BEZBŁĘDNI

bezbłędni

Szkoła jest po to, byśmy się nauczyli czegoś o świecie i o ludziach. Przynajmniej w teorii. W praktyce uczą się ci, co chcą. Mniej więcej połowa ściąga, co nie jest najgorszym rozwiązaniem, bo przez przepisywanie też się uczymy 😉 Najtrudniej mają jednak w szkole ci, którzy z różnych powodów uczyć się nie chcą albo robią tyle, co trzeba, ale mają zupełnie odmienne zdanie. Nieprzystosowani nie tylko nie są mile widziani. Oni stanowią zagrożenie dla powodzenia misji wyszkolenia w „jedyny i słuszny” sposób pozostałych.

Szkoła powinna służyć zaspokojeniu celów edukacyjnych społeczeństwa. Już wieki temu przyjęto pewne kanony działania systemu i wciąż się ich trzymamy. Przede wszystkim jednak w szkole pisząc sprawdziany czy odpowiadając na pytania nauczycieli nie powinniśmy popełniać błędów! Za błędy uznaje się nie tylko niedostateczne opanowanie materiału. Często za błędne uznaje się także myślenie inne niż przewidują podręczniki (albo system) oraz postępowanie odbiegające od przyjętych norm. Do dziś miewam w nocy sny o mojej wychowawczyni z liceum – sędziwej nauczycielce języka polskiego – dla której jedyną słuszną odpowiedzią była ta, którą ona miała na myśli. Nasze lekcje – zwłaszcza omawianie lektur – polegały na zgadywaniu, co pani „profesor” ma na myśli. To był koszmar!

Wracając do meritum – w szkole uczy się nas przez cały czas, że błędy są ZŁE! Absolutnie powinniśmy ich unikać. Ci, którym wychodzi to najlepiej, są nagradzani. Ci, którzy popełniają ich najwięcej, są tymi najgorszymi. Zatem w dorosłość wchodzimy z zaszczepionym planem na bezbłędność. Stąd już tylko krok do nieustającej  samokrytyki, tudzież wewnętrznego cenzora, który „strzeże” nas przed popełnianiem błędów.

I o ile zrozumiałe jest dla mnie, że są pewne wzory – zwłaszcza w naukach ścisłych – które działają tylko w określony sposób i po prostu trzeba się ich nauczyć, o tyle nie pojmuję dlaczego mimo wszystko lektury, wiersze czy wiarę w szkole trzeba przyswajać w określony sposób. No i moje ulubione stwierdzenie nauczycieli: „możesz mieć inne zdanie, ale musisz umieć je uzasadnić”. Tylko czy ktoś uczył nas widzieć dyskutowane tematy z różnych perspektyw, tłumaczyć zagadnienia omawiane w szkole na podstawie naszych życiowych doświadczeń? Czy ktoś uczył nas asertywnej komunikacji? Czy ktoś uczył nas argumentowania swojego zdania w bardziej życiowy sposób niż „argumenty za i przeciw” w rozprawce? Jak zatem mam potrafić uzasadnić swoje zdanie…?

W ten oto sposób powstaje armia „BEZBŁĘDNYCH”, których główną życiową misją jest unikanie porażek, odrzucenia i popełniania wszelkiej maści błędów, na różnych polach życiowego doświadczenia.

Utrwaleniu „bezbłędnej” postawy służy także wszechobecny kult sukcesu, który powinien być celem każdego z nas i jest tym pożądanym stanem w życiu. Sukcesu, który w moim odczuciu rozumiany i przedstawiany jest często zbyt powierzchownie oraz jednowymiarowo.

W codziennym życiu wygląda to tak, że wiele z podejmowanych przez nas działań jest w naszym mniemaniu niewystarczająco dobrych, toteż ich nie kontynuujemy. Wiele z naszych dzieł czy pomysłów nie jest dość dobrych/ukończonych, toteż nie dzielimy się nimi z innymi ludźmi. Wiele z naszych marzeń nigdy nie doczeka się realizacji, bo my sami nie czujemy się wystarczająco dobrzy, by podjąć się ich realizacji. Brak nam wiary w to, co wewnątrz nas. Brak nam wiary, że to, co robimy jest dobre. Często brakuje nam wiary w siebie na wielu płaszczyznach.

