W drodze ku zarabianiu na swojej pasji.

o zarabianiu na swojej pasji

Niejednokrotnie czytałam, że robienie tego, co się kocha sprawia, że już nigdy nie musimy pracować. W pewnym sensie to prawda, zwłaszcza gdy patrzymy na wykonywanie tego zajęcia z perspektywy zarabiania na swojej pasji. Nie oznacza to jednak, że wykonywanie zajęć związanych z naszą pasją sprawi, iż pieniądze przyjdą do nas same – i to jest druga strona medalu. Mimo wszystko potrzeba pracy i to wcale nie łatwej pracy, aby z tego, co kochamy robić, powstało coś więcej.

 

 – UTRATA GRUNTU POD NOGAMI –

Po pierwsze trzeba ruszyć się z miejsca i przejść z punktu, w którym obecnie się znajdujemy do punktu, w którym zaczniemy zajmować się tym, co kochamy robić.

Patrząc na całą kwestię realistycznie – marzenie o zostaniu dobrze zarabiającym malarzem jest zaiste warte realizacji, ale nie ma co się czarować, że możemy porzucić dotychczasowe zajęcie od zaraz, za oszczędności wyposażyć pracownię i od jutra zająć się malowaniem obrazów, co odczuwamy jako życiowe powołanie, a pojutrze sprzedamy na pniu to pierwsze znakomite dzieło 😉 Byłoby to piękne i możliwe, że tak to się potoczy, jednak… w większości przypadków droga ku realizacji marzeń jest znacznie bardziej kręta, wyboista i nieoczywista.

Ponad to porzucenie wszelkich form „stabilności” jest chyba największym wyzwaniem w całym procesie każdej zmiany. Wyruszając w nieznane tracimy grunt pod nogami. Zaczynamy od zera, często także tego finansowego, co jest źródłem największego stresu w całej tej sytuacji.

– CZAS –

Nie zawsze też dysponujemy większymi ilościami wolnego czasu, które moglibyśmy produktywnie wykorzystać na realizację planów. Jeśli pracujemy, a w większości przypadków tak jest, to czasu wolnego w ciągu doby nie pozostaje wiele, a uwzględniając wszelkiej maści obowiązki domowe może być go już naprawdę mało. No i trzeba jeszcze wykrzesać siły zarówno te fizyczne jak i psychiczne, by cokolwiek dodatkowo zrobić.

Jeśli jesteśmy w domu z dziećmi też wcale łatwiej nie jest, bo dzieci wymagają opieki od wczesnych godzin porannych do godzin wieczornych. Jeśli nie chcemy, by cały dzień oglądały telewizję, to trzeba się trochę wysilić 😉 Oczywiście, że nadchodzi etap, gdy zaczynają bawić się same, pójdą do przedszkola itd., ale konia z rzędem kobiecie, która pragnie się realizować i machnie ręką na swoje marzenia mówiąc: „OK, mam małe dzieci, poczekam jakieś 5-6 lat aż urosną i wtedy zacznę się realizować.” Może są takie panie wśród nas, ale ja na przykład tak nie potrafię. Mnie czasami aż pali potrzeba realizowania swoich pomysłów i jak mam czekać aż dzieci urosną to mnie prędzej pożre frustracja, co dla nikogo dobrze się nie skończy. Także nie tylko porzucenie strefy komfortu, ale także czas jest nam potrzebny, by iść naprzód.

– AKT ODWAGI –

Wyruszenie w kierunku zarabiania na swojej pasji, na robieniu tego, co się kocha wymaga ogromnej ODWAGI, zwłaszcza obecnie, gdy świat pędzi jak szalony, a nasi potencjalni klienci każdego dnia są bombardowani setkami, jeśli nie tysiącami informacji, ofert, propozycji. Jeszcze 15-20 lat temu rzeczywiście można było być świetnym mechanikiem i nie wychodzić z garażu, a wieści o dobrych fachowcach rozchodziły się pocztą pantoflową. Dzisiaj ten sam świetny mechanik bez wyjścia z garażu nie zarobi na tym, co kocha robić. Potrzeba mu wszechstronnego rozwoju, nie tylko w zakresie mechaniki, ale także sprzedaży, obsługi klienta, czy marketingu. A taki rozwój jest ciężką pracą i niekoniecznie wszystko, czego musimy się nauczyć, sprawia nam ogromną przyjemność 😉

