O tym, czego nie nauczyli mnie w szkole.

szkoła

Szkoła jest miejscem, w którym dzieci i młodzież zdobywają wiedzę i umiejętności potrzebne w dalszym czy dorosłym życiu – tak to wygląda w teorii. Dokumentem potwierdzającym zdobycie pewnych zasobów jest świadectwo „dojrzałości”, które powinno świadczyć o przygotowaniu kandydata do dorosłego życia. W praktyce jest zgoła inaczej.

Moja opinia na temat polskiego systemu edukacji jest bardzo krytyczna – niestety. Bardziej jednak martwi mnie to, że nie widzę, by wprowadzano istotne zmiany w zakresie przygotowania młodych ludzi do dalszej drogi.

Czego zatem nie nauczyli nas w szkole?

  1. Przede wszystkim samodzielnego myślenia. Wkuwanie definicji czy powtarzanie tego, co podyktował nauczyciel nie należy w mojej opinii do rozwijających. Oczywiście, że są przedmioty, które tego wymagają, ale odnoszę wrażenie, że właściwie przez wszystkie szkolne, a nawet studenckie lata, zajmowałam się uczeniem na pamięć. I z tego miejsca mogę przejść do punktu nr 2, bo…
  2. Nie nauczyli mnie poznawania siebie, odkrywania siebie – swoich mocnych stron, ponieważ wszyscy zobligowani są uczyć się wszystkiego. W ten sposób system przeładowany wiedzą nie stawia na rozwój kompetencji miękkich, a co za tym idzie, nie pozwala nam odkrywać swoich własnych możliwości, mocnych stron, atutów. I jeśli w jakikolwiek sposób miały pomóc w tym szkoły średnie „profilowane” to w moim odczuciu nie spełniają swojej funkcji, gdyż całą podstawówkę i tak wszyscy uczą się wszystkiego, nie mając wiele miejsca na poszukiwanie swojej unikalności.
  3. Współpracy oraz pracy zespołowej. Najwyższym aktem współpracy, którego w moim odczuciu uczyliśmy się sami, było ściąganie albo przepisywanie prac domowych 😀 Poza tym każdy wykonuje zadania z nosem we własnym kajecie, czasami w parach. A czego wymaga się od nas, gdy wkraczamy w życie zawodowe pełną parą? Pracy zespołowej, umiejętności współpracy, ot co!
  4. Asertywności, co to, to nie. Lepiej było zamilknąć, gdy pani „profesor” wygłaszała swoje opinie o temacie, o nas czy do nas, nie pozostawiając miejsca na powiedzenie nam swojego zdania.
  5. Negocjacji – nie ma co pod sobą dołków kopać 😉
  6. Wartości, które są dla nas osobiście ważne. No cóż, trzeba kierować się wartościami wspólnymi, nie ma miejsca na tworzenie własnego szkieletu.
  7. Szacunku – takiego pełnego. Do dziś mam przed oczami rozdartą buzię, żeby nie napisać gębę, pani od matematyki w klasach 1-3, która jednego z kolegów w pierwszej klasie wytargała za ucho z krzesełkiem z ławki i zaciągnęła go aż pod tablicę za to biedne ucho. Doskonale także pamiętam jakie gromy ciskane były pod adresem szkolnych kolegów czy moim, kiedy coś zawaliliśmy. Najgorsze, że niewielu nauczycieli wyrażało opinie o naszych zachowaniach czy pracach, ale formułowali je personalnie do nas jako ludzi. To potwornie krzywdzące.

Jakie są efekty takiego systemu edukacji? Czy świadectwo dojrzałości rzeczywiście świadczy o osiągnięciu dojrzałości?

Efekt jest taki, że co prawda uczono nas budowy komórki i wielu z nas kojarzy nazwę „mitochondrium”, ale pewnie garstka pamięta, czym ono jest. Efekt jest taki, że przeciętny Polak nie pamięta, w którym roku był chrzest Polski, myślę że nawet z datą wejścia do UE wielu ma problem 😉 Efekt jest taki, że właściwie niewiele wiemy, a już na pewno nie wiemy, w którą stronę iść dalej. Może ekonomia, a może jakiś profil językowy, ale co właściwie robić później?

Zapytajcie licealistów co chcą robić w życiu, a gwarantuję, że garstka zna odpowiedź. Cała reszta idzie na oślep, nie mając nawet za bardzo pojęcia w czym są naprawdę dobrzy, ale tak życiowo, nie w zakresie przedmiotów szkolnych, bo 5 z polskiego to jedno, a świadomość tego, że lubi się pisać i można się sprawdzić na przykład w copywriting-u to drugie, dwie inne bajki.

Kiedy odebrałam świadectwo dumnie nazywanym „dojrzałości” tak naprawdę dopiero zaczęłam uczyć się tych wszystkich potrzebnych mi w życiu rzeczy. Dopiero wkraczając na rynek pracy przekonałam się czym jest praca w grupie, jak ważne jest samodzielne myślenie i ile kosztuje brak asertywności. Dorosłe życie postanowiło mnie także skonfrontować z tym co wiem i czego nie wiem o sobie. Kilka lat zajęło mi zrozumienie w czym jestem dobra, a co nie jest moją mocną stroną. Dopiero dziś, kiedy od ukończenia szkoły minęło kilkanaście lat, „wyleczyłam” się nieco z tego, co we mnie wtłoczono. Odkopałam swoją głęboko upchniętą prawdziwą kreatywność i przestałam bać się śpiewać, chociaż żadna ze mnie gwiazda, ale już wiem, że nie muszę nią być, by nucić dzieciom kołysanki do snu i uczyć je, że bycie po prostu sobą to żadna kompromitacja, ale zaleta.

