnie także skonfrontować z tym co wiem i czego nie wiem o sobie. Kilka lat zajęło mi zrozumienie w czym jestem dobra, a co nie jest moją mocną stroną. Dopiero dziś, kiedy od ukończenia szkoły minęło kilkanaście lat, „wyleczyłam” się nieco z tego, co we mnie wtłoczono. Odkopałam swoją głęboko upchniętą prawdziwą kreatywność i przestałam bać się śpiewać, chociaż żadna ze mnie gwiazda, ale już wiem, że nie muszę nią być, by nucić dzieciom kołysanki do snu i uczyć je, że bycie po prostu sobą to żadna kompromitacja, ale zaleta.

I oczywiście, że wielu z tych rzeczy z powyższej listy możemy i powinniśmy uczyć nasze dzieci jako rodzice, ale szkoła jest w moim odczuciu systemem uzupełniającym wychowanie w domu, odgrywającym niebagatelną rolę w kształtowaniu osobowości młodych ludzi i drugą istotną kwestią jest ilość czasu jaką dzieci i młodzież spędzają w szkole.

Alergia pokarmowa u niemowlaka – moje doświadczenia cz. 4 – gluten

alergia pokarmowa gluten

Próba wprowadzenia glutenu do diety naszej Mimi przypominała trochę wybuch fajerwerków. Wyrwała mnie z poczucia, że temat alergii pokarmowej mam już choć trochę opanowany.

Za gluten zabraliśmy się po 6tym miesiącu, kiedy Mimi jadła już kilka warzyw. Alergolog zalecił dodanie szczypty – maleńkiej szczypty – kaszy manny do puree z jakiegoś warzywa. Standardowo miałam podawać taką kompozycję przez 5-6 dni. Pierwszego dnia nie było żadnej reakcji, ale jeszcze mnie to nie cieszyło. Drugiego dnia Mimi była dziwnie niespokojna i choć nic innego się nie działo mnie już zapaliła się lampka alarmowa. Jej drzemki w takie niespokojne dni trwały czasami tylko 15-20 minut, była zmęczona i płaczliwa. Zdarzało się, że traciła apetyt.

Trzeciego dnia rano bum! – kupka z krwią i śluzem. Nitek krwi było sporo, mogłam dostrzec to gołym okiem. Oczywiście niezwłocznie zadzwoniłam do alergologa. Nasza pani doktor poleciła zaprzestać podawania glutenu, odczekać około 14nastu dni i zrobić badanie na krew utajoną. W tym czasie miałam nie wprowadzać nic nowego – tak by mieć pewność, że sytuacja się ustabilizowała. W międzyczasie skierowała nas także na usg jamy brzusznej. Po około trzech tygodniach miałam ponownie podać gluten, obserwować reakcję dziecka, zrobić badanie na krew utajoną i jeśli wynik będzie pozytywny niezwłocznie skonsultować się z gastrologiem.

Niestety po drugim podaniu glutenu już pierwszego dnia pojawiły się wymioty, śluz w kupce, niepokój no i wynik badania na krew utajoną był pozytywny. Oznaczało to, że z jakiegoś powodu Mimi nie toleruje glutenu. Na konsultację udaliśmy się do gastrologa, który zalecił rezygnację z glutenu do ukończenia 12tego miesiąca życia. Kiedy Mimi skończy rok miałam ponownie przeprowadzić prowokację niewielką ilością kaszki manny i jeśli objawy ponownie wystąpią niezwłocznie konsultować się z naszą panią alergolog.

Ale… kiedy Mimi miała prawie 11 miesięcy zdarzył się taki dzień, że jej starsza siostrzyczka postanowiła się wyżywić babką piaskową na podłodze. Okruchy z tej babki sypały się jak wióry na tartaku. Chwila mojej nieuwagi, a Maluch aż mlaskał z zachwytem nad dobrodziejstwem, które go spotkało 😉 Mimi najadła się tej babki, która zawierała w sobie dwa zasadnicze alergeny – jajko i gluten. Trochę zaniepokojona czekałam co się wydarzy, ale nie działo się nic. Kolejnego dnia trochę ośmielona tym faktem postanowiłam sama podać Małej odrobinę kajzerki i widząc, że nic się nie dzieje powtórzyłam to jeszcze przez kilka dni. Chcąc się upewnić pojechałam do laboratorium wykonać badania na krew utajoną i dostałam informację o wyniku ujemnym.