Aby marzenie o zarabianiu na tym, co się kocha robić, mogło stać się rzeczywistością trzeba NAPRAWDĘ UWIERZYĆ W SIEBIE. Uwierzyć, że nasi klienci zechcą zapłacić nam za to, co lubimy robić. Uwierzyć, że potrafimy to robić wystarczająco dobrze! Uwierzyć, że podołamy wyzwaniu, że zdołamy pokonać przeszkody, a nawet podnieść się po ewentualnej porażce. Trzeba uwierzyć w siebie w każdym aspekcie – bezwzględnie i bezwarunkowo.

Żaden moment – NIGDY – nie będzie dobry na wyruszenie w tą podróż. Idealne okoliczności nie istnieją. Jeśli czekasz na idealną chwilę miej świadomość, że takiej nie będzie. Możesz za to zrobić już dziś wszystko, co w Twojej mocy, by szanse powodzenia na zmianę życia wzrosły i tak każdego dnia.

 – AKT DETERMINACJI –

Jeżeli już podejmiesz wysiłek podążania ścieżką zarabiania na swojej pasji potrzebna Ci będzie wytrwałość i determinacja. Wydawałoby się, że wytrwałym trzeba się urodzić, ale nie do końca tak jest. Uważam, że można nauczyć się wytrwałości, konsekwentnego dążenia do celu. Konieczne jest jednak wewnętrzne przekonanie, że cel, do którego dążymy jest wart wysiłku, który musimy włożyć w jego osiągnięcie. A tego przekonania nie można wyrobić – to trzeba czuć duszą i ciałem. Najlepiej widać to na przykładzie ludzi, którzy realizują nie swoje cele. Na przykład dzieci, które spełniają niespełnione marzenia rodziców – bardzo często na jakimś etapie rezygnują, bo czują, że żyją cudzą wizją. Dlatego wytrwać uda się tylko, jeśli coś, co chcemy zrobić, jest w 100% zgodne z nami.

W dążeniu ku spełnieniu marzeń trzeba nam zatem wytrwać – nawet gdy wiatr i deszcz, gdy pod górę. Nawet, gdy głowę opanują wątpliwości, bądź gdy zrobi się bardzo niewygodnie. Nie twierdzę jednocześnie, że warto trwać za wszelką cenę, ale dopóki czujesz w sercu, że masz tę moc, to nie pozwól sobie na poddanie się 🙂

A gdy się poddasz czy zaprzestaniesz swoich dążeń to ciało powie Ci, czy to na pewno jest to, czego chcesz. Jeśli poczujesz się z podjętą decyzją dobrze to znaczy, że była właściwa. Jeśli nie – przemyśl decyzję o porzuceniu marzenia raz jeszcze i próbuj raz jeszcze. Przeanalizuj, co mogło pójść nie tak. Zrób przysłowiowy rachunek sumienia – ale taki solidny, sam ze sobą. Rozpisz za i przeciw. Zwróć uwagę, czy sposób, w jaki próbowałaś/próbowałeś osiągnąć cel był właściwy. Może okoliczności się zmieniły i trzeba zrobić coś inaczej? Bardzo często postępujemy według zakodowanych schematów, lub wzorców, które dobrze znamy lub które „dotychczas działały”, a czasami trzeba zrobić coś inaczej.

– DRUGA STRONA MEDALU –

Nie zawsze zajęcie, które było naszą pasją może nią pozostać w dłuższej perspektywie lub w perspektywie zarobkowej i wciąż dawać nam tyle samo radości. Może pojawić się wypalenie, a jeśli tak się stanie to jeszcze nie wszystko stracone – zawsze warto pochylić się dłuższą chwilę nad przyczyną.