I oczywiście, że wielu z tych rzeczy z powyższej listy możemy i powinniśmy uczyć nasze dzieci jako rodzice, ale szkoła jest w moim odczuciu systemem uzupełniającym wychowanie w domu, odgrywającym niebagatelną rolę w kształtowaniu osobowości młodych ludzi i drugą istotną kwestią jest ilość czasu jaką dzieci i młodzież spędzają w szkole.

W pancerzu.

w pancerzu

Bardzo ciężko jest poruszać się w zbroi. Siermiężna konstrukcja chroni ubranego w nią człowieka, ale nie czarujmy się – noszenie takiego pancerza do zadań lekkich i przyjemnych nie należy. Zbroja rycerska ważyła od 20 do nawet 55 kilogramów, ale współczesne zbroje są znacznie cięższe!

Przyszło nam żyć w czasach niełatwych, kiedy zewsząd jesteśmy atakowani przez informacje czy sugestie jacy powinniśmy być, jak wyglądać, jakie powinno być nasze życie, co jest miarą naszego sukcesu. Normy społeczne oraz media regulują niemal każdą sferę naszego życia, ingerując nawet w tak „czułe” przestrzenie jak posiadanie dzieci czy sposób otwierania się na innych ludzi. W mediach społecznościowych największą popularnością wydają się cieszyć Ci, którzy odsłaniają najwięcej. Introwertycy mają teraz pod górę. Na topie jest ekspansja własnej osoby, sięganie po szczyty gór i dzielenie się ze światem wszystkim – łącznie ze zdjęciem swojego obiadu.

Kiedy jednak dochodzi do rzeczywistych czy codziennych konfrontacji z życiem śmiałkowie często chowają się za fasadą wyuczonych wzorców zachowań i pozytywnego myślenia, nie ujawniając wiele (lub wcale) swojego prawdziwego „ja”. Prawdziwe „ja” zatem też lekko w tych czasach nie ma, bo często zostaje odsunięte na drugi plan, tudzież szczętnie ukryte, by nie dosięgnął go wzrok ludzi z zewnątrz – nawet tych najbliższych. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że boimy się lub nie potrafimy być sobą, wyrażać własnych poglądów, a nawet czuć. Czuć całym sercem i duszą, bo czucie i obnażenie się przed kimkolwiek ze swoich uczuć może zakończyć się zranieniem, a to przecież ostatnia rzecz, której w natłoku codziennych spraw potrzebujemy…

Niejednokrotnie zastanawiałam się jak ciężko musiało być tym średniowiecznym rycerzom, którzy przemierzali setki czy tysiące kilometrów opancerzeni w zbroje. Ale czy nam – także opancerzonym w zbroje – jest lżej?

Dlaczego nauczyliśmy się tak solidnie opancerzać? Uważam, że przede wszystkim ze strachu. Ze strachu przed tym, co złe bądź niepożądane. Ze strachu przed odrzuceniem – przede wszystkim! Ze strachu przed atakami otoczenia, przed nieuzasadnioną krytyką. Ze strachu przed utratą swojej pozycji społecznej czy zawodowej. Ze strachu, że nie zostaniemy zaakceptowani tacy, jacy jesteśmy. Ze strachu przed zranieniem. Ze strachu przed utratą swojego komfortu życia. Pewnie powodów jest tak wiele, jak wiele pancerzy. Po prostu w zbroi jest bezpieczniej, a że ciężej to już druga sprawa.

Z tymi naszymi zbrojami problem jest też taki, że długo lub w ogóle nie zdejmowane mają zdolność przyrastania do nas i stają się niemal „naturalną” warstwą. Jednak czy możliwe jest kroczenie po tym świecie z ciężarem pancerza, bez skutków w perspektywie długoterminowej? Pewnie tak, tylko później dzieje się coś jeszcze innego – powstają kolejki. Kolejki do dobrych psychologów, terapeutów, coachów. Kolejki po receptę. Kolejki do badań na dolegliwościami, które nękają nas, a które trudno z fizjologicznego punktu widzenia wytłumaczyć. Problem polega na tym, że te kolejki się wydłużają, ale jeszcze większy problem mają ci, którzy nie decydują się nawet w nich stanąć, pomimo że zbroja spowodowała już niemałe odparzenia…

Moim zdaniem nie możemy iść przez życie opancerzeni. Pewnie, że czasami trzeba mieć „grubą skórę”, czasami trzeba się nawet uzbroić, ale tą zbroję trzeba zdjąć, gdy nadejdzie czas. Z drugiej strony sama dobrze wiem jak trudno jest żyć ze swoim prawdziwym „ja” w zgodzie. Pozwolenie sobie na otwartość serca i umysłu przed innymi ludźmi zawsze obarczone jest ryzykiem – zwłaszcza, że tych, którzy czyhają na atak jest bardzo wielu. Widać to doskonale po fali hejtu, która każdego dnia przelewa się w każdym jednym zakamarku internetu. Hejtu, który jest wyrazem słabości, ale także zagubienia, braku komfortu we własnym życiu i przede wszystkim skrywanej wrażliwości oraz braku akceptacji dla siebie.

