GRUDZIEŃ – czas na podsumowanie.

Przed Śwętami pisałam o moich grudniowych wewnętrznych porządkach. Jednym z najistotniejszych elementów tych porządków jest podsumowanie minionego roku. Zastanowienie się nad tym, co mnie spotkało i jak sobie z tym poradziłam. Ma to fundamentalne znaczenie dla zamknięcia spraw, których nie chcę za sobą ciągnąć.

czas na...

 

Wyobrażam sobie wtedy walizkę do której pakuję wszystko to, czego naprawdę potrzebuję do dalszej podróży, a resztę zostawiam. Nie rozpamiętuję, nie dramatyzuję. Nie jest mi szkoda ubrań, które już mi nie leżą. Nie jest mi szkoda pracy, która „poszła na marne”, bo nawet w takiej beznadziejnej sytuacji mogłam się czegoś nauczyć. Nie jest mi szkoda relacji, które nie przetrwały próby czasu i zmian. Bardzo łatwo jest utknąć w przesżłości rozpamiętując albo w przyszłości marząc. Bardzo trudno jest być tu i teraz, działając i robiąc wszystko co w mojej mocy.

Miniony rok był dla mnie czasem transformacji, która zrodziła się w trudnych doświadczeniach. Patrząc na całe moje dotychczasowe życie stwierdzam, że jeszcze nigdy nie przeszłam tyle, co przez ostatnie dwanaście miesięcy.

Miniony rok był dla mnie czasem zagubienia się i szukania siebie na nowo. Posypało się chyba wszystko, co mogło się sypać. W wielu sytuacjach byłam zdana sama na siebie, a ponadto niemal z miesiąca na miesiąc przybywało mi obowiązków.

Miniony rok był dla mnie czasem żałoby, która wybrzmiewała nawet w najgłębszych zakamarkach duszy.

Miniony rok był dla mnie momentem zwrotnym, odnalezieniem się na nowo.

Miniony rok był dla mnie kolejnym wspaniałym rokiem bycia mamą mojej ukochanej Iskierki i żoną mojego wspaniałego męża.

Miniony rok sprawił, że dojrzałam, rozwinęłam się i odważyłam jeszcze bardziej.

Miniony rok był dla mnie lekcją pokory, akceptacji, miłości, docenienia życia.

Jestem wdzięczna za wszystko, co się wydarzyło. Jestem wdzięczna, że tu jestem.

Wkraczam w Nowy Rok z siłą, jakiej dotychczas nie miałam i głową pełną pomysłów – jak zawsze 😉

Szczęśliwego Nowego Roku Ci życzę!

Justyna

Mamo, jeśli zastanawiasz się nad powrotem do pracy – ten post jest dla Ciebie.

Piszę dziś o sobie, ale do Ciebie. Droga Mamo, wiem, że zapewne przemknęła Ci przez głowę myśl, że kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym podejmiesz decyzję o powrocie do pracy lub zostaniu w domu. I nie będzie to łatwa decyzja.

pracująca mama

Kiedy byłam w ciąży postanowiłam sobie, że zostanę w domu jakieś 8-9 miesięcy po porodzie. Odchowam dziecko i wrócę do pracy. Oczywiście wciąż będę karmić je piersią – wiadomo. I gotować mu sama obiadki, a po pracy śmigać na spacery i place zabaw.

Kiedy Iskierka przyszła na świat dość szybko zorganizowałam się w nowej sytuacji. Po sześciu miesiącach wróciłam do pracy. Na początek dwie godziny, a po dwóch miesiącach kolejne dwie. No i nastąpiła rozpierducha. Nie miałam niani, żadnej babci ani cioci w rewirze – miałam niemęża w rozjazdach. Pracowałam więc jak moje mało śpiące dziecko spało albo wieczorami. Po siedmiu miesiącach projekt zakończył się, a ja wróciłam do domu wycieńczona, z migreną i brakiem sił na cokolwiek. Połączenie macierzyństwa z pracą w takiej formie było karkołomnym zadaniem. Poradziłam sobie, ale dużym kosztem w postaci stresu, frustracji i nerwówki przez siedem miesięcy. Później dałam sobie czas na regenerację.

Po kolejnych dwóch miesiącach sytuacja diametralnie się zmieniła. Warszawę zamieniłam na małe miasteczko, a o pracy z domu mogłam zapomnieć. W sumie to o jakąkolwiek rozwijającą mnie pracę było tam trudno. Myślałam zatem, że zwariuję, bo utknęłam w miejscu.

Potem życie przyniosło przeprowadzkę na malutką wieś, gdzie nie pozostało mi już nic, a lista obowiązków „okołodomowych” wydłużyła się kilkukrotnie. Byłam sfrustrowana tą sytuacją do szpiku kości. Ale nie poddałam się – przez cały ten okres zmian uparcie pracowałam nad zmianą siebie. Postanowiłam poszukiwać rozwiązania aż do skutku.

Kiedy zaczynałam tworzyć tego bloga towarzyszyła mi oczywiście euforia, ale po dwóch tygodniach znów zaczynałam odczuwać zmęczenie nieustanną aktywnością – zwłaszcza wieczorami, kiedy po całym dniu pracy miałam ochotę już tylko spać. Moja chęć samorealizacji była jednak ponad to.

Szybko okazało się, że jestem jakaś bardziej poddenerwowana i wrzeszcząca niż zwykle. Cierpliwości do Iskierki mi brak i najchętniej przykułabym się do biurka i samorealizowała cały czas. Na szczęście złapałam się na tym i przedsięwzięłam zwolnienie tempa, tak by przestać wrzeszczeć i zacząć znów rozmawiać.

