Piątka czy dwója? O zagrożeniach dla dziecięcej kreatywności.

Dziś w nocy naszła mnie pewna refleksja na temat rozwijania kreatywności od dziecięcych lat. Naturalne jest, że będąc rodzicami chcemy jak najlepiej dbać o rozwój naszych dzieci. Od kolebki czytamy im, śpiewamy, a później rysujemy, lepimy z ciastoliny i cały czas powtarzamy maluchom, że mogą rozwijać swoje zainteresowania, jeśli coś im się podoba.

rysunek

A co się dzieje, kiedy te nasze maluchy idą do szkoły i na przykład na lekcjach plastyki ich prace są oceniane na 3 albo 2? Dziecko wraca zasmucone raz, drugi, a po kilku takich sytuacjach decydujemy się pomóc mu sprostać wymaganiom systemu edukacji w osobie pani nauczycielki.

W ostatnim czasie usłyszałam kilka razy wśród bliskich mi osób, że pracowali z dzieckiem nad zadaniem domowym z plastyki: nad wyszywaniem czegoś albo nad stroikiem bożonarodzeniowym albo nad rysunkami. Czy to nie jest farsa?

Piszę o tym, bo mnie jako małe dziecko bolał brzuch przed lekcjami plastyki albo techniki. Co tam matematyka czy polski… To był pikuś. Ja nie miałam talentu do rysowania i nie cierpiałam tej presji, że muszę narysować coś w oczekiwany sposób, bo nie dostanę dobrej oceny. Oczywiście kończyło się to tak, że niejednokrotnie pomagali mi rodzice, a potem nie raz spotkałam się z kąśliwymi uwagami nauczycielek na temat mojej niesamodzielności. Za mojego męża całą szkołę rysował tata. Myślę, że jest nas więcej.

Uważam, że takie zajęcia jak muzyka, plastyka czy technika są potrzebne w szkole, ale efekty pracy dzieci nie powinny być oceniane w standardowy sposób. Bo czy jest jakakolwiek skala, którą można oceniać dziecięcą działalność artystyczną? Twórczość innych ludzi może nam się podobać lub nie, ale kiedy patrzymy na obraz Picassa nie dajemy mu piątki ani dwóji. Raczej mówimy o swoich odczuciach względem sztuki. Dlaczego więc twórczość dziecka ma podlegać ocenie w skali od jeden do sześć? Może to jest poza skalą? I może dzieci wcale nie powinny wracać do domu z zadaniem zrobienia stroika? Bo czas na to jest w szkole. A… przepraszam, nie ma czasu, bo jest przecież program nauczania i trzeba się dostosować do systemu.

Zawsze jest mi przykro jak słyszę dzieci, które mówią, że nie potrafią czegoś robić, bo „Pani” nie podobają się ich prace albo „Pani” postawiła im trójkę. Wiesz… mnie też „Pani” w czwartej klasie podstawówki powiedziała, że nie potrafię pisać, a moje wypracowania to dno. I nie raz postawiła mi dwóję. W najlepszym wypadku dostawałam czwórkę. Dobrze, że miałam rodziców, którzy powtarzali mi, że oceny nie są ważne – najważniejsze jest to, czego się nauczę dzięki mojemu wysiłkowi.

I do dziś te słowa wybrzmiewają mi z tyłu głowy. Bo są cennym drogowskazem we wszystkich moich bardziej i mniej twórczych dążeniach.

„Everything has its beauty, but not everyone sees it.” – Andy Warhol

Wszystkiego kreatywnego Ci życzę,

Justyna

 

Związek jest procesem – o miłości, byciu razem, partnerstwie i małżeństwie.

Z moim mężem jesteśmy ze sobą od kilku lat. Małżeństwem jesteśmy dopiero od 1,5 roku. Długo rozważaliśmy czy w ogóle chcemy wziąć ślub czy może pozostać w związku partnerskim. Jednego oboje jesteśmy pewni – związek jest procesem.

Justyna i Rafał blog

Jest procesem, w którym dwoje ludzi żyje swoim życiem jednocześnie będąc ze sobą. Z biegiem czasu albo wraz z pojawieniem się dziecka tworzy się między dwojgiem ludzi strefa „wspólna”, za którą odpowiedzialność biorą obydwie strony. I wtedy jest jeszcze nieco trudniej. Potrzeba wypracowania modelu działania we wspólnej strefie, często potrzeba wypracowania nowego modelu komunikacji na płaszczyźnie rodzicielskiej.