Im więcej z nas będzie zakładać pancerze tym będzie trudniej, tym mniej będzie miłości i zrozumienia na świecie. Odsłonięcie siebie ma potężną moc. Wrażliwość i otwartość miażdżą góry lodowe.

Bycie takim, jakim się jest w środku, ma niezwykłą moc. Tylko dzięki takiej postawie możemy tworzyć życie, jakiego naprawdę pragniemy. Dzięki takiej postawie nie tylko nasze związki są lepsze, ale wszystkie relacje, jakie w życiu tworzymy. Dzięki takiej postawie nasze dzieci będą budować lepszy świat – świat bez pancerza. Dzięki takiej postawie nasze życie będzie pełne tego, kim my naprawdę jesteśmy. Wypełnijmy je prawdziwością po brzegi.

Obyśmy jak najczęściej decydowali się zdejmować zbroję!

O czynnikach, które scalają związek.

co scala związek

Na naszych małżeńskich czy partnerskich szlakach nie brakuje wyzwań. Przede wszystkim każdy związek przechodzi kilka kluczowych etapów, z których każdy jest równie ważny. Jak o nich myślę to zawsze nasuwa mi się porównanie do formowania się zespołu, zaczerpnięte z teorii zarządzania. W myśl tej teorii każdy zespół (team) przechodzi przez cztery kluczowe fazy: forming (tworzenie, formowanie), storming (docieranie), norming (normowanie/stabilizowanie) i performing (realizowanie). Choć sfera miłości i biznesu to dwie inne bajki model ten w moim odczuciu funkcjonuje podobnie w nich obydwu.

 – CO SCALA NAS NA POCZĄTKU? –

Kiedy się poznajemy nie wiemy o sobie nic – przynajmniej na poziomie świadomym, bo podświadomość jak wiadomo kroczy własnymi ścieżkami, które wybiegają daleko poza to, co rozumiemy w danym momencie. Zdaniem wielu badaczy to właśnie nasza podświadomość decyduje o wyborze ludzi, którymi się otaczamy – zresztą, jak o wielu innych rzeczach 😉

Zatem na początku scala nas w pewien sposób „magiczna” siła, intuicja, zauroczenie, które podpowiada nam, że to może „ten” czy „ta” właśnie, z którą warto się związać. Początki związku są zwykle intensywne. Dużo rozmawiamy, dużo czasu ze sobą spędzamy i chłoniemy się bezkrytycznie. Pojawia się jakieś uczucie, więź. Zaczynamy dostrzegać co łączy nas na bardziej fizycznym poziomie – mam tu na myśli wspólne poglądy, zainteresowania, a może nawet cele. Finalnie zapada decyzja, że chcemy być razem.

– WSPÓLNE WARTOŚCI –

W kolejnych fazach rozwoju związku niezwykle ważne stają się dla jego trwałości wspólne wartości. Myślę, że niekoniecznie musimy w 100% podzielać wszystkie wartości partnera, ale jest pewien trzon w hierarchii każdego z nas, który w tym wypadku powinien być podobny. Trudno żeby razem było dwoje ludzi, gdy dla jednego z nich najważniejszy jest ład i porządek, a drugiemu na tym nie zależy – może jest to możliwe, ale nie wiem czy taki związek przetrwa długie lata. Wspólne wartości dają nam jasność naszych dążeń jako dwójki ludzi oraz każdego z nas z osobna. Łączą nas w tych dążeniach. Sprawiają, że chcemy wspierać drugiego człowieka. Tłumią w zarodku wiele niepotrzebnych konfliktów, bo sprawiają, że lepiej się rozumiemy.

Ale… wartości w dłuższej perspektywie mogą się zmieniać… a wtedy pojawiają się kryzysy.

– TRUDNOŚCI, PRZEZ KTÓRE PRZECHODZIMY –

Nikt z nas tego nie chce, ale tak już jest, że nawet najlepsze związki borykają się z mniejszymi lub większymi kryzysami. Zwłaszcza obecnie, kiedy tempo życia przyprawia o zawrót głowy. Problemy w związku są tymi, które bolą najbardziej. Zwłaszcza, gdy jesteśmy już w zaawansowanym stadium i zwłaszcza, gdy zależy nam na sobie. Bywa naprawdę trudno. Te trudności, przez które przechodzimy pokazują nam tak naprawdę, że związek to dwoje ludzi – dwa odrębne jabłka, a nie dwie połówki jednego jabłka! Będąc ze sobą dłużej nie unikniemy poważnych zmian jakie będą zachodzić w życiu naszym lub partnera, nie unikniemy przewartościowania w różnych sferach życia, nie unikniemy kłótni, rozterek, trudnych momentów. Najważniejsze, to żeby mimo wszystko zależało nam na tym, by znaleźć do siebie drogę. Znaleźć ją w nowych okolicznościach. Spróbować iść dalej. Spróbować zaakaceptować zmianę i dopiero później oceniać, czy nam z nią dobrze czy nie. Trudności, przez które przejdziemy dadzą nam siłę do dalszej wspólnej drogi.