Mimo wszystko – według mnie – jeśli chcesz, by Twoja pasja stała się Twoją pracą – próbuj. Próbować zawsze warto. Choć nie obiecałabym nikomu, że już nigdy nie będzie musiał pracować, gdy zacznie robić to, co kocha 😉

Wyzwania macierzyństwa

wyzwania macierzyństwa

Zimna kawa czy nieprzespane noce bywają najmniejszym problemem na ścieżce macierzyństwa. Są takie momenty na naszych rodzicielskich szlakach, które stają się dla nas prawdziwym wyzwaniem. Bywają także dłuższe etapy, kiedy mamy wyraźnie pod górę. Nasze dzieci rosną, rozwijają się i dojrzewają. Niestety większości zmian nie komunikują nam tak po prostu, zwłaszcza we wczesnej fazie dzieciństwa. Częściej wrzeszczą, kopią albo co gorsze –  zamykają się w sobie. A my – rodzice –nie zawsze od razu znamy na wszystko sposób. Nie jest nam także łatwo, gdy są chore, albo gdy mamy mnóstwo spraw na głowie, tylko dwie ręce i mało czasu. Rodzicielstwo stawia nas w obliczu wielu wyzwań, często trudnych.

– CHWILE BEZSILNOŚCI –

Te są jednymi z najtrudniejszych, bo człowiek chciałby coś zrobić, ale albo nic zrobić nie może albo po prostu nie wie co ma zrobić. To są takie chwile, gdy dziecko rzuca nam się na podłogę i wrzeszczy, a ludzie dookoła oceniająco patrzą. W tej rozpaczy naprawdę mało co do dziecka dociera. I pół biedy, gdy na podłodze w miejscu publicznym kładzie się dwulatek, bo o tzw. „buncie dwulatka” jednak większość społeczeństwa słyszała, ale niedawno w przychodni moja starsza Iskierka najpierw nie chciała ubrać czapki, a gdy chwyciłam za fotelik z ryczącą wniebogłosy Mimi i spokojnie powiedziałam do Iskierki, że chcę jak najszybciej opuścić przychodnię, żebym mogła uspokoić jej małą siostrę, to Iskierka zaczęła na mnie wrzeszczeć, kopnęła mnie i powiedziała coś w stylu, że jestem głupia. Tylko że Iskierka jest już kilkuletnią dziewczynką i widziałam różne spojrzenia innych czekających, przede wszystkim wyrażające dezaprobatę.

W tej sytuacji było mi naprawdę ciężko. Rozumiałam, że dla Iskierki godzina oczekiwania u lekarza, potem wizyta, na której lekarz badał obydwie dziewczynki, co trwało ze 20 minut i dodatkowo wrzask malutkiej siostry nie były ani łatwym ani miłym doświadczeniem, ale poczułam się okropnie. Ręce mi opadły… Nie wiedziałam czy zacząć od uspokojenia małej, czy poświęcić chwilę Iskierce. Nie bardzo też wiedziałam co ja mam jej powiedzieć. Zapytałam więc ją, czy jest coś, co chciałaby powiedzieć mnie i to było bardzo dobre posunięcie. Po kilku minutach kryzys został zażegnany, ale we mnie emocje jeszcze długo się kotłowały.

Jeszcze trduniejsze jest odczuwanie bezsilności, gdy dziecko jest chore, a gorączka nie spada mimo wszelkich starań albo objawy nie ustępują dłużej, niż byśmy chcieli, a lekarz mówi tylko, że trzeba poczekać. Chwile oczekiwania na korytarzu dziecięcej izby przyjęć, albo te kiedy wiesz, że musisz coś zrobić, by pomóc dziecku, a ono stawia opór. To są chwile bezsilności i strachu jednocześnie, trudne dla każdego rodzica. Tymbardziej, że w takich momentach dziecku potrzebny jest prawdziwy spokój i wsparcie.

– CHWILE FRUSTRACJI –

Mówisz raz, drugi, dwudziesty drugi i trzydziesty no i nic… Grochem o ścianę. Wciąż zabawki rozrzucone. Albo buty na schodach. Albo biega z puszką karmy dla kotów mimo, że te leżą już najedzone z wypchanymi brzuchami 😉 Czasami uda mi się wziąć głęboki oddech albo dziesięć oddechów, ale czasami aż się gotuję i zdarza mi się podnieść głos albo krzyknąć. Wiem, że to jest efekt mojej frustracji. Kiedyś postanowiłam się wziąć na mądrzejszy sposób i zapytałam moje dziecię: „Córko, jak ja mam do Ciebie mówić, żebyś zrobiła to, o co Cię proszę?” Spodziewałam się, że moje dziecko czymś mnie zaskoczy, ale usłyszałam: „Powtarzaj mi ze dwadzieścia razy to wtedy zapamiętam.