W ten oto sposób gluten trochę przypadkiem, ale jednak znalazł się w diecie Mimi. Oczywiście nie zapomniałam też o jajku, które również znajdowało się w babce i na które także odpowiedź Mimi była pozytywna. W ten sposób weszliśmy w radosny okres w dziejach alergii pokarmowej naszego Malucha, który ja nazywam WYRASTANIEM 🙂

P.S. Ten wpis nie stanowi porady medycznej w żadnym aspekcie. Dzielę się jedynie MOIMI spostrzeżeniami i doświadczeniami, bo zjawisko alergii pokarmowej dotyka coraz więcej niemowląt i wierzę, że taki opis może być wskazówką dla niejednego z rodziców. Jeżeli coś Cię niepokoi zawsze zasięgnij porady lekarza!

Pozostałe wpisy z tego cyklu:

Alergia pokarmowa u niemowlaka cz. 1

Alergia pokarmowa u niemowlaka cz. 2 – wprowadzanie mieszanki mlekozastępczej

Alergia pokarmowa u niemowlaka cz. 3 – rozszerzanie diety

Gdy nie wszystko układa się po naszej myśli.

tunel

To był 34 tydzień mojej pierwszej ciąży. Lekarka na chwilę zawiesiła wzrok wpatrując się w ekran, po czym powiedziała lakonicznie, że konieczne będzie dokładniejsze badanie usg. Na zleceniu napisała wielkimi, drukowanymi literami: PILNE!!! W 36 tygodniu poznaliśmy z mężem diagnozę – nasze dziecko miało niewiadomego pochodzenia guza w serduszku.

Nawet dzisiaj jak o tym pomyślę, to emocje ściskają mi brzuch i gardło. To był już prawie koniec ciąży, która była wymarzoną ciążą wielu z nas. Nie męczyły mnie mdłości, nie miałam żadnych dolegliwości, wszystko przebiegało dobrze, a tu nagle taka wiadomość. Kiedy wracałam po badaniu do domu całą drogę płakałam. Nie wiedzieliśmy wtedy co dalej – konieczna była dokładniejsza diagnostyka. Wiadomo było tylko, że na etapie życia łonowego dziecko jest bezpieczne, przepływy krwi i akcja serca są prawidłowe. Lekarze nie wiedzieli tylko jak sytuacja będzie wyglądała po porodzie. Kolejne dwa tygodnie upłynęły mi na dziesiątkach wizyt, badań i konsultacji. Ostatecznie zdecydowano się na wywołanie porodu w 39 tygodniu. Mogłam rodzić naturalnie, ale poród przebiegał w sposób kontrolowany, a pół godziny po przyjściu na świat nasza Iskierka została przewieziona na oddział neonatalny. W odosobnieniu spędziłyśmy kolejne 3 doby.

Nasza druga córeczka na szczęście urodziła się zdrowa jak rybka. Rozwijała się prawidłowo do czasu, gdy około roku pediatra zwrócił moją uwagę, że wkrótce powinna zacząć chodzić, a ona nawet nie wstawała. Na początku pomyślałam sobie, że przecież każde dziecko rozwija się w swoim tempie i żadne lekarskie tabelki nie są powodem do mojego niepokoju. Kiedy jednak minęły kolejne 3 tygodnie, a nasz Maluch nie zrobił żadnego postępu ruchowego w zakresie wstawania i chodzenia, sama postanowiłam udać się po poradę. Skierowano mnie do fizjoterapeuty, gdzie dowiedziałam się, że Mimi wymaga solidnej rehabilitacji, bo jednoznacznie można u niej stwierdzić asymetrię w rozwoju mięśni oraz ruchu, co przekłada się na wiele innych aspektów.

Nie tak to zaplanowałam, nie tego chciałam. Ale tak się stało, bo takie jest życie. Życie, które ma dla nas swój własny scenariusz, nie zawsze zgodny z naszym grafikiem, z naszymi planami czy życzeniami.  Ma za to dla nas cały worek różnorodnych doświadczeń – często takich, których sami byśmy dla siebie nie wymyślili ani tym bardziej nie wybrali.

