O tym, czego nie nauczyli mnie w szkole.

szkoła

Szkoła jest miejscem, w którym dzieci i młodzież zdobywają wiedzę i umiejętności potrzebne w dalszym czy dorosłym życiu – tak to wygląda w teorii. Dokumentem potwierdzającym zdobycie pewnych zasobów jest świadectwo „dojrzałości”, które powinno świadczyć o przygotowaniu kandydata do dorosłego życia. W praktyce jest zgoła inaczej.

Moja opinia na temat polskiego systemu edukacji jest bardzo krytyczna – niestety. Bardziej jednak martwi mnie to, że nie widzę, by wprowadzano istotne zmiany w zakresie przygotowania młodych ludzi do dalszej drogi.

Czego zatem nie nauczyli nas w szkole?

  1. Przede wszystkim samodzielnego myślenia. Wkuwanie definicji czy powtarzanie tego, co podyktował nauczyciel nie należy w mojej opinii do rozwijających. Oczywiście, że są przedmioty, które tego wymagają, ale odnoszę wrażenie, że właściwie przez wszystkie szkolne, a nawet studenckie lata, zajmowałam się uczeniem na pamięć. I z tego miejsca mogę przejść do punktu nr 2, bo…
  2. Nie nauczyli mnie poznawania siebie, odkrywania siebie – swoich mocnych stron, ponieważ wszyscy zobligowani są uczyć się wszystkiego. W ten sposób system przeładowany wiedzą nie stawia na rozwój kompetencji miękkich, a co za tym idzie, nie pozwala nam odkrywać swoich własnych możliwości, mocnych stron, atutów. I jeśli w jakikolwiek sposób miały pomóc w tym szkoły średnie „profilowane” to w moim odczuciu nie spełniają swojej funkcji, gdyż całą podstawówkę i tak wszyscy uczą się wszystkiego, nie mając wiele miejsca na poszukiwanie swojej unikalności.
  3. Współpracy oraz pracy zespołowej. Najwyższym aktem współpracy, którego w moim odczuciu uczyliśmy się sami, było ściąganie albo przepisywanie prac domowych 😀 Poza tym każdy wykonuje zadania z nosem we własnym kajecie, czasami w parach. A czego wymaga się od nas, gdy wkraczamy w życie zawodowe pełną parą? Pracy zespołowej, umiejętności współpracy, ot co!
  4. Asertywności, co to, to nie. Lepiej było zamilknąć, gdy pani „profesor” wygłaszała swoje opinie o temacie, o nas czy do nas, nie pozostawiając miejsca na powiedzenie nam swojego zdania.
  5. Negocjacji – nie ma co pod sobą dołków kopać 😉
  6. Wartości, które są dla nas osobiście ważne. No cóż, trzeba kierować się wartościami wspólnymi, nie ma miejsca na tworzenie własnego szkieletu.
  7. Szacunku – takiego pełnego. Do dziś mam przed oczami rozdartą buzię, żeby nie napisać gębę, pani od matematyki w klasach 1-3, która jednego z kolegów w pierwszej klasie wytargała za ucho z krzesełkiem z ławki i zaciągnęła go aż pod tablicę za to biedne ucho. Doskonale także pamiętam jakie gromy ciskane były pod adresem szkolnych kolegów czy moim, kiedy coś zawaliliśmy. Najgorsze, że niewielu nauczycieli wyrażało opinie o naszych zachowaniach czy pracach, ale formułowali je personalnie do nas jako ludzi. To potwornie krzywdzące.

Jakie są efekty takiego systemu edukacji? Czy świadectwo dojrzałości rzeczywiście świadczy o osiągnięciu dojrzałości?

Efekt jest taki, że co prawda uczono nas budowy komórki i wielu z nas kojarzy nazwę „mitochondrium”, ale pewnie garstka pamięta, czym ono jest. Efekt jest taki, że przeciętny Polak nie pamięta, w którym roku był chrzest Polski, myślę że nawet z datą wejścia do UE wielu ma problem 😉 Efekt jest taki, że właściwie niewiele wiemy, a już na pewno nie wiemy, w którą stronę iść dalej. Może ekonomia, a może jakiś profil językowy, ale co właściwie robić później?

Zapytajcie licealistów co chcą robić w życiu, a gwarantuję, że garstka zna odpowiedź. Cała reszta idzie na oślep, nie mając nawet za bardzo pojęcia w czym są naprawdę dobrzy, ale tak życiowo, nie w zakresie przedmiotów szkolnych, bo 5 z polskiego to jedno, a świadomość tego, że lubi się pisać i można się sprawdzić na przykład w copywriting-u to drugie, dwie inne bajki.

Kiedy odebrałam świadectwo dumnie nazywanym „dojrzałości” tak naprawdę dopiero zaczęłam uczyć się tych wszystkich potrzebnych mi w życiu rzeczy. Dopiero wkraczając na rynek pracy przekonałam się czym jest praca w grupie, jak ważne jest samodzielne myślenie i ile kosztuje brak asertywności. Dorosłe życie postanowiło mnie także skonfrontować z tym co wiem i czego nie wiem o sobie. Kilka lat zajęło mi zrozumienie w czym jestem dobra, a co nie jest moją mocną stroną. Dopiero dziś, kiedy od ukończenia szkoły minęło kilkanaście lat, „wyleczyłam” się nieco z tego, co we mnie wtłoczono. Odkopałam swoją głęboko upchniętą prawdziwą kreatywność i przestałam bać się śpiewać, chociaż żadna ze mnie gwiazda, ale już wiem, że nie muszę nią być, by nucić dzieciom kołysanki do snu i uczyć je, że bycie po prostu sobą to żadna kompromitacja, ale zaleta.

I oczywiście, że wielu z tych rzeczy z powyższej listy możemy i powinniśmy uczyć nasze dzieci jako rodzice, ale szkoła jest w moim odczuciu systemem uzupełniającym wychowanie w domu, odgrywającym niebagatelną rolę w kształtowaniu osobowości młodych ludzi i drugą istotną kwestią jest ilość czasu jaką dzieci i młodzież spędzają w szkole.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s