Ot co! Rzeczywiście ta odpowiedź mnie zaskoczyła 😀

Bywają jeszcze chwile frustracji wersja HARD! Te, które najbardziej „lubię” to, gdy trzeba za trzy minuty wyjść, a dziecko opanowała właśnie malarska fantazja, albo nie chce ubrać dziś tych różowych spodni, ale włoży tylko te, które akurat są brudne. Bądź też w ogóle nie chce się ubrać albo zjeść śniadania przed dwugodzinną podróżą. Bądź wszelkie działania mające na celu opóźnienie wyjścia. (Bóg jeden wie czemu!)

No i moje „ulubione” od kilku miesięcy, gdy idę układać do snu małą Mimi i proszę Iskierkę aby nie tylko była cicho, ale wytrzymała bez mamy 10 minut. No i gdy mija 9 i pół minuty, a ja niemal bezgłośnie wymykam się z pokoju wpada Iskierka z pytaniem: MAMOOOOO, A MIMI JUŻ ŚPI!!!

Jeszcze tylko wspomnę o frustracji, gdy chcę coś zrobić, zwłaszcza coś dla siebie i właśnie wtedy dzieci albo nie mogą zasnąć, albo się rozchorują albo dają w kość albo „wymyślą” milion innych rzeczy, by jednak mama znalazła się u ich boku.

– CHWILE TRANSFORMACJI –

To te, gdy w życiu naszych pociech zaczyna dziać się coś istotnego. Przechodzą do kolejnego etapu swojego rozwoju, dojrzewają, ale niestety nie wydarzają się żadne oczywiste symptomy tej zmiany. To trochę tak jak z ząbkowaniem. Coś się dzieje, ale nie wiadomo dokładnie co, no i nie wiadomo kiedy ten ząbek się pojawi. Różnie to z tym dojrzewaniem dzieci bywa, ale moje doświadczenie w tym zakresie pokazuje, że w przełomowych momentach zwykle u Iskierki pojawia się jakiś kryzys zachowania – czytaj: staje się niegrzeczna, tudzież nieznośna albo zaczyna się buntować przeciwko wszystkiemu. Żeby nie było tak łatwo to nie zawsze jej niegrzeczne zachowanie wynika bezpośrednio z sytuacji, z którą ma związek. Na przykład przyjście na świat Mimi poruszyło Iskierkę dopiero po dwóch miesiącach. Kolejne dwa miesiące walczyła o swoją pozycję w naszym domowym świecie, a po tym czasie, gdy przetrawiła wszelkie aspekty zmiany przeszło wszystko z dnia na dzień – jak gdyby nigdy nic… Ale dla mnie te dwa miesiące były koszmarnie trudne. Pojawiło się w naszym domowym życiu dużo konfliktów i napięć, a wszystko to na tle opieki nad niemowlęciem szalejącym w dodatku z powodu coraz to nowych alergii pokarmowych. Można było zwariować!

– CHWILE ZMĘCZENIA –

Zmęczenie – to rodzicielskie zmęczenie zaczyna się często przez wielkie „Z”. Albo nawet przez olbrzymie „Z”. Nie będę tu nawet wspominać jak bardzo zmęczona czuje się kobieta po porodzie, kiedy w dodatku musi podołać wszelkim domowym aktywnościom oraz zająć się dzieckiem lub dziećmi, bo to oczywiste, ale chcę opowiedzieć także o tym zmęczeniu codziennym w różnych jego odcieniach.

Zmęczenie fizyczne rodzica  – matki nie przesypiają nocy przez kilka lat – takie jest moje doświadczenie i takie wnioski czerpię z obserwacji wśród bliższych i dalszych znajomych. Ojcom jest trochę łatwiej w tej materii, choć u nas dzieci są aktywne od 5, więc mąż po tych kilku latach życia rodzinnego z sowy zamienił się w rannego ptaszka 😉 Za to bywa, że 22 to dla nas kres wszelkich fizycznych możliwości 😀 Poza tym niewyspaniem to najbardziej dla mnie wymagające jest spędzanie całego dnia na nogach. Jedynymi momentami, kiedy przysiadam są rzadkie i bardzo krótkie chwile korzystania z toalety (oczywiście w obecności świadków! 😉 ) oraz zjedzenie posiłków – tych głównych dla jasności – przekąsek to nie dotyczy 😉 No a jak już uda mi się usiąść czy też w wersji wspaniałej położyć w ciągu dnia, to nagle okazuje się, iż dziecko się obleje, zesika, zrobi kupę, zwymiotuje, potrzebuje czegoś natychmiast, usycha z pragnienia, potrzebuje farb, które stoją za wysoko albo chce pójść do kolegi, ale nie wie co ma ubrać na dwór i tak bym mogła jeszcze długo… Nie ma taryfy ulgowej. Ostatnia kampania reklamowa jednego z producentów kosmetyków „5000 kroków dziennie” matek nie dotyczy 😀