Kiedy płyniemy z prądem nie zastanawiamy się, co czeka nas za zakrętem, a może okazać się, że będzie to wodospad. Między innymi w ten sposób uczymy się pokory, ale też uważności i przede wszystkim szczerej wdzięczności, gdy jednak sprawy mają dla nas pomyślny bieg. Pokora, uważność i wdzięczność – trzy bardzo ważne zachowania wobec życia, o których często zapominamy. Sprawy dnia codziennego tak bardzo nas pochłaniają, że przestajemy doceniać to, co dobre, stajemy się mniej uważni, a nawet w pewnym sensie zachłanni i aroganccy wobec życia, a ono upomina się o to, co właściwe dla nas – na swoje sposoby 😉

Jest jeszcze jedna lekcja płynąca dla mnie z doświadczeń, które w jakiś sposób nie są zgodne z moimi zamierzeniami. Lekcja nastawienia. Postawa, którą przyjmujemy wobec życia i zdarzeń, gdy nie wszystko układa się tak, jak byśmy chcieli mówi nam bardzo dużo o nas samych, bo możemy się buntować, możemy się złościć, możemy uciekać, możemy walczyć, ale możemy też zaakceptować i postarać się dostrzec, czego to konkretne doświadczenie ma nas nauczyć.

Wierzcie mi lub nie, ale w drugiej ciąży każdą dobrą wiadomość na temat stanu naszego dziecka przyjmowałam z ogromną wdzięcznością. Taką, której kiedyś nie potrafiłam odczuć. Nauczyłam się też pokory wobec życia i zdrowia, które bardziej teraz szanuję. Poza tym wyszłam z tych trudnych dla mnie doświadczeń mimo wszystko silniejsza.

Gdy nie wszystko układa się po naszej myśli możemy się poddać, ale możemy też próbować dostrzec światełko – choćby w tunelu – i uparcie zmierzać w jego stronę, pomimo że zbierają się nad nami burzowe chmury. Kto wie, może to światełko jest pełnym słońcem, ale chwilowo jesteśmy zbyt daleko i nie potrafimy tego dostrzec…?

Alergia pokarmowa u niemowlaka – moje doświadczenia cz. 3 – rozszerzanie diety

alergia cz. 3 rozszerzanie diety

W poprzednim wpisie nakreśliłam jak wyglądał proces wprowadzenia mieszanki mlekozastępczej do diety mojej Mimi. Dzisiaj chcę opisać jak przebiegało rozszerzanie diety. Dwie ważne okoliczności rozszerzania diety na początek: Mimi wciąż w 95 % karmiona była piersią, a rozszerzanie diety rozpoczęłam dopiero, gdy byłam pewna, że mieszanka mlekozastępcza została przez moją córeczkę zaakceptowana, jednak dostawała jej maksymalnie ok. 50 ml na dobę.

– KROK 1 WARZYWA –

Rozszerzanie diety w porozumieniu z alergologiem rozpoczęłam, gdy Mimi miała około 5,5 miesiąca, bo pomimo, że była karmiona piersią, to moją intencją było przejście na mieszankę mlekozastępczą. Ostatecznie pomimo uciążliwości zdecydowałam się karmić piersią nieco dłużej, niż pierwotnie zamierzałam. Wracając do meritum. Na pierwszy oogień poszedł ziemniak. Zgodnie z zaleceniami lekarza podawałam najpierw pojedyńcze warzywa, każde przez około 5-6 dni. Moim zadaniem było uważne obserwowanie co się dzieje z dzieckiem. Następnie wprowadziłam marchewkę, zielony groszek, dynię oraz kukurydzę. Co ważne – w okresie rozszerzania diety Mimi ja sama trzymałam się ściśle określonego jadłospisu i bardzo uważałam, by nie znalazły się w mojej diecie żadne szkodzące jej produkty.

– KROK 2 OWOCE –

Po wprowadzeniu tych kilku warzyw zajęłam się wprowadzeniem owoców: jabłka gotowanego, następnie gruszki, jagód, brzoskwini, moreli, malin oraz śliwek – wszystkie owoce na początku podawałam gotowane.