Więź między dwojgiem ludzi zacieśnia się z biegiem czasu. Przynajmniej w naszym wypadku. Im dłużej ze sobą jesteśmy, tym bardziej nam zależy i tym bardziej chcemy kontynuować tę wspólną podróż.

Oczywiście nie uniknęliśmy kilku kryzysowych sytuacji, najczęściej gdy zmieniało się nasze życie albo każde z nas z osobna zmieniało się w wyniku indywidualnego rozwoju. Zdarzają nam się kłótnie, ale nie należymy do plemienia zatwardziałych serc, więc po powiedzeniu sobie paru zdań do słuchu zwykle szybko znajdujemy drogę do siebie. Nie ignorujemy wzajemnie swoich potrzeb, mówimy sobie o tym, co dla nas ważne.

Jeżeli czytałaś/czytałeś dużo o tym jak ważne jest partnerstwo w związku to powiem Ci, że w naszym wypadku partnerstwo dzieje się w wyniku nieustannej pracy obydwu stron nad chęcią budowania partnerskiej relacji. Czasami nam się udaje, a czasami nie. Poszukujemy rozwiązań dobrych dla nas oboje.

Staramy się doceniać każdy dzień ze sobą. Cieszyć się wspólnymi wieczorami, kiedy jest okazja. Rezerwujemy często dzień czy dwa tylko dla naszej rodziny – bez gości, bez odwiedzin, bez laptopów. Lubimy robić spontaniczne rzeczy ze sobą.

Pomagamy sobie nawzajem. Bywają okresy, że jedna ze stron pomaga baaaardzo dużo drugiej, ale za jakiś czas role się odwracają.

Każde z nas poświęciło się kilka razy dla dobra związku. Kiedy urodziła się Iskierka mój mąż został rok dłużej w pracy, z której chciał odejść, byśmy mieli stabilną sytuację. Kiedy rozważaliśmy założenie pasieki ja zrezygnowałam z Warszawy, by mój mąż mógł spróbować swoich sił w pszczelarstwie i przenieśliśmy się do małego miasteczka. To były duże poświęcenia, ale dziś nie jesteśmy z tego powodu poobijani – jesteśmy silniejsi, bo wiemy, że możemy na siebie liczyć.

Lubimy ze sobą rozmawiać, lubimy ze sobą spędzać czas. Nasz związek opieramy na dawaniu, zamiast oczekiwania. Choć oczywiście po drodze zaliczamy zarówno wzloty jak i upadki we wzajemnej wymianie. Nie dążymy do doskonałości, dążymy do akceptacji siebie nawzajem, by było nam po prostu ze sobą dobrze, by nie zamieniać naszego małżeństwa w pole walki. Bycie ze sobą opieramy na tym, że po prostu chcemy ze sobą być.

Uczymy się ze sobą komunikować. Uczymy się rozwiązywać konflikty. Uczymy się być ze sobą w zmieniających się okolicznościach. Uczymy się rozumieć siebie. Uczymy się dawać sobie wsparcie. Stale.

Nie traktujemy dnia naszego ślubu, jako tego, który uczynił z nas małżeństwo, bo wciąż małżeństwem się stajemy, coraz bardziej, co dzień.

Podstawą naszej relacji jest przyjaźń. To z niej narodziła się miłość, a uczucie którym darzymy siebie dziś rozwija się razem z nami od tych kilku lat i wciąż się zmienia i wciąż wzmacnia, bo dbamy o to najlepiej jak potrafimy.

Wiążąc się z mężem nie oczekiwałam niczego od naszej relacji, a już na pewno nie oczekiwałam, że uzupełni moje niedobory miłości, uwagi czy akceptacji. Zanim związałam się z nim wybudowałam w sobie poczucie, że sama dla siebie jestem pełna miłości, wsparcia i zaufania, oraz że mam tego wszystkiego wystarczająco dużo, by się z kimś podzielić. Mój mąż podzielił się ze mną swoimi bogactwami i okazało się, że oboje staliśmy się dzięki temu silniejsi.

Nie wiem jaka przyszłość przed nami, nie wiem czy będziemy ze sobą za 20 lat. Kto to może wiedzieć? Wiem za to, że dziś mogę zadbać o moją relację z mężem najlepiej jak potrafię, tak abyśmy położyli się szczęśliwi razem spać. Po prostu.

Wspaniałej miłości Ci życzę,

Justyna

Ryk lwa.