Zmęczenie psychiczne rodzica – nie wiem jakby to napisać żeby to delikatnie ująć, bo czasami to mam taką wizję, że wyjdę zaraz z siebie i pobiegnę gdzieś czym prędzej od tego miejsca, gdzie odbywa się moja codzienna rutyna 😉 To nie jest tak, że cały czas jest tak źle, no bo człowieka nie tak łatwo złamać – organizm dostosowuje się do ekstramalnych warunków życiowych ;-), ale… przychodzą takie momenty kryzysowe – ja mam taki raz na kilka tygodni albo… kiedy męża nie ma, w związku ze służbowym wyjazdem, dłużej niż 5-6 dni. To wtedy kryzys się pojawia. No bo trudno jest wytrzymać 24 godziny na dobę z ukochaną dwójką bez żadnego wsparcia. Zwłaszcza, że my nie mamy nikogo – poza sobą – kto pomaga nam z dziećmi. Nie mamy babć w pobliżu. Nie mamy niani. I nie tylko my jesteśmy obecnie w takiej sytuacji, bo zdarza się to coraz częściej w świecie, w którym dziadkowie również pracują albo mieszkają daleko. A kiedy nie ma chwili na odpoczynek kryzysy prędzej czy później się pojawiają. Na szczęście mnie pozwalają one wyrzucić z siebie wszystkie trudne emocje, oczyścić atmosferę i iść dalej.

– CHWILE ZWĄTPIENIA –

Czy jestem dobrą matką?

Czy jestem wystarczająco dobrą matką?

Czy ja sobie w ogóle mogę z tym poradzić?

Chwile zwątpienia w swoje rodzicielskie kompetencje. Wiecie co zawsze staram się myśleć, gdy wszystko, czego nauczyłam się o swoich dzieciach zawodzi? Nie skupiam się na tym, czego nie wiem, ale na tym, czego chcę się nauczyć… To mi pomaga uwierzyć w siebie, znaleźć rozwiązanie i rozwijać się w roli mamy.

***

Przyznam się szczerze, że macierzyństwo okazało się dla mnie wyzwaniem. Z wielu powodów, ale przede wszystkim w związku z tym, jak bardzo wymagająca jest rola rodzica i jak ogromna odpowiedzialność za tych małych ludzi spoczywa na naszych barkach. Najbardziej wymagające jest to, że dzieci mało uczą się na podstawie tego, co mówimy, a zdecydowanie więcej czerpią z tego, jak się zachowujemy. Stając w obliczu tych wszystkich rodzicielskich trudności nie raz czułam się jakbym była „naga”, czasami samotna.

I choć ten wpis jest o tym, co trudnego w macierzyństwie, to konkluzja jest taka, że jest to droga warta ceny jaką trzeba zapłacić, bo nikt ani nic nie nauczy nas tak kochać i rozumieć samych siebie jak dzieci. Dla mnie dzieci są kluczami do obszarów mojej duszy, o których wcześniej nawet nie wiedziałam, że istnieją. To macierzyństwo daje mi najwięcej impulsów do rozwijania tego, co we mnie najlepsze. Zarazem nauczyłam się także akceptować, i to przez wielkie A, moje życie takim, jakie jest. Chore ambicje odeszły w zapomnienie, bo nie ma na nie czasu ani miejsca. W zapracowanym, matczynym świecie mam czas tylko na to, co naprawdę ważne i wartościowe dla mnie. A chwile wolnego czasu wyciskam jak cytrynę 😉 Dzięki dzieciom zrozumiałam co to znaczy naprawdę cenić każdy dzień i całe to dobro, które przydarza nam się codziennie.