– KROK 3 MIKSY I KASZKA –

Kiedy już miałyśmy kilka warzyw i owoców, które Mimi jadała, zaczęłam łączyć ze sobą różne produkty, podając Małej miksy warzywne w porze obiadku. Do tych jarzynowych zupek dodawałam odrobinę kaszek – zaczęłam od kukurydzianej, następnie wprowadziłam ryżową oraz jaglaną. No i nadszedł czas na gluten. Tutaj pojawiły się spore problemy, wyglądało na to, że Mimi go nie toleruje, więc wprowadzenie glutenu zostało przez naszą panią alergolog przesunięte. W tym temacie dodatkowo skierowano nas na konsultację gastrologiczną. Więcej o glutenie w kolejnym wpisie.

– KROK 4 MIĘSO I RYBY –

Gdy kaszki i zupki warzywne miałyśmy już opanowane zaczęłam wprowadzać mięso. Na początek indyk oraz królik, w dalszej kolejności kurczak oraz ryby: dorsz, łosoś i mintaj. Zgodnie z zaleceniami alergologa nie podawałam cielęciny oraz wołowiny i nie podaję ich do dzisiaj, wciąż z tym czekamy.

 – KROK 5 DALSZE ROZSZERZANIE DIETY –

W naszym wypadku nie podawaliśmy jajka kurzego ze względu na ostrą reakcję na jajko (żółtko i białko), którą mogłam obserwować karmiąc Mimi piersią. Wraz z upływem czasu podawałam Mimi już 3 posiłki dziennie. Rano zjadała kaszkę bezmleczną przygotowaną na bazie mieszanki mlekozastępczej, w południe zupkę, a w porze podwieczorku owoce z kaszą jaglaną lub ryżem. Ponad to dalej rozszerzałam dietę o nowe warzywa i owoce. Gdy Mimi miała 9-10 miesięcy jadła już większość warzyw i owoców, powoli włączałam także strączki w postaci zielonej fasolki. Wciąż nie podawałam glutenu ze względu na reakcję świadczącą o nietolerancji bądź alergii.

– ROZSZERZANIE DIETY A EMOCJE RODZICÓW –

Wiem, że większość z nas – rodziców – podchodzi mniej lub bardziej emocjonalnie do rozszerzania diety Malucha oraz do kwestii zjadania przez niego podanych posiłków. Co istotne rozszerzając dietę małego alergika trzeba uzbroić się w cierpliwość. Nie wszystko uda nam się wprowadzić zgodnie z planem, na akceptację niektórych produktów będzie trzeba poczekać, ale nie warto się poddawać. Jak się nie uda za pierwszym podejściem to próbujemy za kilka-kilkanaście tygodni. Nasza Mimi do dziś nie je na przykład kalafiora, brokułów czy banana, ale staram się równoważyć jej dietę wykorzystując maksymalnie to, co może jeść.

Na początku całego procesu byłam przerażona, czułam się jak dziecko we mgle, pomimo że mam starsze dziecko i rozszerzanie diety nie było dla mnie nowością. Jednak w przypadku Mimi okazało się sporym wyzwaniem – przede wszystkim ze względu na dodatkowy czas, który musiałam poświęcić na przygotowanie posiłków tylko dla niej oraz szczególną dbałość o swoją dietę w tym czasie.

Jeszcze jedna uwaga na koniec – kiedy wprowadzałam nowy produkt najpierw dosłownie smarowałam nim usta Mimi – tak radzili mi zarówno alergolog jak i gastrolog. Oczywiście stałe posiłki, które tego dnia zaistniały w jadłospisie Mimi musiały być przygotowane tylko z akceptowanych przez nią składników, tak bym mogła zobaczyć ewentualną reakcję. Jeśli po posmarowaniu ust wszystko było dobrze następnego dnia podawałam jedną małą łyżeczkę, kolejnego dnia dwie i dopiero po kilku dniach więcej – oczywiście w zależności od potrzeb Malucha.

I druga istotna myśl – czasami reakcja alergiczna nie ujawniała nam się po pierwszym – nawet kilkudniowym podaniu. Niepokojące symptomy pojawiały się przy drugim podejściu – wtedy za to już raczej szybko – po kilku godzinach lub następnego dnia. To też warto mieć na uwadze. Pani gastrolog tłumaczyła mi, że to absolutnie normalne, gdyż organizm dziecka wykształcił po pierwszym podaniu przeciwciała, traktując dany produkt jako szkodliwy.