Ponad to jesteśmy bardzo mocno przywiązani do teorii o posiadaniu „racji”. W szkole nauczyciel zawsze miał rację – czasami nawet, gdy jej nie miał – toteż wyciągnęliśmy wniosek, że jeżeli coś jest naszym powtarzalnym doświadczeniem, to z pewnością mamy rację. Niektórzy są o swojej racji tak bardzo przekonani, że gotowi są nie tylko zaciekle się o nią wykłócać, ale nawet poświęcić rodzinę czy życie. I podobnie jak w szkole, tych którzy nie mają racji (czytaj: mają inne zdanie lub inną wizję rzeczywistości) traktujemy często jako tych gorszych. Wynika to także z faktu, iż jesteśmy bardzo przywiązani do systemu oceniania innych za ich postępowanie.

Tymczasem niejednokrotnie okazuje się, że spora grupa naszych przekonań jest tak naprawdę błędna. Jednak równie często nie jesteśmy tego świadom! Niestety najczęściej nie jesteśmy świadomi przekonań, które nam w życiowym wzrastaniu nie służą… I nie ma co winić za to naszych rodziców czy nauczycieli, bo im też wpojono konkretny zestaw przekonań. Na szczęście obecnie mamy naprawdę duże możliwości dla poszukiwania własnej ścieżki. Mamy możliwość wyboru tego, czego chcemy dla siebie w życiu. Potrzeba jednak sporo pracy, by się o tym przekonać i znaleźć to, co dobre.

Żyjąc w świecie „bezbłędnych” dochodzimy często do punktu, w którym boimy się próbować czy działać, bo możemy ponieść porażkę – którą uznaje się za błąd, za stan absolutnie niepożądany. A jak już wiemy z wczesnych lat dzieciństwa – błędy są złe! Dlatego lepiej nie próbować – przynajmniej się nie sparzymy. Lepiej zaszyć się w naszym kąciku życia i wcale nie próbować nowych rzeczy, bo może się nie powieść, mogą nas przestać lubić. Co więcej, my sami możemy przestać się lubić.

Dlatego wielu planów nie spełniamy ze strachu przed niepowodzeniem.

Tymczasem zwykle jest tak, że żałujemy tego, czego nie spróbowaliśmy, a nie tego, co zrobiliśmy – nawet jeśli się nie udało. Patrząc po sobie w ogóle nie żałuję dziś rzeczy, których BAŁAM SIĘ NAJBARDZIEJ. To właśnie one okazały się tymi najbardziej budującymi doświadczeniami. Tymi, które wniosły mnie na wyższy poziom.

Za to najwięcej kosztowały mnie działania, których nie podjęłam. Słowa, których bałam się powiedzieć czy przekonania, których nie chciałam odpuścić. Tylko że tych kosztów, które ponosimy w wyniku braku działania często nie widać tak od razu. Czasami możemy skalkulować je dopiero po latach.

Unikanie podejmowania działania, bo może ono okazać się naszym „życiowym błędem” jest według mnie jedną z przyczyn niespełnionych marzeń czy zarzuconych planów. Boimy się porażki. Boimy się odrzucenia, które może nas spotkać, jeśli popełnimy błąd.

Naszą dość powszechną strategią jest tworzenie scenariuszy. Niestety bardzo często scenariusze, które tworzymy w swojej głowie oscylują wokół tego, co najgorszego może się wydarzyć. Nie ma co się dziwić. Wszak przez wiele lat dzieciństwa i młodości nie pozwalano nam na popełnianie błędów, a jak już człowiek coś zawalił to wszyscy wiemy jakie słowa krytyki leciały w naszą stronę przez całą klasę. Nie zawsze była to konstruktywna krytyka. No i często była okraszona epitetami kierowanymi do nas jako ludzi, nie zaś odnoszącymi się do konkretnej pracy. Stąd też w dorosłość wchodzimy często ze sporą dozą niepewności, przekonaniem o konieczności podejmowania tylko dobrych decyzji oraz unikania porażek – jak ognia! Chcemy być bezbłędni.

