Stan umysłu.

Jesteśmy tym, co o sobie myślimy. Wszystko, czym jesteśmy, wynika z naszych myśli. Naszymi myślami tworzymy świat.” – Budda

STAN UMYSŁU

Było późne styczniowe popołudnie. Właściwie to chyba już wczesny wieczór. Wróciłam z pracy. Marzyłam tylko o tym, by gdzieś się schronić. Skryłam się w łazience, usiadłam w kącie, a łzy zaczęły mi płynąć strumieniami. Opłakiwałam swoją mierną pracę, która doprowadziła mnie właśnie do takiego stanu. Opłakiwałam także stan swojego konta, nie bardzo wiedząc jak zapłacę rachunki w kolejnym miesiącu. Opłakiwałam brak mężczyzny u boku, z którym mogłabym dzielić życie. Opłakiwałam siebie, sytuację w której się znalazłam, frustrację, która nękała moją duszę. Siedziałam tam chyba z godzinę i opłakiwałam wszystko. Kiedy mi ulżyło spojrzałam na moje życie tak, jakbym oglądała film i zadawałam sobie tylko jedno pytanie: „Dlaczego!!!?” I wtedy moją uwagę przykuł element, który jest zwykle niedostrzegany. Kiedy jesteśmy w kinie film oglądamy na olbrzymim ekranie, ale za nami, ukryty, w ciszy pracuje projektor, który wyświetla obraz. W moim projektorze zdecydowanie trzeba było zmienić taśmę, bo nie bawiła mnie już ta komedia pomyłek przechodząca w dramat.

Nie płacz w liście, nie pisz, że los ciebie kopnął. Nie ma sytuacji na ziemi bez wyjścia, kiedy Bóg drzwi zamyka – to otwiera okno…” – ks. Jan Twardowski

Tamtego smutnego dnia podjęłam decyzję, że już koniec z narzekaniem i użalaniem się. Dobrnęłam do mojej granicy.

– Muszę zmienić tą sytuację. – Postanowiłam. Nie wiem jak, ale chcę coś zrobić! – To była bardzo mocna decyzja, zasilona dużą ilością pozytywnej energii.

Kilka dni później, mój obecny mąż, a wtedy nawet nie chłopak, ni stąd ni zowąd zaoferował mi, bym poleciała z nim na Zieloną Wyspę. Bóg otworzył mi okno? Znaliśmy się chyba jakieś trzy tygodnie, widzieliśmy kilka razy, ale moja intuicja podpowiadała mi, że to będzie dla mnie dobre. I rzeczywiście było. Spędziłam w Irlandii trzy miesiące, nabrałam sił, odpoczęłam i wróciłam skończyć studia i zacząć życie od nowa – na moich zasadach. I choć początki nowego etapu życia też nie były łatwe to taśma w moim projektorze została wymieniona i wyświetlał się przepiękny film o sile ducha, chęci rozwoju, spełnianiu marzeń.

Sama nie wierzyłam jak to wszystko jest możliwe. Spotykałam ludzi, którzy mi pomagali, wskazywali możliwości. Sprzyjające okoliczności wyrastały jak grzyby po deszczu, a ja rozkwitłam. I kiedy bywa mi trudno chętnie wracam w swoim życiu do tej historii i mówię sobie: „Justyna, dasz radę. Zmień taśmę w projektorze 🙂

Dziś mam tę świadomość jak ważne jest, by dbać o jakość swoich myśli, by respektować swoje uczucia, pozwalać im się wyrazić – nie tłumić ich, by słuchać intuicji, by podążać w kierunku, jaki wskazuje serce. Bo to, co wewnątrz ma swoje odbicie na zewnątrz. Jestem o tym przekonana. Jeżeli spotykają nas jakieś trudności to znaczy, że potrzeba nam przejść przez to doświadczenie, że musimy odbyć jakąś lekcję. A potem znów jest spokojniej – jak to w życiu.

To, co za nami, i to, co przed nami, niewiele znaczy w porównaniu z tym, co tkwi w nas.” – Ralph Waldo Emerson

Przejrzystości Ci życzę,

Justyna

By dawać.

By dać innym coś od siebie, najpierw sami musimy to mieć w sobie  – zgadzasz się z tym?

by dawać

Mówi się, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. Takiego matczynego szczęścia, wywołanego w naturalny sposób porodem i faktem, że Iskierka była już z nami, wystarczyło mi na jakieś kilka tygodni. Zasiliło to moje baterie, by dać sobie radę pomimo zmęczenia, buntu organizmu i około-mlecznych historii.

Ale… potem przyszedł moment nieco głębszej refleksji, że macierzyństwo nie jest jedyną rolą jaką chcę teraz pełnić. Wszak mam przecież całe życie do wypełnienia. I zaczęły się moje próby łączenia roli rodzica z pracą i samorealizacją… Działo się! Bardzo często czułam się rozdarta, bo z jednej strony towarzyszyła mi troska o dobro i szczęście mojego dziecka, a z drugiej strony bardzo chciałam realizować się w obszarze pracy zawodowej.