W rozszerzaniu diety bardzo pomógł mi mały kalendarzyk, który prowadziłam na lodówce, ponieważ tak jak wspomniałam wcześniej, nie zawsze reakcje świadczące o nietolerancji czy alergii pojawiały się od razu lub przy okazji pierwszej próby. O ile podając pojedyńcze produkty można się łatwo zorientować, o tyle wprowadzając miksy, zupki i jeszcze jakieś nowe warzywa czy owoce już można się pogubić.

Stworzyłam również tabelkę produktów, które Mimi akceptuje, są zakazane oraz tych, które będę wprowadzać. Zawiesiłam ją także na lodówce z uwagi na fakt, że nie chciałam i nie mogłam być jedyną osobą, która posiada tą wiedzę. Gdyby przedłużył się jakiś mój wyjazd albo wypadło coś niespodziewanego mój mąż czy ktokolwiek inny ma wgląd do najważniejszych informacji.

W kolejnym wpisie opiszę nasze przygody związane z wprowadzeniem glutenu 😉

P.S. Ten wpis nie stanowi porady medycznej w żadnym aspekcie. Dzielę się jedynie MOIMI spostrzeżeniami i doświadczeniami, bo zjawisko alergii pokarmowej dotyka coraz więcej niemowląt i wierzę, że taki opis może być wskazówką dla niejednego z rodziców. Jeżeli coś Cię niepokoi zawsze zasięgnij porady lekarza!

Pozostałe wpisy z tego cyklu:

Alergia pokarmowa u niemowlaka cz. 1

Alergia pokarmowa u niemowlaka cz. 2 – wprowadzanie mieszanki mlekozastępczej

Alergia pokarmowa u niemowlaka – moje doświadczenia cz. 2 – wprowadzenie mieszanki mlekozastępczej

alergia pokarmowa cz 2

Kiedy Mimi miała 4 miesiące zdecydowałam się udać do specjalisty w związku z nasilającymi się objawami nietolerancji czy alergii pokarmowej (Córeczka karmiona była piersią). Tak jak pisałam w cz. 1 tego wpisu alergolog zlecił wykonanie szeregu badań oraz przepisał mieszankę mlekozastępczą opartą na fragmentach białek mleka krowiego, której Mimi niestety nie zaakceptowała.

Kolejnym krokiem było spróbowanie mieszanki mlekozastępczej opartej na aminokwasach, którą niemowlę z silną alergią na białka mleka krowiego powinno zaakceptować, jednak droga do pełnej akceptacji oraz sukcesu we wprowadzeniu mieszanki okazała się długa i żmudna. W sumie trwało to przeszło 3 miesiące.

Zgodnie z zaleceniami alergologa zaczęłam od wprowadzenia dosłownie 5 ml mieszanki dziennie, czyli około 2 łyżeczek. Moim zadaniem było uważne obserwowanie wszelkich objawów ze strony dziecka. Co bardzo istotne w czasie wprowadzania mieszanki musiałam bardzo przestrzegać mojej diety. Jadłam tylko i wyłącznie to, co było w 100% bezpieczne, wybierałam sprawdzone produkty i nie wprowadzałam żadnych nowości. W ciągu pierwszych kilku dni jadłam dosłownie to samo dzień w dzień, by mieć pewność, że moja Mimi akceptuje mieszankę lub by móc zaobserwować jakiekolwiek niepokojące symptomy.

Taką małą ilość produktu podawałam przez 5 dni i widząc, że nic złego się nie dzieje stopniowo – łyżeczka po łyżeczce – zaczęłam zwiększać ilość mieszanki. W międzyczasie wykonałam badania na krew utajoną, by mieć więcej pewności, że mieszanka nie szkodzi córce. Po około 6 tygodniach doszłam do punktu, gdy moje dziecko wypijało raz dziennie 60 ml mieszanki i rano jadło niewielkie ilości kaszki ryżowej przygotowanej na bazie tej mieszanki. Byłam już pewna, że produkt jest bezpieczny dla Maluszka.