W ten oto sposób nasze „bezbłędne”, stabilne życie często okazuje się życiem, którego wcale nie chcemy… Na szczęście w bardzo wielu przypadkach znajdujemy w sobie odwagę, by jednak o coś zawalczyć, by sięgnąć po coś, czego pragniemy. Pomimo ryzyka porażki. I właśnie o to w tym wszystkim chodzi!

DO DZIEŁA!

do dzieła

Cele zostały wyznaczone, stworzono konkretny plan i poczyniono nawet ten pierwszy, najważniejszy krok… No i coś takiego się wydarzyło, że wszystko stanęło, zatrzymało się, utknęło… Zwał jak zwał, po prostu nie poszło do przodu. Nic, a nic… Może ruszy, a może nie. Jak zwykle, wszystko albo przynajmniej wiele zależy od nas.

Tym, co w moim odczuciu, powstrzymuje nas przed realizacją celów jest BRAK DZIAŁANIA. Wszelkiego rodzaju poradniki czy programy motywacyjne służą przede wszystkim temu, byśmy – mówiąc dosadnie – ruszyli dupsko z kanapy. A zaczyna się zwykle od tego, żeby określić czy w ogóle chce nam się to dupsko ruszyć, w jakim kierunku chcemy  pójść, co chcemy osiągnąć, jakiej zmiany chcemy dokonać. Potem przychodzi czas na rozpisanie planu. I do tego etapu zwykle radzimy sobie świetnie. Poradniki zawierają całkiem niezłe zestawienie wiedzy na temat wyznaczania celów i konstruowania planu.

Trochę trudniej zaczyna się robić, gdy nadchodzi czas na pierwszy krok. Jednak i ten etap większość z nas osiąga – często jeszcze na fali inspirującego uniesienia, płynącego z motywacyjnych źródeł. Prawdziwy sprawdzian zaczyna się później. Wtedy, kiedy pierwszy krok przyniósł jakiś postęp, ale bez kolejnych działań stajemy w miejscu. Może trochę lepszym, może bardziej komfortowym, ale jednak zatrzymujemy się. Bo pierwszy krok nie może być również ostatnim. Bo trzeba iść, iść, iść. Bo trzeba pokonać przeszkody! Bo idąc ku naszym celom jesteśmy poddawani wielu próbom, często potrzeba nam ponieść wiele wyrzeczeń.

Dążenie ku spełnieniu marzeń ma swoją CENĘ, a o tym rzadko jest mowa w poradnikach motywacyjnych. Ruszając ku marzeniom zawsze, ale to zawsze, musisz mieć na uwadze, że poniesiesz tego koszty. Płacisz wysiłkiem, wolnym czasem, czasem z rodziną, zmęczeniem, presją, czasami nawet przytłoczeniem mnogością zadań. Oprócz pożądanej euforii i zaangażowania mogą pojawić się także frustracja, złość, rozterki czy nerwowowść. I często się pojawiają. Czasami na chwilę, czasami na dłużej. Zdarzają się także kryzysy, zdarzyć się może nawet rozstanie z naszym projektem. Każde wyzwanie, które podejmujesz, ma swoją cenę. Oczywiście sukces, który osiągasz, gdy docierasz do celu jest tego wart, niemniej jednak trzeba mieć świadomość, że droga ku marzeniom nie zawsze jest kolorowa.

DZIAŁANIE. Działanie to słowo klucz. Znam ludzi wokół siebie, którzy zapisują swoje cele, marzą, wizualizują, inspirują się, są stale zmotywowani do działania, ale nie podejmują go dość skutecznie, by zrealizować swoje plany. Bądź też wyruszają w drogę, ale na pierwszym zakręcie się poddają. Bywa nawet tak, że nie docieramy do zakrętu.