– SZCZERA KOMUNIKACJA –

Nie ma nic gorszego niż niedomówienia, ciche dni, brak rozmowy i brak szczerego mówienia o tym, co nam na sercu leży. Mam takie poczucie, że będąc razem i chcąc być nadal razem musimy być wobez siebie szczerzy, ale nie tak na wpół szczerzy albo szczerzy wtedy kiedy nam pasuje, ale zawsze – niezależnie od tego, czy nasze szczere wyznania przypadną partnerowi do gustu czy nie. Mamy z mężem na swoim koncie takie doświadczenia, że czasami nam się coś „rozjeżdża”. Nie zawsze kierunek, w którym chce iść ta druga osoba jest zgodny z naszymi oczekiwaniami czy pomysłem na wspólne życie. Pytanie, czy jesteśmy chętni spróbować, zaakceptować, zrozumieć, coś zmienić?

Nie ma ludzi idealnych i nie ma związków idealnych, ale mamy wpływ – i to niebagatelny! – na przepływ komunikacji pomiędzy sobą, na poziom szczerości, na który potrafimy się zdobyć i na to, czym chcemy się ze sobą podzielić, a czym nie.

– SZACUNEK –

Niby to oczywiste, ale jednak… Według mnie szacunek to jedna z kluczowych wartości, które scalają związek. Przejawia się we wszystkim. Począwszy od sposobu w jaki ze sobą rozmawiamy, skończywszy na tym, jak się traktujemy – długoterminowo. Chcę tu położyć nacisk zwłaszcza na to, co dzieje się pomiędzy ludźmi z czasem, liczonym już raczej w latach. Bez szacunku dla siebie samego, partnera czy dzieci trudno budować wartościowy, dobry związek na lata.

– MÓWIENIE O SWOICH POTRZEBACH –

Może nam się to wydać bardzo egoistyczne, ale wierzcie mi lub nie, moim zdaniem mówienie o tym, czego JA potrzebuję jest kluczem do zdrowego funkcjonowania związku. Oczywiście jeśli druga strona też nam swoje potrzeby komunikuje 😉 Może wydawać się to banalne, ale nie można milczeć o tym, czego chcemy, czego potrzebujemy, co nam się nie podoba, co w nas siedzi. Milczenie rodzi niezrozumienie, a to pociąga za sobą konflikty i/lub wzajemne oskarżenia.

– ŚWIADOMOŚĆ, ŻE NIE MUSIMY BYĆ RAZEM, ALE CHCEMY –

„Chcę” – słowo klucz. Od początku naszego związku z mężem wyznajemy taką zasadę, że chcemy ze sobą być, ale nie musimy. Oczywiście teraz, kiedy są dzieci sytuacja jest bardziej skomplikowana, jednak nadal podtrzymujemy to stanowisko. I właśnie to, że mamy dzieci sprawia, że wcale nie zależy nam mniej, a bardziej, ale nie ze względu na dzieci a ze względu na życie, które ze sobą tworzymy. Mimo wszystko nigdy nie powiedziałam mojemu mężowi, że nie może odejść, tak jak on nie powiedział tego mnie. Kiedy zdecydowaliśmy się wziąć ślub cywilny w pewnych gronach naszych znajomych zawrzało. Niektórzy delikatnie podpytywali „dlaczego?”. Nie była to popularna decyzja w naszym środowisku. Pamiętam, że kiedy jedna z moich przyjaciółek właśnie w taki delikatny sposób zapytała mnie „dlaczego?” odpowiedziałam jej właśnie, że „święty węzeł” nie jest dla nas gwarancją niczego – nie w tych czasach. Udać nam się może tylko jeśli naprawdę i konsekwentnie będziemy chcieć być ze sobą, mając jednocześnie świadomość, że któreś z nas w jakimś momencie może przestać chcieć. Takie podejście wbrew pozorom dodaje nam sił.

* * *

Im dłużej jestem w związku i im dłużej mamy dzieci, tym trudniej jest ciągnąć to dalej. Wiem, że to może brutalne wyznanie, ale tak jest. Z biegiem czasu wcale nie zmniejsza się poziom trudności bycia z drugim człowiekiem. Z biegiem czasu pojawiają się nowe, często bardziej wymagające wyzwania. Z biegiem czasu zmieniamy się my i zmieniają się nasi partnerzy. Z biegiem czasu życie rodzinne też wchodzi na wyższy poziom trudności. Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że nie warto, ale trzeba mieć świadomość tego, że dzielenie życia z kimś to nie słodkopierdząca komedia romantyczna, to jest życie – we wszystkich jego przejawach.

Nie wszyscy muszą cię lubić. O trudnej sztuce życia tak, by nie próbować dogodzić innym.

sztuka mówienia nie

Wielu z nas zostało wychowanych w tradycyjny sposób, w modelu, który funkcjonował przez ostatnich 30 – 40 lat i opierał się na pojęciach takich jak „grzeczność”, „posłuszeństwo” czy „dyscyplina”. Zasadniczym celem tego modelu było wychowanie dziecka jako grzecznego i posłusznego małego człowieka, czyli także dopasowanego i spełniającego oczekiwania rodziców, a później także nauczycieli, pracodawców i innych osób.