Co istotne w międzyczasie zaczęłam też rozszerzanie diety Mimi, bo skończyła pół roku, więc cały proces wymagał ode mnie sporo skupienia i uwagi. Tym, co bardzo mi pomogło był mały dzienniczek, który prowadziłam na lodówce i dzięki któremu wiedziałam co i kiedy podałam dziecku. To co warto mieć na uwadze to fakt, że objawy alergii czy nietolerancji pokarmowej czasami pojawiają się dopiero po kilku dniach po podaniu produktu. A bywało też tak, że przy pierwszej próbie wszystko wyglądało dobrze, a przy drugim podejściu pojawiały się niepokojące objawy. Także dzienniczek i notatki pozwalały mi na kontrolowanie sytuacji.

Wracając do tematu mieszanki. Kiedy Mimi miała 6,5 miesiąca zdecydowałam się na stopniowe zakończenie karmienia piersią, powoli zwiększając liczbę karmień mieszanką mlekozastępczą. Zajęło mi to kolejnych 6 tygodni i finalnie Maluszek w wieku 8 miesięcy dostawał już tylko mieszankę. Jednak nie było mi już wtedy tak żal zaprzestania karmienia, bo Mimi jadła już dość dużo „normalnych” produktów i wiedziałam, że jej małemu organizmowi niczego nie zabraknie 😉

Kończąc już chcę napisać jeszcze jedno – warto udać się do dobrego specjalisty. Nasza pani alergolog przeprowadziła nas cudownie przez cały, wcale niełatwy, proces rozpoznania alergii pokarmowej oraz rozszerzenia diety naszego małego alergika. Nie poradziłabym sobie bez solidnego wsparcia.

P.S. Ten wpis nie stanowi porady medycznej w żadnym aspekcie. Dzielę się jedynie MOIMI spostrzeżeniami i doświadczeniami, bo zjawisko alergii pokarmowej dotyka coraz więcej niemowląt i wierzę, że taki opis może być wskazówką dla niejednego z rodziców. Jeżeli coś Cię niepokoi zawsze zasięgnij porady lekarza!

Pierwszą część wpisu o alergii pokarmowej znajdziesz tutaj. Kolejna pojawi się na blogu we wtorek 12 listopada. Zapraszam 🙂

Alergia pokarmowa u niemowlaka – moje doświadczenia, cz. 1

alergia u niemowląt

Zaczęło się dość niewinnie. Kiedy Mimi miała 3 tygodnie na jej policzkach pojawiły się małe, czerwone, grudkowate krostki. Położna zawyrokowała: „skaza”. Nie chciałam uwierzyć, więc metodą eliminacji starałam się wykluczyć kolejnych, potencjalnych winowajców… Niestety, moje poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Mimi karmiona była piersią, więc wszelkie poszukiwania musiałam zacząć od szczegółowej analizy mojego jadłospisu.

Tydzień później zjawiłam się z nią u pediatry. Niestety nie było wtedy naszej pani doktor i trafił mi się ktoś inny, no ale lekarz to lekarz pomyślałam… Lekarka po przeprowadzeniu lakonicznego wywiadu orzekła, że może to być trądzik niemowlęcy, ale tak naprawdę nie wiadomo. Przepisała maść robioną i tyle.

Maść nic nie pomagała, za to ja zuważyłam, że nasilenie krostek zmniejsza się i zwiększa, ale nie wiedziałam jeszcze z czym to jest związane. Ponad to ulewanie naszej Mimi zaczynało przybierać skalę wymiotów i tu już zapaliła mi się czerwona lampka… Postanowiłam poszperać trochę w Internecie i uświadomiłam sobie, że oprócz krostek i ulewań nasze maleństwo ma jeszcze inne charakterystyczne dla alergii pokarmowej objawy, których ja nie wiązałam w ogóle z tym zjawiskiem. Otóż Mimi miała także sapkę, a ja zastanawiałam się dlaczego tak dziwnie nocą charczy. Robiła też bardzo często kupkę, co w sumie nie było niczym dziwnym, ale kiedy po lekturze kilku sensownych artykułów zdecydowałam się na próbę odstawić mleko i wszelkie mleczne przetwory na tydzień, okazało się, że liczba wypróżnień zmniejszyła się diametralnie.