Kiedy lew chce ryczeć, to ryczy, bo jest w nim coś, co musi się wydobyć. Lew nie jest zdolny zahamować swojego instynktu. Nie potrafi stłumić swoich potrzeb.

ryk lwa

Zgoła inaczej sytuacja wygląda w przypadku człowieka. My, istoty myślące od wieków rozmyślamy nad naszym człowieczeństwem, a w wyniku tych dywagacji na przestrzeni czasu powstawały przeróżne trendy, kultury, ruchy. Jedne niosły ze sobą wyzwolenie, inne ograniczenie.

Dziś żyjemy w czasach, w których bardzo dużo możemy i z jednej strony bardzo często korzystamy z tego dobrodziejstwa, ale z drugiej strony równie często odchodzimy od zmysłów.

W grudniu, przy okazji kontroli lekarskiej córki, spotkałam w poczekalni pewną kobietę, której imienia nie poznałam. Rozmawiałyśmy ze sobą przez chwilę o naszych dzieciach, po czym kobieta ta patrząc na moją Iskierkę powiedziała, że jej marzeniem od zawsze była praca z takimi maluszkami. Niedawno odeszła z korporacji, ale jednak zdecydowała się pójść w bardziej racjonalnym kierunku. Wiesz, ja czekałam z zapartym tchem aż usłyszę jak ta kobieta mówi mi, że zrealizowała swoje marzenie… i zakończenie tej historii trochę mnie rozczarowało. Oczywiście rozumiem, że mogła mieć swoje powody. Nie znam jej sytuacji i absolutnie nie chcę oceniać jej decyzji. Ale kiedy z nią rozmawiałam czułam, że ta racjonalna decyzja to nie jest TO.

Myślę, że każdy z nas ma w swoim życiu takie doświadczenie, kiedy czuł, że jest zupełnie nie na miejscu. Czasami jest tak, że będąc w tej sytuacji dokładnie wiemy, czego chcemy, tylko z jakichś powodów, nie możemy swojego celu zrealizować. Bywa też tak, że jest nam źle, ale nie wiemy co zrobić.

Przerabiałam to, gdy jako młoda, aktywna zawodowo mama przeniosłam się z Warszawy do małego miasta i z początku tego zdania pozostało mi jedynie bycie młodą mamą. Zupełnie nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Po jakimś czasie zaczęłam pisać coś na kształt dziennika, zapisując różne swoje przemyślenia. Po kilku miesiącach dostrzegłam, że sprawia mi to ogromną radość i że chciałabym, by pisanie stało się czymś więcej w moim życiu. Poszłam za głosem serca i dziś absolutnie tego nie żałuję.

Kiedy lew chce ryczeć, nie dba o to jaką reakcję wzbudzi to u innych okolicznych mieszkańców. Ten instynkt wywodzi się z jego wnętrza i zwierzę nie próbuje ani go zagłuszać ani tłumić. Idzie za tym.

Kiedy więc w nas pojawiają się marzenia, a nasza instuicja podpowiada nam, że to dobra droga, powinniśmy za tym podążyć. Nie trzeba od razu rzucać dotychczasowego życia. Na początek wystarczą małe, konsekwentne działania. I nie polecam rozmyślać, co powiedzą o tym inni. Polecam zastanowić się co Ty sobie chcesz na ten temat powiedzieć.

Wiesz, ja głęboko wierzę, że misją każdego z nas jest odkrywanie i rozwijanie swojego potencjału. Kiedy mijamy się z powołaniem, mijamy się z samym sobą, mijamy się z naszym życiem.

Czy nie jest za późno?

Kiedy wpadłam na pomysł założenia bloga też tak sobie pomyślałam na początku. Blogosfera jest obecnie jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się przestrzeni w Internecie. Bałam się, że nie znajdę swoich odbiorców. Naprawdę, miałam poważne wątpliwości. Mimo wszystko zdecydowałam, że chcę spróbować. Okazało się, że jesteś tu Ty i bardzo wiele innych osób. Więc dziś myślę, że jednak wcale nie było za późno.

„Pytanie: Wiesz, ile będę miał lat, zanim nauczę się grać na fortepianie?

Odpowiedź: Tyle samo, co wtedy, kiedy się nie nauczysz.”

– Julia Cameron

Chcę Ci dziś powiedzieć, że naprawdę warto podążać za tym, co w nas najprawdziwsze i pozwolić się temu wyrazić. Pisanie nie jest moim jedynym życiowym przedsięwzięciem, ale dziś jest jednym z dwóch najistotniejszych. A kto wie, do czego jeszcze jestem zdolna? Chyba tylko ja sama 😉

Efektywnego wyrażenia siebie Ci życzę,

Justyna