Przez całe nasze dzieciństwo i młodość oczekiwano od nas podporządkowania się woli rodziców oraz ich wymaganiom, jako jedynym słusznym. Abstrahuję tutaj od wątków przemocowych, mówię o normalnych, zdrowych polskich rodzinach, gdzie tak się wychowywało i często nadal wychowuje się dzieci. Mnie interesuje druga strona medalu, bo sama byłam takim grzecznym, posłusznym dzieckiem. Kochano mnie, dbano o mnie i traktowano bardzo dobrze, ale… w naszym domu obowiązywały pewne kanony i zasady, których musiałam się trzymać, niezależnie od własnych poglądów, uczuć czy emocji. I tutaj klaruje mi się klucz do długiego i skomplikowanego procesu poszukiwania siebie, który trwa właściwie od momentu, kiedy wkroczyłam w dorosłe, samodzielne życie i zaczęłam dostawać po d***e.

Pierwszym, czego musiałam się nauczyć była umiejętność mówienia „nie”. Wychowana w pewnym poczuciu, że jestem dobra i wartościowa, kiedy potrafię się dostosować miałam ogromny problem z odmawianiem ludziom. Czasami potrafiłam się postawić, ale właściwie dopiero w momencie, kiedy ktoś dosłownie wszedł mi już na głowę. Kiedy chodziło tylko o delikatne przesuwanie czy naruszanie moich granic zwykle dostosowywałam się. „A co mi szkodzi, przynajmniej komuś pomogę/ktoś będzie ze mnie bardziej zadowolony…” – myślałam. Całe szczęście, że po maturze wyprowadziłam się do Warszawy, bo to nie jest łatwe miasto do życia. Myślę, że znalazłam się właśnie tam, by odbyć kilka kluczowych lekcji. Jedną z nich było nauczenie się odmawiania, bez strachu przed odrzuceniem i bez poczucia, że w wyniku odmowy ktoś może przestać mnie lubić, a ja będę czuła się przez to gorsza.

W kolejnym etapie potrzebowałam nauczyć się akceptować siebie taką, jaką jestem. I to było niezwykle trudne zadanie. Wychowano mnie w taki sposób, że mimo wszystko miałam poczucie wielu deficytów, z którymi próbowałam intensywnie walczyć. Chlebem powszednim było wytykanie sobie błędów i nękające mnie poczucie, że nie jestem wystarczająco dobra, by sięgać dalej i wyżej. Zawsze tłumaczyłam sobie czego jeszcze nie wiem i nie umiem. Nie potrafiłam powiedzieć sobie „jesteś fajna taka jaka jesteś, nie musisz czegoś wciąż innym i sobie udowadniać, by zasłużyć na akceptację”. Na szczęście ten etap mam już za sobą.

Z tego punktu płynnie można przejść do kolejnej mojej bolączki płynącej z wychowania w modelu „grzecznej dziewczynki”, a mianowicie do zaniżonego poczucia własnej wartości. U mnie objawiało się to nie tyle jakimiś tendencjami autodestrukcyjnymi czy innymi zaburzeniami, ile lękiem przed sięganiem po swoje marzenia, lękiem przed realizowaniem własnych pomysłów i planów. Po prostu nie wierzyłam, że mam tę moc 😉 Nie wierzyłam w silę swoich zdolności. Wciąż wydawało mi się, że aby móc zrealizować takie czy inne marzenie powinnam się doskonalić, uczyć, robić coś lepiej, a właściwie doskonale, jeśli nie…

Perfekcyjnie…. Trutka umysłu – perfekcjonizm. Wiąże się także z niskim poczuciem własnej wartości. Może wydawać się, że w byciu perfekcyjnym chodzi o robienie czegoś idealnie, jednak nie w tym rzecz. Perfekcjonizm wiąże się raczej z dążeniem do zyskania akceptacji na zewnątrz, do robienia czegoś, by zadowolić innych lub zyskać ich aprobatę. Wynika tak naprawdę z faktu, że chcemy udowodnić coś innym, a tak naprawdę brakuje nam poczucia, że jesteśmy wystarczająco dobrzy tacy, jacy jesteśmy NAPRAWDĘ.

Kiedy już wyrosłam z nękających mnie bolączek, nauczyłam się odmawiać, zaczęłam siebie akceptować w 100%, bardziej wierzyć w siebie i przestałam zabiegać o aprobatę ludzi wokół, dogadzając im w taki czy inny sposób, wówczas moje życie zaczęło się lepiej układać, „wygładziło się” i daje mi o wiele więcej satysfakcji. Ale… wiele osób przestało mnie lubić albo przestał im się podobać styl mojego bycia. Wszak nie lubimy ludzi, którzy mają odwagę żyć po swojemu, twarz mają zwróconą w kierunku własnych celów i wartości. W obliczu takiej postawy zostają przy naszym boku tylko ci, którzy są nam najbliżsi i którzy potrafią dotrzymać nam kroku.