Czy jest w tym wszystkim jakiś złoty środek? Nie, nie ma. Moim zdaniem każda, absolutnie każda z nas szuka siebie w innych okolicznościach życia i macierzyństwa. Jedne z nas muszą pracować, inne nie mogą, a jeszcze inne chcą, a nie mogą. Pewnie niektórym udaje się znaleźć sposób na idealne połączenie dwóch, jakże ambitnych, życiowych misji. Niemniej jednak każda z nas robi to na swój sposób.

Tym, co chcę Ci powiedzieć od siebie jest to, że po trzech latach wszelkich możliwych kombinacji widzę, że moje dziecko potrzebuje mnie bardziej niż mi się wydaje. Potrzebuje mamy, która zapewni mu opiekę, ale także miłość, zrozumienie, szacunek, spokój. Mamy, która nie pozostanie obojętna na to, co Maluch ma do opowiedzenia. Mamy, która z nim po prostu będzie. Mamy obecnej tu i teraz.

Widziałam jak diametralnie zmienia się zachowanie Iskierki, kiedy odbieram „ważne” telefony, proszę by poczekała, bo muszę wysłać tylko jeden e-mail. Odkładam zabawę na niekończące się później, bo jeszcze obiad, sprzątanie, pranie, a przecież mama chce pracować i zarabiać pieniążki.

A moja Iskierka, kiedy usłyszała, że chcę zarabiać pieniążki pobiegła po swoją skarbonkę i bez wachania wręczyła mi ją z całą zawartością.

Nie namawiam Cię do porzucenia marzeń o samorealizacji, nie namawiam Cię do bycia w domu. Decyzja o Twoim życiu jest Twoją decyzją. Chcę Ci tylko powiedzieć, że na realizację zawodowych ambicji mamy w życiu conajmniej kilka szans, a na wychowanie szczęśliwego, dobrego człowieka szansa jest tylko jedna. Za rok, za dwa nie będzie już tak samo. „Nic dwa razy się nie zdarza” – pisała Wisława Szymborska. Tylko raz mam szansę być mamą mojej Iskierki. Dlatego próbuję nowych rzeczy, poszukuję sposobów na własny rozwój, nie poddając się jednak społecznej presji bycia idealną we wszystkim, czego się dotknę. Tak samo jak Ty mam trudne dni, mam kryzysy, ale z drugiej strony czerpię ogromną, ogromną satysfakcję z bycia z Iskierką i wychowywania jej w zgodzie z moimi wartościami. Uwielbiam pisać, dlatego tu jestem, ale dałam Iskierce życie i chcę przyczynić się do tego, by było szczęśliwe, a nie będzie jeśli zabraknie w nim mamy. Tym, czego wciąż się uczę jest utrzymywanie balansu pomiędzy dążeniem do spełnienia, a byciem z dzieckiem w domu. To bardzo wymagające, ale kiedy udaje się osiągnąć stan równowagi satysfakcja jest ogromna.

Wszystkiego dobrego,

Justyna

Chropowate ściany są takie jak ja – nieidealne.

Kiedy remontowałam dom stanęłam przed zadaniem pomalowania ścian w znaczącej jego części. W jednym z pokoi ściany były dość mocno zniszczone i fachowiec zalecił położenie gładzi gipsowej, bo to ładniej wygląda. Nie zgodziłam się, bo dla mnie te ściany wcale nie musiały być gładkie.

nieidealna ja 1

 

Podobała mi się ich chropowata struktura, nierówności. W dobie perfekcjonizmu chciałoby się żeby wszystko wyglądało idealnie, ale nie wszystko musi lub może być idealnie.

Ja też nie jestem idealna, ale nie dążę do ideału. Owszem, mam w życiu autorytety, które podziwiam. Dokonuję wyborów tego, co mi się podoba lub nie. Dokonuję wyboru ideii za którymi podążam. Pracuję nad sobą. Pracuję nad moimi ograniczeniami, pracuję nad moim słabościami, pracuję nad tym, czego pragnę, ale akceptuję siebie taką, jaką jestem.

Akceptacja siebie taką, jaką jestem nie polega jednak dla mnie na poddaniu się swoim słabościom czy wadom. W wielu sytuacjach w życiu brakowało mi odwagi, by powiedzieć, co naprawdę myślę. Było to dla mnie bardzo trudne i wciąż niejednokrotnie jest, ale… nie oznacza to, że poddaję się lękom. Akceptuję swój strach, wiem, że jest mi trudno, ale otwieram buzię i mówię, co chcę powiedzieć. Jeśli nie potrafiłabym wyrazić prawdziwych myśli nie żyłabym w zgodzie ze sobą.

I jak popatrzyłam wtedy na te chropowate ściany to chciałam, żeby zostały takie, jakie są. Położenie gładzi gipsowej byłoby jedynie nałożeniem maski na ich prawdziwe oblicze, a ja nie lubię masek. Maska nie sprawia, że prawdziwa istota rzeczy znika.

Mówi się, że nikt nie jest idealny. Myślę, że to prawda. Jednak świadomość tego, co we mnie nieidealne paradoksalnie daje mi siłę, bo nie tracę energii na udawanie przed sobą i innymi, że jest inaczej, a dzięki temu mogę skupić się na tym, co dla mnie ważne.

„Długo wędrowałem, zanim doszedłem do siebie” – Tadeusz Różewicz

Akceptacji siebie Ci życzę,

Justyna