Już po kilku dniach od wykluczenia z diety mleka i jego przetworów objawy zaczęły ustępować, ale całkowicie ustąpiły dopiero po 4 tygodniach. W międzyczasie podczas szczepień i kontroli wypytywałam pediatrę jak dalej postępować. Zalecono mi przeprowadzić tzw. prowokację, gdy już absolutnie wszystkie objawy ustąpią. Miałam znów na kilka dni włączyć do swojej diety mleko. I nie potrzebowałam nawet kilku dni, bo już pierwsze karmienia po spożyciu jogurtu naturalnego sprawiły, że mimi zaczęła znów ulewać, następnego dnia pojawiła się ponownie wysypka, w kupce pojawił się śluz, a ja się podłamałam. Nie dość, że Mimi okazała się super wrażliwym dzieckiem i o jedzeniu wszystkiego mogłam zapomnieć, to jeszcze musiałam odstawić ze swojej diety mleko i jego przetwory.

Jednak jak się okazało to był dopiero początek przeprawy, jaką miałam przed sobą. Po chwilowym ustabilizowaniu się sytuacji Mimi znów zaczęła szaleć, kupki były zielone i bardzo częste, nawet w nocy i nawet co godzinę. Wróciło też ulewanie. Minęło około 10 dni zanim wytropiłam sprawcę. Tym razem było to jajko.

Potem dołączyli seler, pietruszka i pomidory. Zdarzały się kupki z krwią, ze śluzem, wymioty. I co bardzo charakterystyczne Mimi zaatakowana przez alergen była bardzo niespokojna, rozdrażniona, mało spała. Zachowywała się tak, jakby była chora i sytuacja taka miała miejsce nawet, gdy zjadłam coś, co mogło zawierać jedynie śladowe ilości któregoś z alergenów. Wciąż karmiłam ją piersią, ale zaczynałam czuć się bardzo osłabiona i niejednokrotnie przybita. Gotowanie pochłaniało każdą „wolną” chwilę. Wtedy właśnie postanowiłam udać się do alergologa po pomoc. Po 4 miesiącach myślałam już bardzo poważnie o odstawieniu Malutkiej od piersi.

Szczerze – myślałam, że gdy zawitam u wrót specjalisty ten przepisze mi specjalne mleko i skończy się ta męczarnia. Jednak tak się nie stało… Alergolog po naprawdę długim i wyczerpującym wywiadzie stwierdził, że Mimi ma alergię pokarmową wieloważną i to prawdopodobnie bardzo silną. Taką, jaką rzadko się spotyka. Lekarka zleciła także badania no i przepisała mi mieszankę mlekozastępczą (na receptę), ale miałam ją wprowadzać bardzo ostrożne i zacząć od 5 ml dosłownie. Tak też zrobiłam.

Wróciłam do alergologa po dwóch tygodniach, ponieważ Mimi nie zaakceptowała mieszanki. Pisząc, że „nie zaakceptowała”, mam na myśli, iż pojawił się zespół objawów ewidentnie świadczących o nietolerancji produktu. Była to jedna z najbardziej popularnych mieszanek mlekozastępczych, ale mimo, iż zawierała tylko fragmenty białek mleka krowiego moje dziecko wciąż reagowało tak, jak w przypadku pełnego mleka. Konieczne były dalsze poszukiwania, ale właściwie wyboru nie było dużego. Możliwe okazało się zastosowanie jedynie mieszanki mlekozastępczej opartej na aminokwasach, pozbawionej białek mleka krowiego. Jednak jej wprowadzenie do diety Malucha okazało się długim i niełatwym procesem. O tym jak on przebiegał w kolejnym wpisie.

Oczywiście Mimi przez cały ten czas karmiona była naturalnie, a ja we współpracy z alergologiem utrzymywałam dietę eliminacyjną.

P.S. Ten wpis nie stanowi porady medycznej w żadnym aspekcie. Dzielę się jedynie MOIMI spostrzeżeniami i doświadczeniami, bo zjawisko alergii pokarmowej dotyka coraz więcej niemowląt i wierzę, że taki opis może być wskazówką dla niejednej z mam. Jeżeli coś Cię niepokoi zawsze zasięgnij porady lekarza.