Kilka tygodni temu moja starsza córka wróciła z przedszkola ze skwaszoną miną. Dociekając, co się wydarzyło, w końcu usłyszałam, że jedna z dziewczynek powiedziała, że jej nie lubi, a moja Iskierka żaliła się do mnie: „wiesz mamo, a ja się tym bardzo przejmuję, że ktoś mnie nie lubi”. Usłyszała wtedy ode mnie, że nie wszyscy w życiu nas lubią i to jest w porządku, tak samo jak my nie musimy lubić wszystkich. Ludzie, których naprawdę warto mieć przy sobie nie oczekują od nas poklasku, dopasowania się czy porzucenia siebie na rzecz ich dobra. Ludzie, których naprawdę warto mieć przy sobie szanują nas i naszą indywidualność, akceptują i są przy nas zawsze, nie widząc w tym swojego interesu.

Życie w prawdzie, w zgodzie ze sobą, wiąże się z ryzykiem, że nie wszystkim będzie się to podobać, nie wszyscy nas polubią, a może nawet niektórych będziemy irytować lub przerażać, ale nimi nie warto się przejmować. To nie są kompani naszej podróży. Ja już wiem, że nie warto żyć tak, by się komuś przypodobać, by zasłużyć na czyjąś sympatię czy akceptację. I choć jest to bardzo trudne, to bez dwóch zdań warte zachodu.

Czy można zmienić drugiego człowieka? O tym, co jest motorem wewnętrznej przemiany.

zmiana drugiego człowieka

Kilka dni temu miałam okazję wybrać się do spa. Podczas rozmowy z panią kosmetyczką zeszło na temat rosnącej diametralnie liczby rozwodów i okazało się, że pani także jest po rozwodzie. Trafiłam na wariata – skomentowała krótko – Ale wie pani, wierzyłam, że go zmienię…. – dodała.

 – CZY MOŻNA ZMIENIĆ DRUGIEGO CZŁOWIEKA? –

W mojej opini nie można. Dlaczego? Bo bez wewnętrznej motywacji, bez wewnętrznego dążenia do zmiany, nie może ona zaistnieć. Można kogoś zainspirować do zmiany, ale nie można drugiego człowieka zmusić do zmiany, a już na pewno nie zmienimy go naszą miłością, dobrem czy poświęceniem. W to nie wierzę.

– CO JEST MOTOREM WEWNĘTRZNEJ PRZEMIANY? –

W moim przekonaniu zmiana, taka prawdziwa zmiana dokonuje się w człowieku, gdy on sam czuje potrzebę zmiany, dąży do niej i jest przekonany, że ta zmiana jest mu potrzebna do rozwoju, do wzrastania czy do bycia bardziej szczęśliwym bądź spełnionym człowiekiem.

Po drugie zmiana może dokonać się tylko w warunkach akceptacji swojego życia i siebie. Przy czym akceptacja nie polega na poddaniu się czy braku dążeń. Akceptacja polega na umiejętności przyjmowania wszelkich doświadczeń, które stają się naszym udziałem. Dlaczego akceptacja jest tak ważna? Ponieważ aby dokonać wewnętrznej przemiany musimy mieć w sobie naturalną zdolność do przyjęcia wszystkiego, co się z tą przemianą wiąże oraz potrzebujemy być pogodzeni sami ze sobą. Bo zmiana to nie jest dążenie z punktu A do punktu B ścieżką usłaną różami. Zmiany bywają bolesne i trudne, wymagają od nas często poruszania obszarów duszy i serca, których możemy nie chcieć poruszać. Zmiany mogą wymagać od nas niemałego wysiłku, konsekwencji i wytrwałości. Jeżeli więc zabraknie w naszym życiu akceptacji ziarno może nie mieć szans na kiełkowanie.

Takim najbardziej popularnym przykładem zmiany stanu rzeczy jest dla mnie przechodzenie na dietę – oczywiście żeby schudnąć. Osiągnięcie celu tak na trwałe i w 100% jest udziałem może kilku procent wszystkich odchudzających się. Dlaczego? Moim zdaniem przede wszystkim dlatego, że motywacją do przejścia na dietę są kompleksy, a co za tym idzie brak akceptacji siebie i położenia, w którym się znajdujemy. Zaczynamy więc z myślą „nie lubię siebie takiej, jaką jestem, więc chcę schudnąć”. To nie jest pozytywny przekaz w naszym życiu. Nic dziwnego, że wytrwają nieliczni. Właściwie powinniśmy podejść do tego w ten sposób: „Coś zawiodło w moim życiu, ale chcę trwale to zmienić, wiem że stać mnie na to, wiem, że sobie poradzę, wiem, że jestem tego warta.”

Po trzecie zmiana wymaga pracy, często ciężkiej pracy. Nawet wydawać by się mogło taka prosta zmiana jak przejście na dietę jest procesem wiele od nas wymagającym, bo przede wszystkim musimy nauczyć się odżywiać inaczej, poznać kaloryczność produktów, bardziej uważnie robić zakupy, co może być czasochłonne i poświęcić też czas na przygotowanie zdrowych posiłków.