BEZBŁĘDNI

bezbłędni

Szkoła jest po to, byśmy się nauczyli czegoś o świecie i o ludziach. Przynajmniej w teorii. W praktyce uczą się ci, co chcą. Mniej więcej połowa ściąga, co nie jest najgorszym rozwiązaniem, bo przez przepisywanie też się uczymy 😉 Najtrudniej mają jednak w szkole ci, którzy z różnych powodów uczyć się nie chcą albo robią tyle, co trzeba, ale mają zupełnie odmienne zdanie. Nieprzystosowani nie tylko nie są mile widziani. Oni stanowią zagrożenie dla powodzenia misji wyszkolenia w „jedyny i słuszny” sposób pozostałych.

Szkoła powinna służyć zaspokojeniu celów edukacyjnych społeczeństwa. Już wieki temu przyjęto pewne kanony działania systemu i wciąż się ich trzymamy. Przede wszystkim jednak w szkole pisząc sprawdziany czy odpowiadając na pytania nauczycieli nie powinniśmy popełniać błędów! Za błędy uznaje się nie tylko niedostateczne opanowanie materiału. Często za błędne uznaje się także myślenie inne niż przewidują podręczniki (albo system) oraz postępowanie odbiegające od przyjętych norm. Do dziś miewam w nocy sny o mojej wychowawczyni z liceum – sędziwej nauczycielce języka polskiego – dla której jedyną słuszną odpowiedzią była ta, którą ona miała na myśli. Nasze lekcje – zwłaszcza omawianie lektur – polegały na zgadywaniu, co pani „profesor” ma na myśli. To był koszmar!

Wracając do meritum – w szkole uczy się nas przez cały czas, że błędy są ZŁE! Absolutnie powinniśmy ich unikać. Ci, którym wychodzi to najlepiej, są nagradzani. Ci, którzy popełniają ich najwięcej, są tymi najgorszymi. Zatem w dorosłość wchodzimy z zaszczepionym planem na bezbłędność. Stąd już tylko krok do nieustającej  samokrytyki, tudzież wewnętrznego cenzora, który „strzeże” nas przed popełnianiem błędów.

I o ile zrozumiałe jest dla mnie, że są pewne wzory – zwłaszcza w naukach ścisłych – które działają tylko w określony sposób i po prostu trzeba się ich nauczyć, o tyle nie pojmuję dlaczego mimo wszystko lektury, wiersze czy wiarę w szkole trzeba przyswajać w określony sposób. No i moje ulubione stwierdzenie nauczycieli: „możesz mieć inne zdanie, ale musisz umieć je uzasadnić”. Tylko czy ktoś uczył nas widzieć dyskutowane tematy z różnych perspektyw, tłumaczyć zagadnienia omawiane w szkole na podstawie naszych życiowych doświadczeń? Czy ktoś uczył nas asertywnej komunikacji? Czy ktoś uczył nas argumentowania swojego zdania w bardziej życiowy sposób niż „argumenty za i przeciw” w rozprawce? Jak zatem mam potrafić uzasadnić swoje zdanie…?

W ten oto sposób powstaje armia „BEZBŁĘDNYCH”, których główną życiową misją jest unikanie porażek, odrzucenia i popełniania wszelkiej maści błędów, na różnych polach życiowego doświadczenia.

Utrwaleniu „bezbłędnej” postawy służy także wszechobecny kult sukcesu, który powinien być celem każdego z nas i jest tym pożądanym stanem w życiu. Sukcesu, który w moim odczuciu rozumiany i przedstawiany jest często zbyt powierzchownie oraz jednowymiarowo.

W codziennym życiu wygląda to tak, że wiele z podejmowanych przez nas działań jest w naszym mniemaniu niewystarczająco dobrych, toteż ich nie kontynuujemy. Wiele z naszych dzieł czy pomysłów nie jest dość dobrych/ukończonych, toteż nie dzielimy się nimi z innymi ludźmi. Wiele z naszych marzeń nigdy nie doczeka się realizacji, bo my sami nie czujemy się wystarczająco dobrzy, by podjąć się ich realizacji. Brak nam wiary w to, co wewnątrz nas. Brak nam wiary, że to, co robimy jest dobre. Często brakuje nam wiary w siebie na wielu płaszczyznach.