Działanie ma ogromne znaczenie. Czasami lepiej zrobić krok naprzód bez precyzyjnie rozpisanego celu, niż czekać aż nadejdzie chwila wolnego czasu na zaplanowanie i zapisanie wszystkiego jak należy. Działanie przybliża nas ku celom znacznie skuteczniej niż samo wyobrażanie sobie, co będzie gdy…

Nie chcę przez to powiedzieć, że motywacja, wizualizacja czy zapisywanie celów są nieistotne. W procesie, jakim jest realizowanie swojego planu, każdy z elementów ma swoje miejsce oraz wartość. Ale… bez działania nie ma rezultatu i nie będzie. To jest po prostu rdzeń całego procesu.

Kolega mojego męża wraz z narzeczoną kilka lat temu właściwie bez planu otworzyli warzywniak, w którym sprzedawali też koktajle typu smoothies. Po dwóch latach doszli jednak do wniosku, że nie chcą dłużej prowadzić sklepu z warzywami i otworzyli knajpę, w której serwują świetne jedzenie. Nie napisali nawet jednej strony biznesplanu! Zamiast niego posiadali coś znacznie ważniejszego – WYTRWAŁOŚĆ. Wytrwałość w dążeniu do celu. I zdobywają się na tę wytrwałość każdego dnia, a ich restauracja istnieje na rynku już dwa lata i świetnie sobie radzi. To, co jest jednak jeszcze warte uwypuklenia w tej historii to jest ich odwaga do podjęcia działania, tu i teraz!

Jak pokazuje powyższa historia (która jest jedną z wielu) nie zawsze trzeba tak podręcznikowo i skrzętnie wszystko zapisywać, planować i wizualizować. Tym co odróżnia marzycieli od ludzi, którzy spełniają marzenia jest działanie. Czasami trzeba po prostu zakasać rękawy i zabrać się do roboty – bez ogródek. Nie bezmyślnie, ale odważnie i rozważnie!

No to jak?

Do dzieła! 😉

Powrót do portu.

port 2

Kiedy ponad rok temu opuszczałam port i wypływałam na bezbrzeżne wody blogowania nie miałam pojęcia, co może się w związku z tym wydarzyć. Czułam, że tego chcę i potrzebuję. Jednak podczas mojego rejsu pojawił się na pokładzie kolejny mały pasażer. Absorbując znacznie więcej niż tylko mój czas i uwagę, mała Gaga sprawiła, iż zdecydowałam się zawinąć na chwilę do portu.

Okazało się, że potrzeba mi kolejnego powrotu do siebie, do mojego wewnętrznego portu. Potrzeba mi było czasu, by nie tylko zaznajomić się z sytuacją, ale także sprostać nowym, wymagającym ogromnego zaangażowania wyzwaniom.

Wszystko to spowodowało zaniechanie w pisaniu bloga, bo ręce mam tylko dwie, a pracy jest mnóstwo. Mimo wszystko kryzys ten nie był na tyle silny, bym mogła zarzucić pomysł dzielenia się częścią siebie ze światem. Czułam, że mogłabym stracić zbyt wiele. Trwająca intensywna transformacja macierzyńska przywiodła mnie jednak do punktu, w którym potrzeba mi było weryfikacji dotychczasowego kierunku prowadzenia bloga. Bezwzględnie projekt ten jest czymś, z czego zrezygnować nie chcę, ale zdecydowałam się z biegiem czasu na poszerzenie jego tematyki – zwłaszcza w zakresie moich obecnych doświadczeń, które mają przeogromny wpływ na wiele obszarów mojego życia i które czynią mnie bardziej dojrzałą, lepszą wersją siebie – dzień po dniu. Pojawiły się także nowe pomysły na to, co dalej – zarówno w materii blogowania jak i poza nią.

Powrót do portu pozwolił mi stworzyć plan podróży do kolejnego celu. Okazał się bardzo potrzebnym doświadczeniem, choć jak wielu z nas nie lubię „tracić” czasu na postój. Jednak są chwile, gdy zatrzymanie się jest najlepszym, co możemy sobie ofiarować. Nie tylko dlatego, że wówczas czerpiemy w pełni z tego, co tu i teraz, ale także dlatego, że możemy zebrać więcej sił, by prężnie wyruszyć w dalszą drogę – jak zawsze w zgodzie ze sobą.