Zatem patrząc na problem racjonalnie zmuszenie kogoś do podjęcia zmiany wydaje mi się niemożliwe. Każda zmiana zaczyna się w nas samych, każda jest wzbudzana przez sumę wydarzeń i  doświadczeń, które są naszym udziałem i aby ta zmiana była prawdziwa, głęboka i trwała musi mieć przestrzeń w nas, by mogła zaistnieć. Nie można tego procesu wymusić na drugim człowieku, nie można go przez to przeprowadzić głaskając go po głowie i zapewniając o swojej miłości. Wreszcie nie można oczekiwać od kogoś, że się zmieni, wiążąc się z nim, bo oczekiwania są wyrazem braku akceptacji, a jak nie ma akceptacji nie ma prawdziwej miłości.

– CO TA RELACJA MÓWI MI O MNIE? –

Kiedy mamy ochotę związać się z kimś, kogo wierzymy, że możemy zmienić tak naprawdę na samym początku powinniśmy zapytać siebie: „Dlaczego?” Co ta relacja mówi mi o mnie samej/o mnie samym? Co chcę sobie powiedzieć? Co to dla mnie może znaczyć?

Bo tak naprawdę relacje, które tworzymy w życiu nie są o tej drugiej osobie, one są o nas samych.

Księżniczka zamknięta z niewolnikiem. O przestrzeni i dystansie w związku.

Jest taka jedna piosenka o pięknych czarnych oczach, która zaczyna się słowami: „Złe kilometry dzieeelą naaaas…” Czy te kilometry są rzeczywiście takie złe? Albo patrząc z innej perspektywy: czy dystans służy związkowi? Opowiem Ci kolejną część mojej historii.

Ale najpierw podzielę się z Tobą opowieścią o pewnej księżniczce.

Arabska księżniczka postanowiła poślubić jednego ze swych niewolników. Żadne prośby króla ani jego wysiłki, by dziewczyna zmieniła zamiar, nie dały rezultatu. Doradcy króla nie wiedzieli, co mu poradzić.

W końcu na dwór przybył stary hakim i słysząc o zmartwieniu króla, rzekł:

– Mylą się, radząc Waszej Wysokości, by zabronić córce ślubu, bo tym bardziej będzie cię nienawidzić i tym silniej będzie kochać niewolnika.

– Powiedz więc, co mam czynić.

Hakim zasugerował mu pewien plan. Król odniósł się do niego dość sceptycznie, ale postanowił spróbować. Posłał po córkę i rzekł do niej:

– Mam zamiar poddać próbie twoją miłość do tego człowieka. Zostaniecie zamknięci w małej celi na trzydzieści dni i nocy. Gdy po tym czasie nadal będziesz chciała go poślubić, dostaniesz moją zgodę.

Uszczęśliwiona księżniczka przytuliła się do ojca i z radością przyjęła propozycję. Wszystko szło dobrze przez pierwsze kilka dni, lecz wkrótce nadeszła nuda. Po tygodniu wzdychała do innego towarzystwa i denerwowało ją każde słowo i gest ukochanego. Po dwóch tygodniach miała już dość tego człowieka, zaczęła krzyczeć i walić w drzwi celi. Kiedy w końcu ją wypuszczono, rzuciła się w ramiona ojca pełna wdzięczności za ocalenie jej od człowieka, którego teraz nienawidziła.*

Od początku naszej znajomości mój związek z mężem naznaczony był piętnem dzielącej nas odległości. Ja mieszkałam w Warszawie, on w Dublinie. Nauczona jednak doświadczeniem z czasów, gdy byłam nastolatką, podeszłam do tej relacji zupełnie inaczej, a mianowicie pozwalałam dziać się sprawom zgodnie z ich naturalnym rytmem, zachowując jednocześnie znaczący dystans do tej relacji. Z czasem okazało się to dobrym posunięciem, bo nie żyłam w męczarniach „związku na odległość”, tudzież nie straciłam szansy na związek z tym mężczyzną. Bo w końcu nadszedł właściwy dla nas obojga czas, kiedy zdecydowaliśmy się być razem, rozumiejąc, że dzieląca nas odległość musi zniknąć.

Kiedy już staliśmy się związkiem z prawdziwego zdarzenia, a na świecie pojawiła się Iskierka wciąż w naszym życiu wracały jakieś wątki emigracyjno-wyjazdowe. Dziś rozumiem już, że powrót z emigracji jest procesem i trwa znacznie dłużej niż lot stamtąd tutaj, ale wtedy nie wiedziałam jaka siła pcha mojego partnera w kierunku kolejnych podróży – jak najbardziej sensownych i uzasadnionych. Abstrahując od wątków psychologicznych dość szybko zorientowaliśmy się, że krótkie rozłąki wcale nie szkodzą naszej relacji, ale wzmacniają ją. I nie mówię tu o kilkutygodniowych wyjazdach (choć i takie miałe miejsce), ale raczej o kilku czy kilkunastodniowych.

Obecnie mój mąż ma fajną i rozwijającą pracę, ale jak możesz się domyślić związaną z dość częstymi wyjazdami zagranicznymi. Jeżeli jest ich za dużo i trwają zbyt długo muszę przyznać, że kosztują nas sporo energii. Ja zostaję sama z dzieckiem, psem i domem, a mąż wyjeżdża w długą, męczącą podróż. Ale on lubi takie wyzwania, a mnie nawet przez myśl nie przeszło, by zmieniać jego życie. Jak to jego? – możesz pomyśleć. W moim odczuciu to, że jesteśmy małżeństwem nie czyni z nas jedności, tudzież jednej duszy w dwóch ciałach. Szczerze mówiąc takie frazesy już dawno wsadziłam między bajki. W związku każda z osób jest inna i wartościowa na swój sposób – pozbawienie drugiej strony tego, co dla niej ważne czy wartościowe nie działa na korzyść relacji. Tylko będąc naprawdę sobą możemy dawać drugiemu człowiekowi to, co najcenniejsze. I tylko będąc naprawdę sobą możemy brać od drugiego człowieka to, co najcenniejsze.