Ponad to jesteśmy bardzo mocno przywiązani do teorii o posiadaniu „racji”. W szkole nauczyciel zawsze miał rację – czasami nawet, gdy jej nie miał – toteż wyciągnęliśmy wniosek, że jeżeli coś jest naszym powtarzalnym doświadczeniem, to z pewnością mamy rację. Niektórzy są o swojej racji tak bardzo przekonani, że gotowi są nie tylko zaciekle się o nią wykłócać, ale nawet poświęcić rodzinę czy życie. I podobnie jak w szkole, tych którzy nie mają racji (czytaj: mają inne zdanie lub inną wizję rzeczywistości) traktujemy często jako tych gorszych. Wynika to także z faktu, iż jesteśmy bardzo przywiązani do systemu oceniania innych za ich postępowanie.

Tymczasem niejednokrotnie okazuje się, że spora grupa naszych przekonań jest tak naprawdę błędna. Jednak równie często nie jesteśmy tego świadom! Niestety najczęściej nie jesteśmy świadomi przekonań, które nam w życiowym wzrastaniu nie służą… I nie ma co winić za to naszych rodziców czy nauczycieli, bo im też wpojono konkretny zestaw przekonań. Na szczęście obecnie mamy naprawdę duże możliwości dla poszukiwania własnej ścieżki. Mamy możliwość wyboru tego, czego chcemy dla siebie w życiu. Potrzeba jednak sporo pracy, by się o tym przekonać i znaleźć to, co dobre.

Żyjąc w świecie „bezbłędnych” dochodzimy często do punktu, w którym boimy się próbować czy działać, bo możemy ponieść porażkę – którą uznaje się za błąd, za stan absolutnie niepożądany. A jak już wiemy z wczesnych lat dzieciństwa – błędy są złe! Dlatego lepiej nie próbować – przynajmniej się nie sparzymy. Lepiej zaszyć się w naszym kąciku życia i wcale nie próbować nowych rzeczy, bo może się nie powieść, mogą nas przestać lubić. Co więcej, my sami możemy przestać się lubić.

Dlatego wielu planów nie spełniamy ze strachu przed niepowodzeniem.

Tymczasem zwykle jest tak, że żałujemy tego, czego nie spróbowaliśmy, a nie tego, co zrobiliśmy – nawet jeśli się nie udało. Patrząc po sobie w ogóle nie żałuję dziś rzeczy, których BAŁAM SIĘ NAJBARDZIEJ. To właśnie one okazały się tymi najbardziej budującymi doświadczeniami. Tymi, które wniosły mnie na wyższy poziom.

Za to najwięcej kosztowały mnie działania, których nie podjęłam. Słowa, których bałam się powiedzieć czy przekonania, których nie chciałam odpuścić. Tylko że tych kosztów, które ponosimy w wyniku braku działania często nie widać tak od razu. Czasami możemy skalkulować je dopiero po latach.

Unikanie podejmowania działania, bo może ono okazać się naszym „życiowym błędem” jest według mnie jedną z przyczyn niespełnionych marzeń czy zarzuconych planów. Boimy się porażki. Boimy się odrzucenia, które może nas spotkać, jeśli popełnimy błąd.

Naszą dość powszechną strategią jest tworzenie scenariuszy. Niestety bardzo często scenariusze, które tworzymy w swojej głowie oscylują wokół tego, co najgorszego może się wydarzyć. Nie ma co się dziwić. Wszak przez wiele lat dzieciństwa i młodości nie pozwalano nam na popełnianie błędów, a jak już człowiek coś zawalił to wszyscy wiemy jakie słowa krytyki leciały w naszą stronę przez całą klasę. Nie zawsze była to konstruktywna krytyka. No i często była okraszona epitetami kierowanymi do nas jako ludzi, nie zaś odnoszącymi się do konkretnej pracy. Stąd też w dorosłość wchodzimy często ze sporą dozą niepewności, przekonaniem o konieczności podejmowania tylko dobrych decyzji oraz unikania porażek – jak ognia! Chcemy być bezbłędni.

W ten oto sposób nasze „bezbłędne”, stabilne życie często okazuje się życiem, którego wcale nie chcemy… Na szczęście w bardzo wielu przypadkach znajdujemy w sobie odwagę, by jednak o coś zawalczyć, by sięgnąć po coś, czego pragniemy. Pomimo ryzyka porażki. I właśnie o to w tym wszystkim chodzi!