Nie zawsze było tak, że czułam się szczęśliwa, będąc mamą. Niestety… Zdarzały mi się „kryzysowe dni”, raz na jakiś czas, kiedy było mi trudniej niż zwykle. Długo walczyłam z tym uczuciem, bo uznałam, że nie powinno się ono w ogóle pojawić. A ono pojawiało się co jakiś czas, wracało. Coś we mnie domagało się uwagi!

Po kilku takich zdarzeniach wysnułam wniosek, że mój stan ducha dość mocno rezonuje z nastrojem mojego dziecka. Wtedy poczułam, że potrzebuję wziąć się za tą kwestię i znaleźć sposób, by odzyskać równowagę. Zrozumiałam na własnej skórze, że aby dawać coś od siebie czy to swojemu dziecku, czy partnerowi, czy innym ludziom, najpierw muszę mieć to w sobie.

Nieważne czym chcesz się podzielić, to musi być w Tobie. Jeżeli nie masz czasu dla siebie, nie poświęcisz go innym. Jeżeli nie odpoczywasz, trudniej będzie Ci efektywnie pracować. Jeśli nie masz zaufania do siebie, jak zaufasz innym? Jeśli nie ma w Tobie szczęścia, jak dasz szczęście dziecku?

Dawanie jest bardzo przyjemne pod warunkiem, że mamy co dawać. Dlatego tak ważna jest dbałość o siebie, dbałość o rodzinne relacje, o zdrowie. To są wartości, które staram się pielęgnować najlepiej jak potrafię, bo z tych zasobów czerpię każdego dnia. I każdego dnia zasilam moje wewnętrzne źródełko, by nie wyschło niespodziewanie.

Aha… od kiedy stosuję strategię napełniania źródełka czuję zupełnie inny poziom satysfakcji z pełnienia wszelkich moich ról. Jestem też zdecydowanie bardziej szczęśliwą mamą!

Ślę moc,

Justyna

Dylemat.

Dawno, dawno temu, w odległej krainie żył sobie Dylemat. Była to mała, niepozorna postać, której donośne mruczenie nie dawało spać mieszkańcom okolicznych wiosek. Raz za razem Dylemat niechcący wybudzał kogoś w nocy. Nie był zatem zbyt lubiany.

dylemat

Dylemat miał kilka cech charakterystycznych, ale przede wszystkim nigdy nie wiedział co ma zrobić w danej sytuacji: zostać czy odejsć, mieszkać tu czy się przeprowadzić, kim zostać, co dalej, w którą stronę? Dylemat rozsiewał wokół siebie aurę niepewności, a czasem nawet bezsilności.

Nie miał wielu przyjaciół, bo ludzie nie lubili spotykać się z nim twarzą w twarz. Dylemat zawsze wprowadzał jakiś element niepewności do ich życia. Aż pewnego dnia przypadkiem napotkał go mężczyzna, który przywędrował z odległej wioski. Rozważania Dylematu powodowały w nim nie tyle wstręt, co ciekawość. Mężczyzna rozważał różne kwestie z Dylematem. Wybudował swój dom obok Dylematu. Z czasem jednak także on dostrzegł jaki wpływ ma na jego życie Dylemat. Ilekroć chciał zrealizować jakiś plan rozstrząsał wszystko po trzykroć. Zastanawiał się czy na pewno, a może inaczej, a może nie dziś? Zmęczony tą sytuacją pewnego dnia postanowił po prostu coś zrobić – cokolwiek.

– Nawet jeśli mi się nie uda będę wiedział, czy to jest dla mnie, czy nie. – Pomyślał sobie i zaczął malować obraz.

Nie wychodził ze swojego domu przez kilka dni i działał. Kiedy ukończył dzieło szczęśliwy wybiegł podzielić się radosną nowiną z przyjacielem. Okazało się, że dom Dylematu został pusty. Na drzwiach wisiała kartka: „Drogi Sąsiedzie, zmusiłeś mnie do zmiany miejsca zamieszkania, bo zaprzyjaźniłeś się z moim największym wrogiem – Działaniem. Nienawidzimy się od stuleci. Działanie zawsze mnie niszczy, gdy pojawia się w pobliżu. Wybacz, że odszedłem bez pożegnania, ale nie wiedziałem co miałbym ci powiedzieć. Sam dokonałeś wyboru.

Od tamtej pory Dylemat wciąż wędruje po świecie, szukając ludzi, w których może znaleźć kompana do rozmyślań. Kiedy jednak pojawia się Działanie, ludzie natychmiast odwracają się od Dylematu. Działając bowiem tworzą najpiękniejsze historie swojego życia.