Czy on daje mi to samo? Tak. Choć w inny sposób, wszak ja nie mam potrzeby wyjeżdżać, ale lubię czasami być sama, pojechać na kawę, poczytać książkę w spokoju, wyjść z domu, czy napisać coś tutaj i nigdy nie usłyszałam od męża „nie idź”. Poza tym wspiera mnie jak może w realizacji wszelkich moich pomysłów – to on jest pierwszą osobą, która się o nich dowiaduje i nie zdarzyło się, żeby podciął mi skrzydła.

Co zatem działa na korzyść związku?

Na pewno dystans. Uczepienie się szponami ramienia ukochanego czyni z nas sępa, nie partnera.

Uważam także, że krótkie, sporadyczne rozłąki też świetnie działają. Tęsknota nikogo chyba jeszcze nie zabiła, a potrafi rozbudzić uczucia –  przypomnieć nam, co do tej drugiej osoby czujemy. Poza tym podczas takiej rozłąki człowiek uświadamia sobie ile dobrego jest w drugiej osobie, przypominamy sobie o tym, co w nim najbardziej wartościowe. Kilka dni to za krótko, by idealizować człowieka, z którym mieszkamy pod jednym dachem, ale za długo, by za nim nie zatęsknić. Co też ciekawe – jeśli uważasz, że Twój partner/partnerka (mąż/żona) „siedzi” w domu, tudzież „nic nie robi po pracy”, pozwól jej/jemu wyjechać na tydzień gdziekolwiek, a wtedy rzeczywiście przekonasz się czym jest to „siedzenie” bądź „nicnierobienie”.

Swoją drogą to także dobry zabieg dla związków z małym dzieckiem. Gdy nasza córeczka miała 6 miesięcy ja wybrałam się na dwudniową konferencję do Gdańska, zostawiając męża sam na sam z niemowlakiem. Po tym wyjeździe stał się prawdziwym orędownikiem docenienia roli kobiety, która zajmuje się dzieckiem 😉

Ogromną korzyścią płynącą z krótkich wyjazdów jest także fakt, że trudniej znudzić się sobą nawzajem. To jest bardzo fajne. Życie rodziny przestaje być takie rutynowe, nudne, powtarzalne, bo co jakiś czas wszyscy przestawiamy się na inny tryb. Oczywiście, że bywa trudno czasami. Na przykład, gdy dzień po wyjeździe męża dziecko się rozchoruje, nie śpię ze trzy noce, muszę poradzić sobie ze wszystkim sama, ale właśnie wtedy myślę sobie „kurcze, a jednak ma znaczenie, gdy jest z nami, choćby dwie godziny wieczorem”.

Takie rozłąki wzmacniają także fundamentalne dla związku wartości, takie jak zaufanie, przyjaźń, wiarę w drugiego człowieka. Bez zaufania to się nie uda. Wiem, bo na początku bywałam zazdrosna albo kłuło mnie coś w serce, gdy wiedziałam, że będzie jadł kolację biznesową także w towarzystwie kobiet, które mogą być atrakcyjne. Zastanawiałam się nie raz gdzie jest i co robi wieczorami, czy na pewno jest w hotelu…? Wyobraźnia może podsunąć różne scenariusze. Ale to były tylko moje myśli. Oczywiście gdybym pozwoliła im się rozwijać mogłoby już nie być nas albo bylibyśmy trochę poszarpani. Jednak poszłam w kierunku zaufania i wzmacniania tego, co ważne i dobre. Jak w każdym takim przypadku to do nas należy wybór, którego wilka karmimy.**

Dużo piszę o rozłąkach, ale chcę też zwrócić uwagę, że bardzo ważne jest dawanie sobie nawzajem przestrzeni każdego dnia, takiej przestrzeni, w której człowiek ma choćby 5 minut, by być sam ze sobą. To jest też bardzo trudne w naszym zapracowanym świecie i jeszcze trudniejsze w rodzinie, gdzie poza naszą dwójką jest jeszcze ktoś, ale wiem, że można. Choć obalę w tym miejscu mit, że zawsze powinno się to odbywać tak, by panowała równowaga. To idealny scenariusz 😉 Niemniej jednak można. I ta przestrzeń indywidualna jest bardzo ważna, byśmy byli bardziej szczęśliwi ze sobą, jako dwoje ludzi. Dystans w związku tak naprawdę sprawia, że stajemy się sobie bardziej bliscy.

 „Życie osobno czyni wspólne życie łatwiejszym. Bez dystansu nie ma wspólnej więzi.”           Anthony de Mello

* Opowieść pochodzi z książki „Modlitwa żaby”, której autorem jest Anthony de Mello.

** Indiańska przypowieść o dwóch wilkach.